Brzydale chodzą parami

"Płomień żądzy" - reż. Małgorzata Bogajewska - Teatr Bagatela w Krakowie

Człowiek, jeśli wyposażyć go w to wszystko, co przeczy ładnym obrazkom z telewizji, staje się tworem stygmatyzowanym, a jego istnienie sprowadza się do - jak zgrabnie ujął to Erving Goffman - "zarządzania piętnem". Brzydki, koślawy, garbaty, zezowaty, spasły czy wielkouchy znaczy bowiem tyle, co "inny", a przez to - wykluczony, napiętnowany, poddany weryfikującemu spojrzeniu typu: "schowaj twarz, wstydu oszczędź". Niby nauczono nas doceniać piękno brzydoty, ale jednak lepiej byłoby, gdyby siedziało ono w domu, z głową pod kocem i śmiesznym memem zamiast zdjęcia profilowego na Facebooku.

"Każda potwora znajdzie swojego amatora" - głosi porzekadło. Miłość wszak bywa ślepa (i to nie tylko na wewnętrzne łajdactwo!). Niemniej, drzemiącego w pięknym ciele chama czy wypatroszoną z tego, co ładnie nazywamy empatią, marionetę trudniej rozpoznać niż typowego łachudrę z kulawą nogą i poczwórnym podbródkiem. Tacy już jesteśmy - my, umiłowani w fotoshopie, wyznawcy kremów przeciwzmarszczkowych i olejów na prędki porost nieprzesuszonych włosów. Tym, którzy swoimi wstrętnymi gębami i nosami, inspirowanymi wyjątkowo nieprzyjemną pociesznym Smerfom powierzchownością Gargamela, radykalnie protestują przeciwko kulturowemu konstruktowi człowieczego piękna, los nieustannie rzuca kłody pod, najczęściej krzywe i zniekształcone choroba zwaną płaskostopiem (pot. platfus), nogi. Jednak czasem trafi się ślepej kurze ziarno. Doskonale wiedzą o tym bohaterowie dramatu "Jakiś i Pupcze" ("Pupcze-dupcze" oczywiście) Hanocha Levina, którzy w Teatrze Bagatela skrywają się pod, porywającym tłumy, ułożonym niejako na specjalne zamówienie społeczeństwa supermarketu, tytułem "Płomień żądzy". No bo po co do teatru z jakimiś językowymi dziwolągami na afiszu? Inaczej sprawa ma się z żądzą. Żądza PŁONIE. Kręci. Przyciąga. Jak dyskoteki, wyżerki "jesz, ile chcesz" i sezonowe wyprzedaże skóropodobnego obuwia (Drodzy Państwo - pora na mid season sale!). Trzeba jednak odejść od ironii, jeśli w zabiegu Małgorzaty Bogajewskiej odnajdzie się aluzje do ostatniego rozdziału "Objaśniania marzeń sennych" Freuda, w którym autor przytacza słynny już dziś sen o płonącym dziecku. Reżyserka podważa granice między banałem a sensotwórczą grą (nie)oczywistym.

Bogajewska w swojej inscenizacji historii Levina szczęśliwie unika skrajności. Stawia na brzydotę, by tak rzec, przeciętną, ustawiając się tym samym po stronie symbolizmu, a nie groteski czy karykatury. Swoich bohaterów czyni raczej nieporadnymi i zagubionymi niż obrzydliwymi i żałośnie komicznymi. Pupcze poznajemy, gdy paplając o pożądaniu, próbuje z mącznego ciasta ulepić nie spód pod szarlotkę, lecz dziecko. Jakiś przemawia do nas z wanny. Obserwujemy bezradne męskie nóżki rozpalonego, jak się później okaże, impotenta. Szkarada i brzydal. Biedni, zdziecinniali, w stanie permanentnej gotowości na doświadczenie penetracji, o której wiedzą mniej więcej tyle, co mrówki o wieczności. W głowach powtarzają za ABBĄ "I have a dream", ale życie, jak to już ma w zwyczaju, dekonstruuje sny, doprowadzając ich do mordowania kolejnych marzeń o rozmaitych lala-landach, w których królują piękno, blask i spektakularne orgazmy. Cała historia składa się na tragikomiczną apoteozę przeciętności. Zewnętrzna brzydota staje się tutaj synekdochą świata, w którego okropności da się, choć nie bez trudu, odnaleźć, niekonieczne rzucone przed wieprze, perełki.

Konkluzje Levina nie są ani zdumiewające, ani nawet przejmujące. Forma przerasta treść, co jednak nie oznacza, że cały tekst jest wydmuszką. Nie brakuje w nim bowiem olśniewających żartów językowych ani niewymuszonego komizmu charakterów i sytuacji. Niemniej, sama historia wydaje się raczej tendencyjna. Stworzona ku pokrzepieniu serc wszystkich, którzy nie za bardzo lubią piątki, bo są nieatrakcyjni, zaburzeni i neurotyczni. Podobnie można by opisać spektakl Bogajewskiej. Zdarzają się w nim sceny do bólu przegięte, wręcz niestrawne (prostytutka, która ma zaradzić impotencji, jako kobiecy prze-pudrowany pajac w kreacji iście sroczej, rodem z pornoli dla miłośników skrajnego kiczu), ale i takie, które powstały w subtelnej poetyce żartów zarazem śmiesznych i smutnych (oświadczyny). Reżyserka umiejętnie gra teatralnością - aktorzy zdają się czasem podśmiewywać ze swoich bohaterów, a sama scenografia przypomina raczej poetycki kolaż niż sceniczną wariację na temat małomiasteczkowego realizmu, co uwypukla paraboliczny charakter opowieści Levina. Dramat "Jakiś i Pupcze" można bowiem, jak zrobiłam to na początku tego paragrafu, odczytywać jako moralistyczną opowiastkę o pięknie zaklętym w szkaradnych pudełkach, ale - jeśli przyjrzeć mu się dokładniej - zobaczy się ironiczno-gorzki traktat o zderzeniu marzeń z rzeczywistością. Właśnie w tym spoglądaniu w głąb pomaga Bogajewska.

Alicja Müller
Teatralia
30 października 2015

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia