Bunt jarmarcznych marionetek

"Ubu Rex" - reż. Janusz Wiśniewski - Opera Bałtycka w Gdańsku

W czasach, kiedy w teatrze rządzą reżyserzy,obejrzenie spektaklu wykreowanego przede wszystkim przez muzykę staje się przeżyciem zapadającym w pamięć.

W Operze Bałtyckiej stworzył widzom taką okazję Wojciech Michniewski. Po raz ostatni "Ubu Rex" Krzysztofa Pen dereckiego miał premierę dokładnie dziesięć lat temu, w Operze Narodowej. Krzysztof Warlikowski pokazał wtedy Polskę, nie tę leżącą w abstrakcyjnym punkcie globu ziemskiego, jak chciał autor groteskowego "Króla Ubu" Alfred Jarry. W przedstawieniu warszawskim oglądaliśmy Polskę współczesną, zachłanną na władzę i pieniądze, chamską i groźną. Poprzednie inscenizacje przygotowano w roku 1993: w Teatrze Wielkim w Łodzi "Ubu Rex" urzekał malarską scenografią Franciszka Starowieyskiego, która zastąpiła reżyserię Lecha Majewskiego, w Operze Krakowskiej zaś można było podziwiać precyzję teatralnej roboty reżysera Krzysztofa Nazara. Nie zmienia to faktu, że "Ubu Rex" w sposób niezamierzony stał się utworem okolicznościowym, o którym wszyscy przypominają sobie co dziesięć lat z okazji okrągłych urodzin Krzysztofa Pendereckiego. Ta opera nie zasługuje wszakże na takie traktowanie, a czas, jaki minął od monachijskiej prapremiery w 1991 roku, potwierdza jej wartość. Tymczasem "Ubu Rex" uświetnia jedynie obchody ku czci autora, ale korzyść z tego taka, że przy okazjonalnym kontakcie z dziełem lepiej możemy docenić wartość muzyki jubilata.

Premiera w Gdańsku zbiegła się na dodatek w czasie z wystawieniem w Operze Narodowej "Diabłów z Loudun". Wprawdzie w nowej wersji, ale nadal mamy do czynienia z utworem, który w zasadniczym kształcie narodził się pod koniec lat sześćdziesiątych, zatem ponad dwadzieścia lat wcześniej niż opowieść o Ubu. Możliwość porównania tych oper pokazuje, że różni je sposób konstruowania materii dźwiękowej, chociaż obie potwierdzają, że Krzysztof Penderecki ma wyczucie teatralnej formy, a jego muzyka należy do dramatis personae. W Diabłach z Loudun kreuje nastrój, zapowiada zdarzenia, które mają nastąpić; w operze o Królu Ubu jest swego rodzaju przewodnikiem po groteskowym świecie.

Potrzebny jest jednak dyrygent, który to dostrzeże. Powierzenie "Ubu Rexa" w Operze Bałtyckiej Wojciechowi Michniewskiemu okazało się trafne podwójnie. To artysta, który czuje muzykę swoich czasów, prywatnie zaś ma poczucie humoru i życzliwy dystans do świata. Cechy te stają się przydatne, gdy dyrygent zaczyna zagłębiać się w tę partyturę Pendereckiego. To przecież różnobarwny patchwork, uszyty dla zabawy z rozmaitych konwencji, inspiracji i odniesień. Nie wolno go traktować zbyt serio, wszystko jest tu kpiną i żartem. Ani wulgarność samego Ubu nie jest dosłowna, ani dostojeństwo królewskiego dworu. Wojciech Michniewski to rozumie od pierwszej do ostatniej sceny, które pieśnią kompanów Ubu spinają opowieść. Dyrygent z orkiestrą i solistami potrafił połączyć posągowość Richarda Wagnera z kabaretowym, nieco tandetnym stylem Kurta Weilla. Kiedy zaś akcja przenosi się na dwór cara, w muzyce natychmiast odnajdujemy wielkoruski monumentalizm Modesta Musorgskiego, a wszelkie działania reżyserskie stają się jedynie dodatkiem. Czasami to, co robi Michniewski, wydaje się nawet, że stoi w sprzeczności z pomysłami reżysera, ale w Operze Bałtyckiej to dyrygent odczytał dzieło Pendereckiego najwnikliwiej, co widać choćby w scenie zamachu na Króla Wacława. Królowa Rozamunda w posągowej, świetnej interpretacji Anny Mikołajczyk to pozornie postać z innej opery. Kompozytor odnosi się jednak w jej partii do Mozarta, więc Rozamunda ma być kimś w rodzaju szlachetnej, tragicznej i lekko posągowej Donny Anny z "Don Giovanniego". Tak ją pokazują Wojciech Michniewski i Anna Mikołajczyk.

Urok "Ubu Rexa" poleca również na różnorodności subtelnych pomysłów instrumentalnych. W Operze Bałtyckiej żaden z nich się nie zagubił, od solówek poszczególnych instrumentalistów po sceny zbiorowe. Opinie, jakie krążą na temat poziomu orkiestry Opery Bałtyckiej, są rozmaite. Zespół od dłuższego czasu pracuje bez dyrektora muzycznego, ale w tym przedstawieniu oznak kryzysu nie słychać. I muzycy w kanale, i ci umieszczeni za sceną dobrze wywiązują się z zadań, co ma tym istotniejsze znaczenie, że dyrygent traktuje utwór Krzysztofa Pendereckiego w sposób bardzo kameralny. Nastawiony jest na eksponowanie szczegółów, a nie epatowanie siłą orkiestrowego brzmienia.

Muzycznie to zatem "Ubu Rex" prawdziwie teatralny i tak również odczytał co reżyser Janusz Wiśniewski. Gdy na początku lat osiemdziesiątych tworzył pierwsze autorskie spektakle (Panopticum a la Modame Thussaud, Koniec Europy), którymi odnosił sukcesy za granicą, był enfant terrible polskiego teatru. Za nic miał dokonania mistrzów i tradycję polskiego romantyzmu, która w PRL-u okresu stanu wojennego nadawała ton rozmowie twórców z widzami. On zapraszał do jarmarcznej budy, gdzie prezentowali się bohaterowie jak z commedia dell'arte lub widowisk kukiełkowych przemieszani z olbrzymami,liliputami i postaciami rodem ze spektakli Tadeusza Kantora.

Minęło wiele lat, Janusz Wiśniewski staje się powoli nestorem, ale artystycznie nic się nie zmienia. Kiedy w Operze Bałtyckiej oglądamy zagracony pokój bez okien, ze stołem i dwoma szafami, wydaje się, że czas się zatrzymał i Koniec Europy jeszcze nie nastąpił. Albo też przenieśliśmy się w świat prozy Brunona Schulza, który w 1981 roku w "Manekinach" Zbigniewa Rudzińskiego wspaniale wykreował Janusz Wiśniewski do spółki z Markiem Weissem (wówczas jeszcze Grzesiriskim); ta kameralna opera była grana przez lat kilkanaście. Teraz po raz kolejny ożywia swój świat, wtłaczając w niego bohaterów Pendereckiego i Jarry'ego.

Kiedy Ubu pojawia się w błazeńskiej czapce i z garbem na plecach, przypomina Rigoletta, bo obu nimi świat gardzi mimo władzy, jaką posiadają. W kolejnych scenach bardziej staje się Pietruszką, kukiełką, która zapragnęła zasmakować życia prawdziwego człowieka, lecz spotkały ją tylko porażki i upokorzenia. Ten trop interpretacyjny jest trafny w odniesieniu do Króla Ubu, nie można jednak na nim poprzestawać. Tekst Jarry'ego ma znacznie więcej odniesień, choćby szekspirowskich do Ryszarda III, a zwłaszcza do Makbeta. Penderecki to dostrzega. Scena, w której Ubica namawia męża do uśmiercenia króla, odnosi się przecież do Verdiowskiej wersji szkockiej tragedii Szekspira. Janusz Wiśniewski nie bawi się w subtelne gry. Konsekwentnie buduje swój teatr, w którym wspólnik w spisku, Bardior, przemienił się w Murzyna, kolejnego dziwoląga pokazywanego gawiedzi na jarmarkach.

Należy oczywiście podziwiać precyzję reżyserii: każda postać ma tu wyraźnie określone zadanie. Nie zmienia to jednak faktu, że ten "Ubu Rex" jest co najwyżej połączeniem mieszczańskiej komedii Mikołaja Gogola z wizjonerstwem Brunona Schulza. Zestaw to efektowny, ale myślowo pusty. Kiedy więc po zamachu Ubica śpiewa: "Mamy całą Polskę, coś im dać, resztę wyprzedać", za tymi słowami nie kryją się żadne treści. Tak jest przez większą część przedstawienia.

Z zadań przypisanych przez reżysera bezbłędnie wywiązują się wszyscy wykonawcy. A skoro nie mają kłopotów z partyturą i są czujnie prowadzeni przez dyrygenta, to w Operze Bałtyckiej pojawiło się kilka kreacji świetnych. Precyzyjnie zaprogramowany Jacek Laszczkowski porusza się jak drewniana kukiełka, lecz śpiewem potrafi ożywić Ubu - zagubionego i przestraszonego rozwojem wydarzeń, lecz konsekwentnie kroczącego po drodze, jaką obrał. Zimne koloratury Karoliny Sikory momentami mają bardziej Wagnerowski rozmach niż Rossiniowski wdzięk, a przecież w ten sposób buduje ona postać Ubicy - kobiety gardzącej mężem. Ubica w ujęciu tej śpiewaczki jako jedyna wyrasta poza świat, w który została przez reżysera wtłoczona. Bardzo dobrzy są kompani Ubu, zwłaszcza Piotr Nowacki jako Murzyn Bardior, Ryszard Minkiewicz (Kotys), Ryszard Morka z Żyrona przemieniony tym razem w Madame Żyron. W podwójne oblicze cara wcielili się Marian Kępczyński i Damian Konieczek, a w tłumie potrafili zaznaczyć swą obecność Tomasz Rak i Aleksander Kunach. Spektakl jest również dowodem artystycznej dojrzałości wielu członków chóru Opery Bałtyckiej, którym reżyser przypisał odrębne role.

Gdy wszyscy wykonawcy starannie upozowani pokazują się publiczności, wyglądają atrakcyjnie, lecz mimo to dziwny jest ten "Ubu Rex". Nie ma w nim rewolucji i buntu. Skoro wszyscy przynależą do tego samego, jarmarcznego świata, to kto i po co ma się buntować?

Jacek Marczyński
Ruch Muzyczny
27 listopada 2013

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...