Buntownik z wyboru

"Toporem w serce" - reż: K. Jankowska, W. Jurewicz-Teatr im. Jaracza w Łodzi

Obsceniczna, makabryczna i bulwersująca twórczość Rolanda Topora od kilku dziesięcioleci ma swoich wiernych fanów, jednak rzadko można usłyszeć słowa tego francuskiego wszechstronnego artysty padające ze sceny. A szkoda, bo dla współczesnego teatru stanowić mogą niebywałe źródło inspiracji. Aktor Teatru Jaracza postanowił zaprezentować publiczności, do czego zdolny jest artysta zainspirowany przez mistrza czarnego humoru.

Pomiędzy publicznością i sceną rozpościera się przezroczysta ściana z folii, która przez pierwsze minuty spektaklu chroni nas przed strugami krwi tryskającymi z ogromnej strzykawki. Wkrótce zostaje ona pocięta nożem, byśmy mogli lepiej przyjrzeć się długiemu metalowemu stołowi rzeźnickiemu ze zlewem wypełnionym krwią oraz orkiestrze. Muzycy ukryli się w głębi sceny za kolejną warstwą folii - widzimy ich jak przez mgłę, a atmosfera szalonego, nonsensownego, makabrycznego snu nie opuści nas przez następne kilkadziesiąt minut, kiedy to wśród ostrych, jaskrawych i szybko zmieniających się świateł będziemy mieli okazję wysłuchać wyznań szaleńca.

Młody człowiek ubrany w zakrwawione bokserki i przezroczysty fartuch rzeźnicki wprowadza nas w unurzany we krwi świat pisarza, który całą swą twórczością starał się udowodnić, że noszone przez niego nazwisko jest znaczącym drogowskazem. Kilkanaście piosenek, które mamy okazję usłyszeć, to wyznania buntownika, który nie godząc się na zastaną rzeczywistość postanowił obnażać jej najbardziej paradoksalne wymiary. Gdzieś spod kpiny i szyderstwa raz po raz wyłaniają się jednak treści filozoficzne, wskazujące na podjęcie refleksji nad losem człowieka, którego "jedyny bunt może wyrazić się w przeżyciu innych". Zaczynamy się zastanawiać "jakie ma prawo głowa do tego, by nazywać się mną, przywłaszczyć sobie ja"? Czy aby na pewno wszystko, co nami kieruje, zakodowane jest w mózgu? Czy są jeszcze tematy tabu, których poruszanie grozi naruszeniem porządku społecznego? Czy jest coś nas jeszcze w stanie zbulwersować? Sprowokowanie widza do zadania sobie pytania o granice tolerancji jest jednym z powodów, dla którego warto przekładać na język sceny twórczość Topora.

Pomiędzy piosenkami młody buntownik prowadzi rozmowę - dialog z kobietą. Ta bliska mu osoba stara się "przekształcać go każdego dnia za pomocą tysięcy drobiazgów", stąd wieczny bój, jaki mężczyzna musi toczyć ze światem, przenosi się na plan relacji damsko-męskich. Rozmowa momentami przechodzi w wyznanie win, chwilami przypomina próby podsumowania i zweryfikowania dotychczasowych działań. To rozmowa prowadzona nie tyle z życiowym partnerem, co z samym sobą - ubierając się w pończochy i wkładając na nogę czerwoną szpilkę mężczyzna mierzy się bowiem z pierwiastkiem kobiecym, który w nim tkwi. W kim, jeśli nie w nas samych znajdują się bowiem odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania.

Folia, która osłaniała nas przez strugami czerwonej cieszy, staje się w pewnym momencie więzieniem, materią, w którą zaplątany zostaje bohater. Chcąc się wyrwać, wyrzuca z siebie kolejne pretensje i żale. Powstaje jednak pytanie, czy są to słowa wypowiedziane do końca serio, czy wszystkie obrazoburcze spostrzeżenia nie są jedynie tanią prowokacją? Do wzięcia w nawias padających ze sceny słów składnia nas umowność wszystkich elementów scenograficznych, chociażby czerwonej cieczy, która ze względu na swoją konsystencję nie stara się nawet udawać prawdziwej krwi. Rzeźnicki fartuch wykonany z folii także nie pretenduje do miana realistycznie odwzorowanego elementu rzeczywistości. Sam bohater, który nieustannie znajduje się na granicy, oscyluje pomiędzy prowokowaniem na siłę, a zwierzaniem się z najintymniejszych szczegółów swojego życia, jest człowiekiem w niedosłownym tego słowa znaczeniu - jest raczej czymś w rodzaju tworu swoich czasów, które zmusiły go do sprzeciwu wobec drobnomieszczańskiej mentalności, obłudzie i wszystkiemu, co tworzy powierzchowny świat pełen konwenansów.

Mariusz Ostrowski wystawił na próbę swoje aktorskie umiejętności mierząc się z niełatwą formą śpiewanego monodramu, recitalu, który opiera się na tekstach pełnych zabaw językowych i purnonsensu. Zaprezentował coś, co znacznie odbiega od spektakli prezentowanych w większości teatrów. Ekshibicjonizm wymuszony przez tego typu formę realizował się na kilku płaszczyznach: emocjonalnej, fizycznej, a także warsztatowej. Tu nie ma miejsca na pomyłki i wahania, są one bowiem natychmiast wychwytywane przez widzów, których cała uwaga skoncentrowana jest na jednym jedynym aktorze. Aktorze, który dał z siebie wszystko i, który w tego typu konwencji, radził sobie całkiem "nieTopornie".

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Opole
1 grudnia 2008

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...