Być synem żołnierza

"Tato" - reż. Małgorzata Bogajewska - Teatr Bagatela w Krakowie

Jest taki moment nie do uwierzenia, kiedy w toku spektaklu, nagle gaśnie światło, a gra nie zostaje przerwana. Grupa aktorów nadal przygrywa sobie i kontynuuje taniec, jak gdyby nic się nie stało. Po kilku minutach okazuje się, że to wszystko dzieje się naprawdę, ale nie było zaplanowane – brak światła jest wynikiem autentycznej awarii prądu. Spektakl ogląda się jeszcze raz, w innym terminie – szkoda, że z tymi samymi emocjami...

Spektakl zaczyna się od końca – widzimy śmierć ojca, a jego samego na katafalku, którego funkcję przyjmuje łóżko. Odbywa się też stypa. Prawie od początku przedstawienia mamy muzykę graną na żywo przez aktorów – bardzo dobrze komponuje się ona z tym, co dzieje się na scenie. „Tato" w reż. Małgorzaty Bogajewskiej jest ostatecznie retrospekcją. To wspomnienia Frania (Adam Szarek), który snuje swoją historię od poznania rodziców, poprzez własne poczęcie, dzieciństwo, aż do wieku męskiego.

Jego Ojciec (świetny Marcel Wiercichowski) to surowy żołnierz, grający w orkiestrze wojskowej, zaś Mamusia (Anna Rokita) – kobieta bardzo młoda. Dzięki pozycji Ojca dostają mieszkanie i żyją w dostatku. Widzimy jednak w tym wszystkim absurd dobrobytu w połączeniu z zatracaniem rodziny. Mężczyzna okazuje się człowiekiem odrealnionym (pewnie przez doświadczenia wojskowe), starającym się zapewnić rodzinie jak najlepsze warunki, a jednocześnie przesadnie władczym, gwałtownym i samowolnym. Jego żona natomiast z racji wieku nie wie, jak wyrwać się z tego piekła, ponieważ nie daje sobie rady z całą sytuacją, trwa jednak przy mężczyźnie, którego naprawdę kocha. Narracja chłopca przejaskrawia dodatkowo całość: patrzymy na tę pozorną sielankę przez pryzmat wspomnień dziecka, które dopiero z czasem zaczyna rozumieć sytuację.

Napięcie wewnętrzne, lęk, emocje znajdujące ujście w wizjach – to wszystko kontrastuje się z bardzo dobrym aktorstwem, w którym mamy dużo zabawy, lekkości i energii. Obrotowa konstrukcja na środku pozwala na szybką zmianę pomieszczenia – np. pokój Frania czy kuchnię. Mężczyźni z orkiestry grają po kilka ról: stają się rodzeństwem narratora czy parą sąsiadów rodem z kabaretu. Sam Franio to przecież dorosły już mężczyzna, który we wspomnieniach wciela się w kilkuletniego chłopca: postać, będącą jego częścią, może się do niej odwoływać.

W spektaklu widać połączenie grozy i groteski (idealnie oddaje to scena karmienia Frania przez Ojca i opowiadanie mu makabrycznej bajki o zajączku). Otrzymujemy tu momenty śmieszne, ale jest to najczęściej śmiech przez łzy. Właściwie najczęściej widzimy sytuacje, które nie powinny wywoływać uśmiechu – jak np. scena krojenia arbuza, która zamiast święta staje się niemal karą – ale prawdziwe przerażenie. Pierwsza połowa spektaklu ma charakter sielankowy, druga – wyraźnie mroczniejszy, refleksyjny. W pierwszej części dostajemy też chwilę oddechu, ponieważ akcja przerywana jest piosenkami. Później Franio jest najstarszym z trójki, zestresowanym dzieckiem – nawiedza go wizja śmierci, a jego rodzinny dom jest pełen krzyku (bardzo męczącego zresztą). Im bliżej końca (śmierci Ojca), tym bardziej jest jak w „Dniu świra" w reż. Marka Koterskiego: gorzka refleksja i realizm, który (choć w mocno przerysowanej formie) jest zauważany przez każdego.

To chyba smutne, że spektakl widziany w sumie 1,5 razu (za drugim razem też grany był od początku) nic nie zmienia, jeśli chodzi o odbiór. Ta trochę dziwna, a jednak osadzona w rzeczywistości historia z jakiegoś powodu nie zostawia żadnego pytania, żadnej silnej emocji, która zmusiłaby do myślenia o nim już po wyjściu z teatru. Może też świadczy to o tym, że jesteśmy już tak bardzo przyzwyczajeni do oglądania różnych ludzkich tragedii „przez szybę", bezpośrednio nas nie dotyczących, że budujący się w nas dystans jest zbyt duży?

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
8 grudnia 2014

Książka tygodnia

Złoty garnek i inne opowiadania
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann

Trailer tygodnia