Była aktorką, od której się nie wymagało, że będzie seksbombą

Rozmowa z Marcinem Wilkiem

Wilk jako pierwszy dotarł do niepublikowanych dotąd pamiętników artystki, której największą rozpoznawalność przyniosły seriale „Wojna domowa" i „Czterdziestolatek".
- Była chłopczycą. Bardzo szybko uświadamiano ją w szkole teatralnej, że nie ma warunków jako kobieta, że będzie musiała ciężko pracować.
- Uwielbiali razem podróżować, zwiedzili chyba pół świata. On był od niej młodszy o 3 lata i tworzyli trochę hermetyczny związek, nie prowadzili bogatego życia towarzyskiego - mówi o trwającym 45 lat małżeństwie aktorki z Bolesławem Kielskim.
- Była niebotycznie skąpa do samego końca. Opisałem tylko część tych historii, bo już naprawdę nie miałem siły słuchać kolejnych anegdot o jej skąpstwie.
Bardzo dbała o siebie. Dzięki kontaktom francuskim, przez rodzinę swojego męża, potrafiła sprowadzać jakieś bardzo trudno dostępne kiełki - w czasach, gdy z trudem zdobywało się papier toaletowy. Codziennie uprawiała gimnastykę szwedzką, czyli robiła taki podstawowy zestaw ćwiczeń. Miała świetną mimikę, doskonale opanowany ruch sceniczny i roztańczone nogi, nawet po sześćdziesiątce.

Z Marcinem Wilkiem - autorem pierwszej pełnej biografii Ireny Kwiatkowskiej - rozmawia Emilia Padoł.

Emilia Padoł: Gdybyś dzisiaj mógł zadać Irenie Kwiatkowskiej jedno pytanie, to o co byś zapytał?

Marcin Wilk - Jedno tylko?!

Jedno.

- Gdybym miał tylko jedno zadać, to wolałbym o nic nie pytać.

Wrócimy do tego. Jak trafiły w twoje ręce nigdy niepublikowane pamiętniki Ireny Kwiatkowskiej?

- Krystyna Kwiatkowska, ukochana bratanica Ireny, szepnęła mi - kiedy się poznaliśmy - że istnieją takie pamiętniki. Zapaliłem się. Myślę: pamiętniki, no to jesteśmy w domu!
No i pierwsze spotkanie z pamiętnikami wyglądało tak: siadłem przy stole naprzeciwko Krystyny Kwiatkowskiej i jej córki, Doroty Jaremy, one pokazały mi dwa zeszyty, a w nich zaznaczone karteczkami 5 czy 6 fragmentów. Żebym sobie zajrzał. I tyle.

I co to były za fragmenty?

- Odsłaniające Irenę Kwiatkowską. Troszeczkę. Powiedziałem, że tak być nie może, że to niepoważne, że co ja mam na podstawie tych fragmencików napisać, przecież my tu planujemy biografię, która odsłoni Irenę Kwiatkowską jako człowieka.
No i udało się. Miesiąc później siedziałem już nad pamiętnikami i fotografowałem strona po stronie. A potem je czytałem i to nie było ani szybkie, ani proste. To są naprawdę dwa dość grube, gęsto zapisane zeszyty.

A tekst był czytelny?

- Bardzo. Czasem tylko, kiedy się denerwowała, chciała coś bardzo szybko napisać czy opisywała trudne relacje z mamą, pismo było mniej staranne. Albo kiedy pisała po francusku, a w tym języku pisała o swoich romansach. Nie chciała, żeby rodzice zrozumieli. Ale generalnie Irena Kwiatkowska miała solidny charakter pisma - tak jak solidny charakter w ogóle.

I solidny uścisk dłoni, który zresztą preferowała także u innych.

- Tak. Była chłopczycą. Bardzo szybko była uświadamiana przez profesorów w szkole teatralnej, zwłaszcza ukochanego Aleksandra Zelwerowicza, że nie ma warunków jako kobieta, że będzie musiała ciężko pracować.
Może faktycznie nie była kobietą, za którą oglądano się na ulicy, ale bez przesady. Nadrabiała charakterem.

Solidnością i perfekcjonizmem.

- Wiesz, to był rocznik 1912, materia przedwojenna. Nie ma to tamto. Solidność, słowo dane, punktualność są w menu podstawowym. W pracy znasz nie tylko swój tekst, ale też innych, jesteś co do każdego przecinka świadoma tego, co mówisz - i o czym. Myślę, że dla ludzi z innej materii mogła być przez to nieznośna.

W przywoływanych w twojej książce fragmentach pamiętników uderzyła mnie, hm, neurotyczność nastoletniej Ireny. Dużo w nich niepokoi, lęków, nawet bezsenności. Wspomniałeś już o trudnych relacjach z mamą. Jaki Kwiatkowska miała dom?

- To jest piekielnie ważne pytanie, bo w tym domu było trochę kłopotów. Mama miała ciężki charakter. Nie była czułą, troskliwą, kochającą i ciepłą osobą, przy czym należy pamiętać, że w tamtych czasach tzw. zimny chów to był raczej standard. Zresztą jestem w stanie zrozumieć to. Kobieta zapracowana, wychowująca czwórkę dzieci, wokół bieda, trzeba opiekować się domem. Nie ma w ogóle mowy o czasie na samorozwój czy wizytę u kosmetyczki, a już na pewno nie w skromnym miejskim robotniczym środowisku, z którego wywodziła się Kwiatkowska. Robotniczym, choć z ambicjami, bo jej ojciec był zecerem, wysoko kwalifikowanym składaczem literek - to taki zawód, którego już chyba nie ma. I kochał książki. Żona miała do niego pretensje o to, że ciągle wydawał na nie pieniądze.
Dom Kwiatkowskiej był trochę szalony i niejednoznaczny, i myślę, że wpłynął na jej charakter. Przyszła aktorka musiała wypracować pewność siebie, stać się przebojową, nauczyć się polegać na sobie. Ale wydaje mi się też, że mogła się w domu koncentrować na swoich zainteresowaniach. Prowadziła bogate życie towarzyskie. W przyszłości to się zmieni, ale jako nastolatka miała mnóstwo koleżanek, cały czas robiła podchody wokół chłopaków, sporo flirtowała.

I myślała o aktorstwie.

- Tak, chociaż to jeszcze były czasy, w których o aktorkach mówiono jak najgorzej: że to na przykład kobiety lekkich obyczajów. Kiedy zaczęła się profesjonalnie przygotowywać do zawodu, to się zaczęło zmieniać. Znaczenia nabierało kino, pojawiły się gwiazdy filmowe, wybory miss. Jak wiele młodych dziewcząt i ona zaczyna się fascynować tym wszystkim, uważnie przygląda się urodzie Marleny Dietrich, koleżankę porównuje do Grety Garbo.

Wracając od flirtów, kim był mężczyzna, którego w pamiętniku nazywała „psychologiem"?

- To był profesor Stefan Baley. Podpisywała go też w pamiętnikach literką „B". Był znanym w warszawskim środowisku specjalistą, zajmował się psychologią twórczości. Podrzucał Kwiatkowskiej różne lektury, na przykład Freuda. No i prowadzili ważne rozmowy. Gdy się poznali, ona była przed dwudziestką, on miał czterdzieści siedem lat. Do dzisiaj trudno rozstrzygnąć, jaki charakter miała ta znajomość. Ale raczej więcej niż koleżeński. Ona bardzo cierpiała, gdy widziała go z inną dziewczyną.

Co wiemy o wojennych losach Ireny Kwiatkowskiej? Opowiadała o nich?

- Nie lubiła opowiadać o wojnie, ale chyba nikt nie lubi tego robić. Trudno odtworzyć jej wojenne życie, brakuje dokumentów, są tylko poszlaki. Znamienne, że w Muzeum Powstania Warszawskiego przygotowano jej biogram na podstawie książki Romana Dziewońskiego „Irena Kwiatkowska i znani sprawcy".
Myślę, że to był dla niej pod wieloma względami trudny czas. Raz, że wojna w ogóle zmienia wszystko: życie, codzienność, funkcjonowanie. Dwa, jej kariera już wtedy nabierała rozpędu. Przed 1939 rokiem Kwiatkowska zaliczyła występy na ważnych scenach, miała regularne sezony w teatrach w Poznaniu i Katowicach. Kiedy wybuchła wojna, miała 27 lat. To moment w życiu, w którym często zaczyna się rozumieć, kim się jest. Kończysz się uczyć, zaczynasz rozwijać zawodowo. A tu: trach, świat się pali.

Ale Irena Kwiatkowska nie zmieniała po wojnie swojej daty urodzenia, co zdarzało się aktorkom, np. Ninie Andrycz?

- Nie. Szczerze mówiąc, ludzie nie za bardzo się interesowali wiekiem Ireny Kwiatkowskiej, ona wydawała się być poza nim.

W połowie lat 70., grając w „Czterdziestolatku", miała już ponad 60 lat. A wcielała się w postać 32-letniej „kobiety pracującej"!

- Tak. Ona bardzo dbała o siebie.

Jak dokładnie?

- Dzięki kontaktom francuskim, przez rodzinę swojego męża, potrafiła sprowadzać jakieś bardzo trudno dostępne kiełki - w czasach, gdy z trudem zdobywało się papier toaletowy. Codziennie uprawiała gimnastykę szwedzką, czyli robiła taki podstawowy zestaw ćwiczeń. Oczywiście aktorzy, z reguły, muszą to robić. Ciało to ich instrument.
Kwiatkowska, jeśli chodzi o swoje ciało, miała trochę kompleksów. Jakoś je ukrywała.

I dlatego nie oglądała się na ekranie?

- Nie tylko dlatego. Chodziło też o warsztat, bała się o swój profesjonalizm. Była bardzo przejęta, czy czegoś nie pomyliła, czy wykonała odpowiedni gest. Naprawdę jej perfekcjonizm był chorobliwy.

Wracając do urody. Nie wpisywała się w klasyczne kanony, nie była też seksbombą. Jak powiedziałeś, była chłopczycą, kobietą w typie urody gamine. Trochę jak Liza Minelli. I - przyglądając się jej zdjęciom, strojom, makijażowi - wydaje mi się, że ona potrafiła ze swojej urody zrobić atut.

- Tak, poza tym ona była aktorką, od której się nie wymagało, że będzie seksbombą. Miała świetną mimikę, doskonale opanowany ruch sceniczny i roztańczone nogi, nawet po sześćdziesiątce. To wcale nie mało. Myślę, że ona do swojej fizyczności miała jednak zdrowe podejście.

Wspomniałeś o mężu - to jest dopiero tajemniczy gość! Bolesław Kielski był spikerem radiowym...

- Tak. I prowadził w telewizji teleturniej „Kółko i krzyżyk".

Co jeszcze o nim wiadomo?

- Pochodził z dobrze sytuowanej rodziny. Z zawodu był wykształconym jeszcze przed wojną prawnikiem, ale obiecał sobie, że ani godziny nie przepracuje w zawodzie. Słowa dotrzymał. Szybko trafił do radia. Był poliglotą, jeszcze przed wojną znał się z Przyborą. Do 1939 prowadził dość spokojne życie. Potem wojna bardzo go doświadczyła - i jego rodzinę. W połowie lat 40. ożenił się, miał dziecko, ale to małżeństwo nie trwało długo.
Z Kwiatkowską wziął ślub w 1948 roku. Byli ze sobą 45 lat, do 1993 roku, do śmierci Kielskiego. Oczywiście nie bez ups and downs.

Ale z tego, co w książce odtwarzasz, można wyciągnąć wnioski, że to była dobra relacja. Chociaż oni, w jakiś dziwny sposób, zamknęli się w swoim świecie.

- Myślę, że byli bardzo ze sobą zaprzyjaźnieni, połączyły ich wspólne pasje i zainteresowania. Lubili chodzić do kina, kochali jazz, bardzo interesowali się Francją, Kielski zresztą, jak już wspomniałem, miał tam rodzinę. Uwielbiali razem podróżować, zwiedzili chyba pół świata. No i tyle - bo nie wiem, czy Kwiatkowska miała na cokolwiek więcej czas. On był od niej młodszy o 3 lata i, jak zauważyłaś, tworzyli trochę hermetyczny związek, nie prowadzili bogatego życia towarzyskiego.
Kielski był fanem Kwiatkowskiej. Dowodem jest na przykład album z wycinkami z gazet dotyczącymi Kwiatkowskiej, które wykonał Kielski. Jest złożony w Instytucie Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie i widać w nim, z jaką pieczołowitością Bolek wycinał te artykuliki i opisywał kolorowymi kredkami. Niebywale wzruszające.

Jest też „teczka Bolka" w Instytucie Pamięci Narodowej.

- Te dokumenty trzeba traktować z dystansem i ostrożnością, bo - wiadomo - one często miały odgrywać pewną rolę. Znalazłem jakieś donosy, ale, szczerze mówiąc, raczej dobre rzeczy z nich na temat Bolesława Kielskiego wynikają. Jednak są dokumenty świadczące, że Kielski podpisał lojalkę, czyli po prostu był agentem. Równocześnie z innych dokumentów wynika, że marny był z niego pożytek.
Więc to życie luksusowe, które prowadzili, wynikało raczej z ich pracowitości i wypracowanej pozycji.

Co masz na myśli, mówiąc o ich życiu luksusowym?

- Być wolnym. A w każdym razie dysponować większą wolnością niż miał przeciętny obywatel. Za granicę nie mogłaś, ot tak, wyjechać. Samochodu też nie można było iść i po prostu kupić. Mieszkania w dobrej lokalizacji również nie dostawało się od ręki, nawet jak miało się worek pieniędzy. Dużo rzeczy mieli ułatwione dzięki temu, że Kwiatkowska była znana. Na telefon z kabelkiem trzeba było czekać czasem kilka lat. Ale znana aktorka miała fory, szybciej mogła załatwić numer telefonu dla swojej bratanicy. No bo kto odmówi gwieździe Kabaretu Starszych Panów?! Często chodziło też o drobiazgi. Biletów w kinie zabrakło, ale dla pani Ireny kochanej, proszę bardzo, są dwa.

To kiedy Kwiatkowska stała się tą panią Ireną, która wiele może załatwić?

- To był proces. Myślę, że środowiskową rozpoznawalność, umożliwiającą załatwianie różnych drobnych spraw, Kwiatkowska miała bardzo wcześnie. Musiała mieć, bo inaczej nie weszłaby tak szybko do świata radiowców, nie miałaby tylu zleceń już w latach 40.
Poza środowiskiem stała się znana po raz pierwszy, kiedy zaczęła występować w Kabarecie Starszych Panów. Potem wybuch rozpoznawalności przyniosła jej „Wojna domowa", a po „Czterdziestolatku" to był już istny szał na Irenę Kwiatkowską. Gazety pytały ją, jak spędza Boże Narodzenie albo jak się jeździ samochodem po Warszawie, czyli o totalne głupoty, o które się pyta głównie celebrytów. To, moim zdaniem, dowód na to, jak była uwielbiana.

Uważasz, że Kwiatkowska została dobrze wykorzystana na polskiej estradzie, w polskim kinie, w telewizji?

- Jakie to ciekawe, spekulatywne pytanie (śmiech). Chyba nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Można też zadać pytanie odwrotne: czy nie jest tak, że Irena Kwiatkowska wycisnęła naprawdę maksimum ze swoich drobnych ról? Nigdy nie zagrała większej znaczącej dramatycznej roli w teatrze ani zresztą nigdzie. Zasłynęła drugoplanowymi rolami, zagranymi jednak po mistrzowsku.

Jakiej roli czy ról Irena Kwiatkowska by nigdy nie zagrała?

- Wydaje mi się, że miałaby ogromny problem z graniem ról, które opierałyby się w jakimś zakresie na improwizacji. Nie jestem pewien, czy udałoby jej się zagrać pogłębioną rolę psychologiczną, w której musiałaby przejść przemianę na scenie. Bardzo trudno jest mi to sobie wyobrazić. I nie chodzi tylko o jej warsztat, ale o charakter, o to, jakim była człowiekiem.

To znaczy?

- Myślę, że wojna mogła odciąć ją od czegoś w niej samej. Od marzeń? Do 1939 roku jeszcze wszystko wydawało się jej możliwe. W swoich dziennikach planowała role dramatyczne. Więcej też siebie analizowała. Jak było potem – tego oczywiście nie wiem. Ale znamienne jest, że nie pisała po wojnie pamiętników. Skupiła się na wykonywaniu zadań.

Na czym nie oszczędzała?

- Oszczędzała raczej na wszystkim! Była niebotycznie skąpa do samego końca. Opisałem tylko część tych historii, bo już naprawdę nie miałem siły słuchać kolejnych anegdot o jej skąpstwie.

Ale równocześnie ceniła rzeczy wysokiej jakości, dobre ubrania itd. Więc na nich chyba nie oszczędzała?

- Był moment w jej życiu, w którym rzeczywiście do tej jakości przywiązywała wagę, ale nie wiem, jak to się działo - może dostawała jakieś ogromne rabaty? Mówię to trochę anegdotycznie, a trochę nie. Próbuję sobie wyobrazić, jak Irena Kwiatkowska szasta pieniędzmi. I nie potrafię. Z drugiej strony wydaje mi się, że ona wiedziała, że za pewne rzeczy trzeba zapłacić, bo będą służyć przez długi czas. Więc to też był rodzaj oszczędności.
Przypomniało mi się! Potrafiła nie oszczędzać na bibelotach. Kiedy pod koniec życia jeździła po świecie, potrafiła nawieźć plastikowych, naprawdę tandetnych bibelotów.

Czy Irena Kwiatkowska stała się dewotką?

- No a jak ty myślisz?

Myślę, że można wyciągnąć taki wniosek, czytając to, co piszesz o jej ostatnim okresie życia. Na przykład o obsesyjnym zamiłowaniu do „Naszego Dziennika", Radia Maryja i Telewizji Trwam.

- Miała taki niebezpieczny zwrot - pod koniec i na początku życia.

Ale przed wojną to chyba był bardziej młodzieńczy idealizm, gorąca wiara w lepszy świat, który gdzieś musi istnieć.

- Teraz ją tłumaczysz, tak jak ja to robiłem. Jednak dla mnie racjonalne jest, że jak się nauczysz na klasówkę, to dostaniesz piątkę. Tymczasem ona uważała, że jak się dobrze pomodli, to piątka przychodzi od Boga.
Na powierzchni było widać tylko dewocje, ale warto dodać, że ten skręt pod koniec życia splótł się z różnymi rzeczami, między innymi z długą chorobą męża. Opiekowała się nim przez długie lata. I wtedy pomogły jej osoby zakonne. Równocześnie nieco odcięła się od świata. Z czasem zaczęły pojawiać się także rozmaite interesowne osoby próbujące zbić kapitał na popularności Kobiety Pracującej. Jak wiele starszych i samotnych osób – popadała więc w tarapaty.
Opisuję w książce historie, które raczej pokazują Kwiatkowską nie tylko jako osobę głęboko wierzącą, tylko taką właśnie z niebezpiecznym skrętem. Jak to się dokładnie stało? Tu już wkraczamy w sferę spekulacji. Wystrzegałbym się tego. Zwłaszcza że nie wiem, jak to jest mieć 80 lat. Mogę sobie tylko wyobrażać, że wtedy inaczej myśli się o życiu, śmierci, zmienia się hierarchia wartości.
Swoją drogą ciekawe, że Bóg w jej życiu znika po wojnie na wiele, wiele lat. W jego miejsce wchodzi praca. A kiedy Kwiatkowska przechodzi na emeryturę i ma więcej wolnego czasu, Bóg wraca. Taki Bóg czasu wolnego.

Bardzo wcześnie, jako nastolatka, w swoim pamiętniku napisała: „Mogę wyjść za mąż, ale dzieci i bólu - niech Bóg broni". I nigdy zdania nie zmieniła?

- Też się nad tym zastanawiam. Być może to jest to jedno pytanie, które bym jej zadał? Czy naprawdę nigdy później nie chciała mieć dzieci? Jeśli znowu miałbym spekulować, to powiedziałbym, że mogła chcieć mieć te dzieci, ale nie wiem, czy się o nie starała, czy może kiedyś musiała podjąć bardzo trudną decyzję i zrezygnować z macierzyństwa, wiedząc, że będzie przepracowana i nie będzie miała dla dziecka czasu? Dziecko być może wywróciłoby jej życie do góry nogami. A może nie dlatego? Może bałaby się, że miałaby z nim bardzo złe relacje, takie jak ona miała ze swoją matką?

Polubilibyście się?

- Nie sądzę. Mam zupełnie inny charakter. Spóźniam się aż wstyd. Lubię improwizację. Nie chce mi się też zastanawiać, czy mam mocny uścisk dłoni, czy nie. Ale też nie oceniam nigdy ludzi po uścisku dłoni. Na dodatek, gdybyśmy się spotkali, pewnie zadawałbym jej pytania, którymi by się strasznie irytowała.

___

Marcin Wilk - dziennikarz, autor literackiego bloga Wyliczanka, kurator związanych z literaturą wydarzeń. Autor książek „Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia" (2015), „W biegu... Książka podróżna. Rozmowy z pisarzami (i nie tylko)" (2011). Czterdziestolatek.
W księgarniach ukazała się książka „Żarty się skończyły" Marcina Wilka - pierwsza pełna biografia Ireny Kwiatkowskiej

Emilia Padoł
Onet Kultura
13 sierpnia 2019

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski