Byliśmy i jesteśmy otwarci

rozmowa z Gołdą Tencer

- W tej chwili zaczynam dopiero swoją dyrektorską kadencję, choć przecież ten teatr jest w moim sercu od wielu, wielu lat - tak jak ten dąb za oknem gabinetu, który zasadziliśmy razem z Szymonem i dlatego z jednej strony chciałabym kontynuować pracę moich poprzedników, ale też jestem otwarta na wszystko to, co nowe w szeroko pojętej sztuce, również w dziedzinie teatru - z Gołdą Tencer, dyrektorką Teatru Żydowskiego w Warszawie, rozmawia Wiesław Kowalski z serwisu Teatr dla Was.

Zanim zapytam o kolejne propozycje, które pojawią się w repertuarze z okazji 65-lecia istnienia sceny przy Placu Grzybowskim, chciałbym wrócić jeszcze do "Dybuka" Mai Kleczewskiej i Łukasza Chotkowskiego. Premiera kontrowersyjnego duetu pojawiła się w momencie nasilającej się fali krytyki Teatru Żydowskiego po śmierci Dyrektora Szymona Szurmieja i dyskusji na temat przyszłości tej instytucji. Czy rzeczywiście Pani decyzja obsadowa była odpowiedzią na zarzuty tych, którzy domagali się w Żydowskim przewietrzenia?

Sformułowanie o przewietrzeniu teatru tak naprawdę padło z moich ust, to ja pierwsza go użyłam. Rzeczywiście, powiedziałam, że chciałabym przewietrzyć teatr, tyle że bez dokonywania przeciągu. A Maja Kleczewska z Łukaszem Chotkowskim nie pojawili się przypadkowo. Grunt dla ich zaistnienia w teatrze przygotowywali wcześniej inni utalentowani reżyserzy i o tym trzeba pamiętać. Po raz kolejny zatem powtórzę, że w tym podprowadzeniu do pojawienia się "Dybuka" uczestniczyli Maciej Wojtyszko, Jan Szurmiej, Andrei Munteanu, Piotr Cieplak, Michał Zadara, Paweł Paszta, Jacek Papis, Lech Mackiewicz czy Karolina Kirsz. Większość spektakli tych reżyserów wciąż jest w repertuarze Teatru Żydowskiego - gramy w tej chwili 25 tytułów - i zachęcam wszystkich tych, którzy jeszcze tych spektakli nie widzieli, a wypowiadają się o nich krytycznie, by odwiedzili nasz teatr i je obejrzeli. Każdy z dyrektorów tego teatru - można powiedzieć - odcisnął swoje piętno na jego artystycznej działalności - Ida Kamińska, która zarządzała tą sceną 20 lat, tak samo Szymon Szurmiej pełniący funkcję dyrektora ponad 45 lat. Ja w tej chwili zaczynam dopiero swoją dyrektorską kadencję, choć przecież ten teatr jest w moim sercu od wielu, wielu lat - tak jak ten dąb za oknem gabinetu, który zasadziliśmy razem z Szymonem i dlatego z jednej strony chciałabym kontynuować pracę moich poprzedników, ale też jestem otwarta na wszystko to, co nowe w szeroko pojętej sztuce, również w dziedzinie teatru. Muszę oczywiście pamiętać o naszej wiernej publiczności, która po kilka razy przychodzi choćby na "Skrzypka na dachu" czy na oklaskiwaną na stojąco "Tradycję", dlatego zamierzam grać w teatrze szeroki i różnorodny repertuar, który określiłabym mianem szlachetnego eklektyzmu, repertuar, który będzie takim pomostem łączącym przeszłość z teraźniejszością i przyszłością.

Czyli chce Pani powiedzieć, że realizacja "Dybuka" to nie była chęć wywołania fermentu, decyzja, która miała być odpowiedzią na stawiane zarzuty i miała zamknąć usta tym, którzy wobec teatru używali takich określeń jak cepelia, skansen artystycznego konserwatyzmu i tradycjonalizmu, tylko w pełni świadomy wybór?

Młodzi reżyserzy wychodzący poza kanon tradycyjnego teatru pojawili się już w teatrze za dyrekcji Szymona Szurmieja i chciałabym z nimi, jak choćby z Michałem Zadarą czy Piotrem Cieplakiem, nadal współpracować. Tak zresztą się stanie - w przyszłym sezonie będzie miała miejsce premiera "Mesjasza" w reżyserii Michała Zadary - adaptacja scenariusza Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk o nigdy nie znalezionej powieści Brunona Schulza. Dlatego moja decyzja nie ma nic wspólnego z posunięciem typu "A teraz to ja wam pokażę, jaka jestem otwarta i nowoczesna". O "Dybuku" myślałam już od dość dawna, bo to w końcu wielka klasyczna literatura. I tego zakwestionować nie można. A ponieważ oglądałam wcześniejsze przedstawienia Mai Kleczewskiej, postanowiłam, jako że jestem osobą raczej dynamiczną, lubiącą wyzwania, właśnie jej zaproponować przygotowanie tej inscenizacji. Cieszę się bardzo z tego, że udało nam się stworzyć interesujący spektakl, który jest bardzo szeroko komentowany we wszystkich mediach. I mam z tego powodu ogromną satysfakcję.

No właśnie, na spektakl Kleczewskiej czekano z niecierpliwością, bo też jej przedstawienia bywają kontrowersyjne zarówno w formie jak i w treści, czyli w sposobach inspirowania się materiałem literackim. Ilość publikacji po premierze, powiedzmy od razu najczęściej pozytywnych, przeszła chyba Pani najśmielsze oczekiwania. Można zatem powiedzieć, że ryzyko się opłacało, czy też nie chciałaby Pani tego w takich kategoriach rozpatrywać?

Nigdy nie da się przewidzieć jaki będzie efekt końcowy pracy nad przedstawieniem. Przed premierą oczywiście odczuwałam wiele silnych emocji, nie będę ukrywać, bo to w końcu spektakl rozpoczynający obchody 65-lecia istnienia tej sceny i moją w nim dyrekcję. Ale cieszę się, że podjęłam takie ryzyko, choć nie jestem pewna czy ono było znowu takie duże. Postanowiłam sobie, że nasz teatr wciągu półtora roku znajdzie się w czołówce teatrów warszawskich. Bardzo długo pracowałam, odbywając dziesiątki rozmów z wieloma artystami, nad ustalaniem repertuaru na kolejne trzy lata . Dlatego chciałabym wykorzystać naszych wspaniałych aktorów do realizacji przedstawień, które pokażą z jednej strony ciekawą literaturę, z drugiej ich niezaprzeczalny talent, mogący zaistnieć w jak najszerszym repertuarowym spektrum. Nie zapominajmy, że Teatr Żydowski ma swoją wierną od lat publiczność, że ma znakomity również zespół techniczny, który jest związany z nami od wielu lat. I to jest nieocenione. Proszę mi pokazać teatr na świecie, w którym aktorzy grają w jednym teatrze przez czterdzieści czy trzydzieści lat. Wszyscy tutaj jesteśmy wychowankami tego teatru, potencjał jakim dysponujemy pozwala nam zagrać zarówno musical jak i wielką literaturę dramatyczną. A ponieważ chciałabym, aby w naszym teatrze działo się jak najwięcej, a nie wszyscy aktorzy mogli wejść do obsady "Dybuka", postanowiłam dołączyć do repertuaru jeszcze dwa tytuły, które zostaną zrealizowane na małej scenie. Będzie to "Śmierć pięknych saren" Oty Pavla, do których już zaczął próby Jan Szurmiej, a Karolina Kirsz przygotuje spektakl pod tytułem "One same", opowieść o spotkaniu pięciu niezwykłych kobiet, między innymi Heleny Rubinstein, Sophie Tucker i Ireny Krzywickiej. Poza tym Paweł Passini chce grać w piwnicach naszego teatru "Kryjówkę".

W pewnym momencie w środowisku pojawiła się taka pogłoska, że za tymi wszystkimi Pani decyzjami repertuarowymi i obsadowymi stoi Maciej Nowak. Jak to jest naprawdę?

Maciej Nowak, za co mu jeszcze raz pragnę podziękować, poprowadził u nas konferencję prasową. I wtedy Gazeta Wyborcza napisała, że program, który został na niej przedstawiony jest autorstwa Macieja Nowaka. Gazeta Wyborcza sprostowania nie napisała, ale zrobił to sam Maciej Nowak. Program działalności Teatru Żydowskiego, który został ustalony na trzy lata, jest programem autorskim, przygotowanym od początku do końca przeze mnie.

Wróćmy jeszcze na chwilę do "Dybuka". Zdecydowała się Pani sama wziąć udział w tej inscenizacji, przywołując tym samym Leę, którą zagrała Pani we wcześniejszych realizacjach, między innymi w reżyserii Szymona Szurmieja. Czym dla Pani było uczestnictwo w procesie twórczym do tego spektaklu? Bo nie sądzę, że tylko sentymentalnym powrotem do przeszłości?

To było dla mnie jako aktorki duże wyzwanie, dlatego ucieszyłam się kiedy Maja mi taką propozycję złożyła, tym bardziej że nie gram teraz zbyt dużo. Przywołanie pamięci pojawiające się w tej sekwencji, również dzięki znakomitemu pomysłowi na kostium, pozwoliło mi powrócić do tamtych odległych czasów pośród tych wszystkich dusz, które stoją obok mnie na scenie. Dlatego jak wychodzę do tego monologu zawsze mam ogromną tremę, taką samą jak czterdzieści lat temu, kiedy grałam główną bohaterkę w dramacie Anskiego. Może dlatego jest ona w mojej pamięci do dzisiaj. Znam każdą kwestię i o każdej porze dnia czy nocy jestem w stanie tę rolę przytoczyć.

Kolejną propozycją, która pojawiła się w ramach rocznicowych obchodów był projekt "Rodziny, których nie ma, czyli Anonimowi Żydzi Polscy", przygotowany przez Wojciecha Klemma.

Z Wojciechem Klemmem rozmowy prowadziliśmy od kilku lat. Już Szymon Szurmiej proponował mu współpracę z naszym teatrem. Ja tylko kontynuuję to, co rozpoczął jako dyrektor mój poprzednik. Wojtek składa różne propozycje, między innymi zrealizowanie jakiegoś żydowskiego szmundu. Jestem cały czas otwarta na współpracę z tym artystą. Kiedy oglądałam "Anonimowych Żydów Polskich", na których jako widzowie zasiedli młodzi Żydzi z Synagogi z Ec Chaim, zobaczyłam jakby dwa teatry - patrzyłam z jednej strony na aktorów jak grają, z drugiej na tych młodych ludzi na widowni, którzy słuchali tego tak, jakby to były ich osobiste życiorysy. To było dla mnie niesamowite przeżycie i doznanie. Spektakl Klemma jest otwarciem się małej sceny na mówienie o tym, o czym będziemy mówić do końca swoich dni i nigdy nie przestaniemy - o Żydach i o żydostwie. I myślę, że to było bardzo potrzebne, dlatego tak jak Teatr Powszechny chce się wtrącać, tak my chcemy mówić dając świadectwo. Nie jesteśmy bowiem zamknięci w szafie, jak to się niektórym wydaje - jesteśmy i byliśmy otwarci, tylko nie zawsze wszyscy chcieli do tej szafy wejść. Teatr Żydowski nigdy nie zapomni o swojej tradycji, ale i otwiera się na nowe.

Za chwilę kolejna jubileuszowa premiera. Tym razem Anna Smolar przygotowuje spektakl pod tytułem "Aktorzy Żydowscy". Czy Pani zaakceptowała tę propozycję po przeczytaniu scenariusza Michała Buszewicza?

Tak, Michał Buszewicz napisał świetny scenariusz, dlatego zapowiada się interesująca premiera, ale nie chciałabym zapeszyć. A Anna Smolar też już wcześniej prowadziła rozmowy z dyrektorem Szurmiejem. Być może jako osoba zdecydowana szybciej podejmuję decyzje i jestem bardziej złakniona zmian, jakich chciałabym dokonać. A Anna Smolar jako osoba sugestywna potrafiła mnie do swojej propozycji przekonać.

Przy okazji zapytam co to znaczy być aktorem żydowski?

Na to pytanie nie odpowiem, ponieważ nie wiem co to znaczy. Jestem po prostu aktorką i pochodzenie nie ma tu nic do rzeczy. Kiedyś poczułam się nawet urażona, kiedy ktoś mnie o to zapytał. Tak samo jak każdy aktor staram się osiągać wiarygodność postaci i dążę do scenicznej prawdy. Można mnie ocenić i powiedzieć czy jestem aktorką dobrą czy złą i nic więcej. Poza tym, to że rozmawiamy w Teatrze Żydowskim, nie znaczy, że na scenie pracują sami artyści pochodzenia żydowskiego. Największa żydowska aktorka w Habimie była Niemką a nie Żydówką. Jedno może co nas wyróżnia to to, że staramy się wypełniać misję w przekazywaniu naszej kultury i tradycji. Ja to robię przez całe swoje życie. Dlatego nasz teatr jest swoistym pomnikiem pamięci. Stąd też celebrujemy w naszym teatrze pamięć o największych twórcach żydowskich związanych z tym miejscem i nie tylko.

Proszę powiedzieć co jeszcze pojawi się w repertuarze Teatru Żydowskiego w najbliższym czasie?

We wrześniu rozpoczyna pracę Monika Strzępka i Paweł Demirski - ma powstać musical o marcu '68 i to jest ich autorska propozycja. Po premierze Ani Smolar wyjeżdżamy na festiwal do Nowego Jorku ze spektaklem "Bonjour Monsieur Chagall", a potem jest urlop i gigantycznych rozmiarów Festiwal Singera, który tym razem będzie się odbywał również pod Pałacem Kultury, gdzie między innymi pieśni religijne będzie śpiewało dwudziestu kantorów. A wracając do teatru, to w przyszłym roku w kwietniu naszym gościem będzie Pożar w burdelu. Wcześniej pojawi się "Golem" w reżyserii fantastycznego artysty z Izraela, Shmuela Shohata, będą też swoje spektakle realizowali Joshie Haupt i Łukasz Kos (adaptacja Singera), Michał Zadara (Mesjasz) i Izabella Cywińska. Poza tym cały czas będą kontynuowane już wcześniej odbywające się cykle, między innymi Mistrzowie Sceny Żydowskiej.

Czyli aktorzy będą mieli możliwość pracy z ciekawymi reżyserami i interesującą literaturą. Na fali krytyki Teatru Żydowskiego, która pojawiła się parę miesięcy temu, próbowano również zdezawuować umiejętności Pani zespołu aktorskiego. Kłam tym niepochlebnym opiniom zadaje "Dybuk" Kleczewskiej, bo można powiedzieć, że aktorzy doskonale odnaleźli się w poetyce tego spektaklu. Czyżby to Kleczewska wyciągnęła Pani aktorów z jakiejś zapaści czy niemocy twórczej?

Bardzo mnie to, co pisano o naszym zespole aktorskim bolało. Bo to przykre. Szczególnie żal mi było właśnie aktorów. A przecież te opinie są wyssane z palca i nieprawdziwe. Wiedzą o tym Ci, którzy przychodzili i przychodzą na przedstawienia do naszego teatru i mają nawet swoich ulubionych artystów. Za rolami w "Dybuku" stoi ich całe doświadczenie, które zdobywali pracując przez wiele lat z innymi reżyserami. A z Mają Kleczewską pracowało nam się znakomicie. I doskonale sprawdził się w tym przypadku casting, który poprzedził pojawienie się obsady "Dybuka". Maja i Łukasz poświęcili bardzo dużo czasu na rozmowy z aktorami, i nie chodziło wcale o rozpoznanie ich umiejętności aktorskich, ale przede wszystkim o ich stosunek do życia. I to potem zaowocowało takim efektem, jaki możemy oglądać na scenie.

Wiesław Kowalski
Teatr dla Was
26 maja 2015
Portrety
Gołda Tencer

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...