Cała Łódź powinna być jak Radiostacja

rozmowa z Mileną Lisiecką

- Ja mam dosyć cygańską naturę. Ważniejsza od miejsca zamieszkania byłaby możliwość rozwoju zawodowego, przeżycia czegoś ciekawego. Gdybym dostała taką propozycję, to pewnie wyprowadziłabym się z Łodzi. Aczkolwiek na razie jest mi dobrze w tym mieście, bo uważam, że robię w nim ciekawe rzeczy - mówi Milena Lisiecka, aktorka Teatru im. Jaracza

 

Jaka jest Pani Łódź?

- Bardzo kocham Łódź, to moje miasto, w nim się urodziłam. Choć nie mogę patrzeć jak ta moja Łódź się rujnuje. Szczególnie gdy porówna się ją z innymi polskimi miastami. Właściwie nie przeprowadza się tu żadnych remontów. Boli mnie, że ul. Piotrkowska, która jeszcze w latach dziewięćdziesiątych żyła, teraz stała się martwą ulicą. Przeraża mnie, że funkcję ul. Piotrkowskiej przejęła Manufaktura.

Dlaczego? Przecież wszyscy zachwycają się Manufakturą...

- Rzeczywiście tak jest, ale ja uważam, że w Manufakturze nie ma jakiś super fajnych imprez, bardziej artystycznych i ambitnych. Może za krótko jest czynna? Nie jest otwarta do późnych godzin nocnych. Poza tym przejęła funkcję ul. Piotrkowskiej przez co uśmierciła tę ulicę. Może dlatego tak nie lubię tej Manufaktury.

Ale kocha Pani Łódź. Za co?

- Na pewno za łódzkie kamienice, za ulicę Gdańską. Właśnie Gdańska ze względu na swoją architekturę, na stojące tu pałacyki jest jedną z moich ulubionych łódzkich ulic. Kocham też Łódź za to, że ludzie, mimo biedy tego miasta, są bardziej życzliwi niż w innych miejscach Polski. Mam porównanie. Mieszkałam przez jakiś czas w Gdańsku i Warszawie i mogę powiedzieć, że łodzianie są bardzo życzliwi. Chętnie służą pomocą mimo że jest tu wielu kloszardów, meneli. Ale nawet ci kloszardzi i menele są inni.

Wychowała się pani na ulicy Wschodniej...

- Tak, ale w tej chwili nie lubię tej ulicy tak jak lubiłam ją kiedyś. Przed wojną na ul. Wschodniej było mnóstwo sklepików, które należały do Żydów i po wojnie ulica zachowała tę tradycję. Była miejscem, gdzie można było wszystko załatwić. Nie ruszając się z ul. Wschodniej człowiek ubrał się od stóp do głów, kupił wszystko niezbędne, wyleczył, bo znajdowały się tu gabinety lekarskie, były salony sukien ślubnych. Znałam tam wielu sklepikarzy, lubiłam ich odwiedzać, porozmawiać z nimi. Nie byłam w tych sklepach anonimowa. To było fajne.

Jako dziewczynka bawiła się pani na ul. Wschodniej czy też rodzice nie pozwalali na taką zabawę?

- Pozwalali. Tyle, że wtedy było o wiele bezpieczniej. Bawiliśmy się na podwórkach, ale też na ulicy.

Czy dziś ulica Wschodnia straciła ten swój koloryt?

- Niestety, tak. Kiedyś ludzie tam bardziej się znali. Swój swojego nie ruszył. Ten kto mieszkał na ulicy Wschodniej mógł się czuć tu bezpiecznie. Mieszkańcowi tej ulicy nie mógł spaść włos z głowy.

A teraz?

- Jest duża rotacja. Jedni się wyprowadzają, inni wprowadzają. Jest tu wiele mieszkań socjalnych. Przybywają tu różni nowi menele, którzy kierują się swoimi interesami. Ludzie na tej ulicy są bardziej anonimowi. Ale myślę, że czasy są takie, że sąsiad nie chce poznać sąsiada. Każdy zamyka się w czterech ścianach i chce mieć święty spokój.

Tylko kamienice pozostały takie same...

- Nic się w nich nie zmieniło. Wszystko jest jedną wielką ruiną. Nikt nic nie robi z tymi kamienicami, choć większość z nich jest zabytkowa.

Gdyby miała Pani do wydania wielkie pieniądze, to zainwestowałaby w ul. Wschodnią, by wrócił jej dawny obraz?

- Chyba bym postawiła. Przecież ta ulica znajduje się w samym centrum Łodzi, jedną przecznicę od ul. Piotrkowskiej. A gdy dziś wchodzi się na ul. Wschodnią, to ma się wrażenie, że człowiek znalazł się w zupełnie innym świecie. Ale takie miejsca nie mogą się znajdować w centrum Łodzi. Nie może być takich nagłych dysproporcji. Tu mamy ul. Piotrkowską, która nie jest już tak wypieszczona, ale prezentuje się nieźle, a z drugiej strony ul. Wschodnią, która stanowi jakiś folklor łódzki. Podobnie jak pobliska ul. Włókiennicza. Przecież tam w niedziele ludzie stają w oknach w majtkach, podkoszulkach. Wywieszają pranie. Tam w niedziele, po weekendzie, gdy wracam od rodziców, którzy dalej mieszkają na ul. Wschodniej, człowiek czuje się jakby nie przechadzał się przez centrum Łodzi, tylko przez wysypisko śmieci. Ludzie urządzają tam sobie sobotnie i niedzielne imprezy, śmieci wyrzucają przez okna i balkony. Zresztą na Wschodniej nie ma ani jednego kosza na śmieci.

Dziś mieszka Pani w centrum Łodzi?

- Na Radiostacji. To moja ulubiona dzielnica. Kiedy przekraczam ulicę Kopcińskiego to mam wrażenie, że wkraczam w zupełnie inny świat. Niby jeszcze centrum, a są dwa parki: zabytkowy park im. Matejki i park im. 3 Maja. Mam wrażenie, że mieszkają tam zupełnie inni ludzie. Jest tam bezpiecznie, zielono, czysto. Tak jak Radiostacja mogłaby wyglądać cała Łódź.

Jest Pani łodzianką, ale na studia aktorskie wybrała się Pani do Warszawy...

- Ale zaraz po studiach wyjechałam z Warszawy. Stolica to dla mnie za szybkie, za bardzo dynamiczne miasto, gdzie człowiek ciągle jest anonimowy. W Warszawie wszystko za szybko się dzieje. Łódź ma powolniejszy rytm, mnie to bardziej odpowiada.

Z radością Pani wróciła do Łodzi?

- Tak. Poza tym mam tu wielu przyjaciół. A myślę, że miejsca w których żyjemy są też ważne ze względu na ludzi, którymi się otaczamy.

Przyjęłaby Pani teraz propozycję wyjazdu z Łodzi?

- Ja mam dosyć cygańską naturę. Szczególnie w dzisiejszych czasach człowiek nie może przywiązywać się do miejsc. Wszyscy na świecie podróżują, mieszkają po dwa lata w różnych miastach i przeprowadzają się całymi rodzinami, bo dostają ciekawszą propozycję pracy. Ważniejsza od miejsca zamieszkania byłaby możliwość rozwoju zawodowego, przeżycia czegoś ciekawego. Gdybym dostała taką propozycję, to pewnie wyprowadziłabym się z Łodzi. Aczkolwiek na razie jest mi dobrze w tym mieście, bo uważam, że robię w nim ciekawe rzeczy.

 

Anna Gronczewska
Polska Dziennik Łodzki
26 lipca 2010

Książka tygodnia

Mewa. Egzemplarz reżyserski Krystiana Lupy
Akademia Sztuk Teatralnych
Krystian Lupa

Trailer tygodnia