Cesarskie cięcie

"Położnice szpitala św. Zofii" - reż. M. Strzępka - Teatr Rozrywki w Chorzowie

Duet Demirski/Strzępka przyzwyczaił nas w teatrze do błyskotliwego, brutalnie szczerego i niezwykle zazwyczaj celnego w konkluzjach opisywania współczesnej polskiej rzeczywistości. Rzadko komu dzisiaj udaje się związanie sztuki teatralnej z publicystycznym podejściem do tematu przedstawienia jak tej parze; towarzyszy temu duża doza odwagi i poczucia niezależności w komentowaniu tego, jak tu u nas jest, co nas boli, z czym nam mimo wszystko wygodnie, choć dalekie to od ideału, czy wreszcie jacy po prostu jesteśmy?

Ten utylitarny charakter procesu twórczego niesie ze sobą jednocześnie spore ryzyko, które - jak dowodzą "Położnice szpitala św. Zofii" - ma swój próg nasycenia i bardzo silnie koreluje z konwencją teatralną, jaką autorzy operują. Eksperyment z musicalem nie przynosi już niestety oczekiwanych rezultatów i jego efekty wymykają się nieco realizatorom spod kontroli. Tak oto bowiem wciąż przejmujący w swym ciężarze obraz realiów i ostry jak skalpel ogląd kondycji służby zdrowia i leczonego przez nią społeczeństwa traci w ujęciu gatunku (z definicji łatwego, prostego i przyjemnie służącego rozrywce) na swojej finezji i metaforycznym przekazie. Wszystko nagle staje się przysadziście dosłowne, a wiele wątków pokazanych w skali 1:1 zamiast budzić wrażliwość i spojrzenie z dystansu, skutecznie znieczula i męczy. A przecież jest to spektakl o rzeczywistości, w której nie stać nas na znieczulenie - musimy znosić ból codzienności z zaciśniętymi zębami, bo nikt nam nie poda "głupiego jasia". Kiedy dodamy do tego panoszące się w spektaklu wstawki autotematyczne i dość wątpliwej artystycznie jakości pomysły na angażowanie publiczności w to, co dzieje się na scenie, to musical/rewia położnicza denominuje się zaledwie do rangi kabaretonu w stylu "Spotkań z balladą".

W "Położnicach szpitala św. Zofii" pojawia się tyle samo zręcznie ironicznego humoru, co topornego policzkowania widzów kawałkami mięsa, a ten dysonans potęguje jedynie wrażenie, że koncepcja twórców już w swoim pierwotnym założeniu zawiera jakiś fundamentalny błąd. Osobiście odniosłem wrażenie, jakby repertuar wątków Demirskiemu się wyczerpał i zaczyna cytować sam siebie, popadając w powtórzenia - oczywiście musiał pojawić się temat kredytów, mebli z Ikei, kompleksów na punkcie zasobności portfela, życia od weekendu do weekendu i niedzielno-wieczornej depresji, etc. Wszystko to może i prawda, ale to już było, czyż nie?

W płaszczyźnie reżyserii znów mamy mieszankę oryginalnych pomysłów z typowymi "samograjami", które nie wypadają już efektownie, ale efekciarsko. Owocem tego romansu dość oczywistego tematu sztuki i sarkazmu w jego opisie jest dziecko rodzaju nijakiego, z kilkoma poważnie zmutowanymi genami recesywnymi i kodzie genetycznym zawierającym zbyt wiele zbędnych elementów.

Mimowolnie ześlizgując się co i rusz w stronę dosłowności wylewa się tutaj niestety dziecko z kąpielą, a znaczenie spektaklu coraz bardziej zdaje się przypominać akcję "Rodzić po ludzku", której absurdalność polegała na domaganiu się rzeczy najzupełniej fundamentalnych i nagradzaniu tego, co się każdemu zwyczajnie należy nie jako przywilej, ale jako norma, standard. I nawet jeśli to przedstawienie oddaje sprawiedliwość walce z dehumanizacją naszych czasów, to sposób dojścia do celu w tym przypadku dla mnie nie jest akceptowalny i godny pierwotnej idei.

Zwykło się mawiać, że w bólach rodzi się prawdziwa moc, szkoda zatem, że Demirski i Strzępka tym razem zdecydowali się na cesarskie cięcie.

Marek Kubiak
Teatr dla Was
30 kwietnia 2013

Książka tygodnia

Wiersze prawie wszystkie. Tom I
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Agnieszka Osiecka

Trailer tygodnia