Chaos w kałuży

"Podopieczni" - reż. Paweł Miśkiewicz - Stary Teatr w Krakowie

Ostatnimi czasy media niemal codziennie informują nas o napływie emigrantów. Najczęściej są to informacje o tragicznych w skutkach próbach przedostania się do Europy na łodziach lub pontonach. Kiedy Elfriede Jelinek pisała „Podopiecznych" pewnie nie zdawała sobie sprawy, że będzie to tak nieprawdopodobnie prorocze. Paweł Miśkiewicz w swoim spektaklu spróbował zmierzyć się z jej wizją. Niestety, mając nawet jej rozwinięcie w rzeczywistości – nie podołał. Aktualne, nierzadko dramatyczne historie na scenie „zlały się" w jedną, chaotyczną narrację. Pierwsze pół godziny śledzi się z zainteresowaniem, potem już tylko czeka się na koniec.

Spektakl zaczyna się od rozmowy dwójki postaci. Jan Peszek i Zbigniew W. Kaleta mieszkają na wyspie. Mówią o tym, że w oddali widzą tonącą dziewczynę. Rozważają, co stałoby się, gdyby ją uratowali. Stoją na czymś w rodzaju pomostu, wokół którego widzimy wodę. Niestety – tracą cenny czas i dziewczyna tonie. To jest moment, w którym już możemy się zastanawiać, czy język prozy Jelinek na pewno nadaje się na scenę. Rozbudowane zdania, które wybrzmiewają aż proszą o więcej uwagi. Jelinek używa języka barwnego, opisowego, który często wymaga zastanowienia się nad tym, co przed chwilą przeczytaliśmy. Kunszt językowy na scenie gdzieś umyka.

Ta początkowa rozmowa wprowadza nas w pewną fabułę – oczekujemy jej rozwinięcia, jednak czeka nas rozczarowanie. Naturalnie chcielibyśmy wiedzieć, co stało się dalej. Czy ta dziewczyna była krewną któregoś z mężczyzn? A może jednak jakimś cudem wypłynęła żywa na brzeg? Wyobraźnia pracuje na wysokich obrotach, a w uszach mamy jeszcze ostatnie zdania mężczyzn. To preludium jest pewną metaforą. Alegorycznym komentarzem do tego, że w niektórych sytuacjach za dużo czasu poświęca się na kalkulację i zbieranie pomysłów, a mniej na samo działanie – np. w celu uratowania kogoś.

Kolejna scena to doznanie estetyczne – widzimy ustawionych jak do zdjęcia ludzi. Większość z nich ma kamizelki ratunkowe lub odzież nieprzemakalną w formie kombinezonu czy kurtki. Każdy ma ze sobą zapalone mniejsze lub większe światełko. Stoją na poruszającej się w stronę widowni części pomostu. Słychać muzykę, widać wizualizacje. Piękny, plastyczny obrazek, który hipnotyzuje. Potem zaczynają mówić. Mówią dużo, głównie o swojej sytuacji. Traumy, historie, powody decyzji o wyjeździe. Rozpierzchają się po scenie i z każdą chwilą robi się coraz większy bałagan. Rozrzucają butelkowaną wodę, wspinają się na konstrukcje sceny. Kulisy są odsłonięte – cała przestrzeń należy do nich. Oto chaos. Totalnie niekontrolowany.

„Podopieczni" to spektakl zdecydowanie za długi. Całość można byłoby spokojnie skrócić o połowę. Możliwości zaskoczeń widza są tutaj jednak skończone. Od pewnego momentu nie dzieje się nic nowego. Wciąż te same powtarzane słowa, te same gesty, zachowania – nieustanny ruch zarówno po zalanej wodą, jak i suchej części przestrzeni. Wartym zaznaczenia za to jest fakt wystąpienia w spektaklu Krzysztofa Globisza – jako niepełnosprawny emigrant dopełnił ten obrazek. Natomiast długi monolog, który próbował odczytać mógł doprowadzić mimo wszystko do pewnej konsternacji: czy ten tekst naprawdę musiał być tak długi?

Mamy tu dobre aktorstwo, wśród młodych szczególnie wyróżnia się studiujący jeszcze na krakowskiej PWST Patryk Kulik. Jego nadmiernie przedłużony stan dziwnej ekstazy po nagłym zbliżeniu się do drugiego człowieka może kojarzyć się z tym, co robili aktorzy Grotowskiego. Ciekawie jest też rozwiązania scena zrzucenia ciepłych ubrań prawdopodobnie przez helikopter. Słyszymy adekwatny dźwięk, widzimy cień skrzydła. Wyobraźnia działa. Ale to mimo wszystko za mało. Bo poza tym ciągle widzimy chaotyczne „taplanie się" w kałuży. Od nowa, do znudzenia, do szaleństwa – ich długa, męcząca obecność. Patrzymy na desperatów, od których nie usłyszymy już nic nowego. I niezależnie od tego, jak bardzo zdajemy sobie sprawę z aktualności i ważności tematu – treść zdecydowanie przegrała z formą.

Mija półtorej godziny. Jest niby przerwa. Bo tak naprawdę nie wiadomo, czy ona naprawdę jest. Na wyświetlaczu nad sceną przesuwają się czerwone litery. Układają się w informację o możliwości skorzystania z toalety. Zapala się światło. Ludzie wychodzą trochę niezdecydowani. Aktorzy wychodzą i zaraz wracają. Przechadzają się po scenie, trochę sprzątają porozrzucane rzeczy. Grupa aktorów w strojach plażowych paraduje wzdłuż widowni i znika za drzwiami. Podczas rzekomej przerwy oni są na wakacjach. W jakimś pomieszczeniu za sceną. Leżaki, okulary przeciwsłoneczne, jakaś rozmowa. Krzysztof Zawadzki przygrywa na gitarze. Inny świat. Potem płynne przejście do właściwego spektaklu. Znowu emigranci. Nic się zmienia. Ktoś pali shishę, ludzie wspinają się po ścianach, biegają po wodze.

Zamykam oczy. Ktoś wciąż świeci w stronę widzów pulsującym światłem wielkiej latarki. Chcę wyjść. Zmęczenie psychiczne osiągnęło niemal punkt krytyczny.

 

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
13 lipca 2016

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Nastazja wychodzi za mąż
Krzysztof Babicki
Kameralny spektakl o namiętnościach n...