Charlie Chaplin schodzi do piekła

"Moja córeczka" - reż: Marek Fiedor - Teatr Ateneum w Warszawie

Moją córeczką" w warszawskim Ateneum Marek Fiedor przywraca teatrowi niemal zapomniane już przejmujące opowiadanie Tadeusza Różewicza oraz pozwala Arturowi Barcisiowi pokazać prawdziwą skalę aktorskich umiejętności.

Intensywna obecność Tadeusza Różewicza wydaje się tylko wygodnym dla wszystkich złudzeniem. Bo przecież niby jest, każdy sezon przynosi po ileś tam premier. A jednak jakby go nie było, bowiem w repertuarach teatrów stale obecna jest wyłącznie "Kartoteka". Przeglądam w myślach ważne inscenizacje tekstów autora "Pułapki" z ostatnich lat. Wcale nie było ich wiele. Najpierw ;,Duszyczka" Grzegorzewskiego, "Na czworakach" Kutza z Narodowego oraz "Spaghetti i miecz" tego samego reżysera z krakowskiego Starego Teatru, "Do piachu" Opryńskiego i Mazurkiewicza z lubelskiego Provisorium, "Moja córeczka" Barańskiego w telewizji, "Wyszedł z domu" Fiedora w Polskim w Poznaniu. Wygląda na to, że Różewicz, chętnie dziś postrzegany jako klasyk współczesności, bywa postrzegany jako przykra konieczność. Grać go wypada, bo ilu mamy jemu równych? Jeszcze tylko Mrożka. Ale co należałoby poprzez utwory Różewicza mówić - z tym już jest znacznie większy kłopot. 

Bez żadnych danin 

Miał swego Różewicza Jerzy Grzegorzewski, klucz do jego twórczości znajdował wielokrotnie Kazimierz Kutz. "Moja córeczka" jest dopiero drugim różewiczowskim przedstawieniem Marka Fiedora, ale już widać, że i on należy do tego grona. Wie dokładnie, jak czytać wrocławskiego pisarza, jak adaptować jego dzieło do nowych czasów, pozostając mu jednocześnie wiernym, nie składając żadnych danin pseudonowoczesności. W Różewiczu znajduje partnera do dyskusji, która od lat wydaje się najważniejszym, powracającym raz za razem tematem jego teatru - skąd zło, i skąd go tyle, czy człowiek ma do dyspozycji jakąkolwiek broń, aby z nim walczyć? I jeszcze -jak daleko w czynieniu zła jesteśmy w stanie się posunąć? 

Widz potraktowany serio 

Fiedor zadaje te pytania poprzez różne, często odległe od siebie teksty. A to umieszcza "Matkę Joannę od Aniołów" między kościołem a karczmą, każąc aktorom chodzić po oblepiającym nogi błocie. Albo wprowadza na scenę sześciu Brechtowskich Baali i każe im uczestniczyć w orgii zła, która nie skończy się oczyszczeniem. A w "Wyszedł z domu" amnezję bohatera Różewicza rozciąga szerzej, może na cały naród. I zastanawia się, co by się stało, gdybyśmy nagle wszystko zapomnieli, czy pamięć naprawdę jest wspólnym obowiązkiem, powinnością do wypełnienia. A może jest przekleństwem, garbem nie do usunięcia... W teatrze tego artysty znajduję rzecz dziś w Polsce rzadką. Zarzucony gdzieś ton poważnej rozmowy z widzem, refleksję i o samym teatrze, i o tym, co za oknami. Mam satysfakcję, bo Marek Fiedor traktuje mnie serio, choć także więcej niż inni wymaga. 

"Moja córeczka" w warszawskim Ateneum jest tego najlepszym dowodem. Spektakl rozpędza się wolno. Seria następujących po sobie sekwencji zdaje roztapiać się w nijakości. Szara scena i szary świat. Beznamiętni ludzie i puste rozmowy. Niby rozumie się, że tak ma być, bo taki właśnie świat obserwował w połowie lat 60. Różewicz. A jednak przyłapuję się na tym, że w kolejnych obrazach szukam czegoś więcej, jakiegoś naddatku, który nałożyłby opowiadanej historii tragiczną sankcję. Henryk (Artur Barciś) ma córeczkę (Anna Gorajska). Córeczka pojechała do Warszawy na studia, a teraz poprzez koleżankę odwołała przyjazd na rodzinną wigilię - podobno chora. Kochający tatuś zakłada płaszcz, siostra (Halina Łabonarska) wypycha walizkę wiktuałami. Do Warszawy! Tyle że, jak się okaże, córeczka już nie jest znaną mu córeczką, ten świat przestaje być jego światem. Henryk doświadcza strachu, poniżenia i upokorzenia. A cała jego wina w tym, że kochał i że pozostawał na swój prywatny sposób długo złem świata nieskażony. 

Gorzki moralitet 

Przedstawienie w Ateneum ogląda się niczym gorzki, chwilami przejmujący moralitet. I chociaż Fiedor za Ró-żewiczem też oskarża współczesne czasy (zmieniły się oczywiście daty), trudno tu znaleźć niepotrzebną jednoznaczność. Owszem, reżyser wraz z autorką scenografii Moniką Jaworowską-Duchlińską wstawia tu i ówdzie dzisiejsze akcenty, ale nie zmienia pisarzowi tekstu, na siłę nie szuka aktualizacji. W efekcie "Moja córeczka" odrywa się od konkretnego czasu. Może wrzucona w naszą dekadę, ostro przyprawiona nową mową i nowym obrazowaniem miałaby efektowną moc plakatu. Fiedor nie uprawia jednak teatru publicystycznego. Daje w zamian przypowieść o tym, że piekło to wcale nie jest atrakcyjne miejsce. Piekło to my, nasze ulice, domy, gadżety, sklepowe witryny, brak uczuć albo uczucia za pieniądze. I już rozumiem, czemu inscenizacja dopiero w drugiej części nabiera tempa, dlaczego dopiero wtedy mogę do końca przejąć się losem oszukanego ojca. Widzę, że gra Fiedora ma swój cel. Rozmyć świat cały w szarości oznacza tym razem odebrać piekłu wyjątkowość. 

Z szarym tłem stapia się także szary Henryk Artura Barcisia. W za dużym płaszczu, z małym wąsikiem jest everymanem postawionym wobec spraw, których nie może unieść. Jest jak Charlie Chaplin - smutny klaun, złamany błazen nagle rzucony w sam środek piekła. Barciś gra swoją rolę tak, jakby zapomniał, że przez lata na tej samej scenie często kazano mu wywoływać rechot widzów. Przygarbiony, z przeraźliwym smutkiem w oczach przez jakiś czas próbuje zrozumieć świat. A potem daje za wygraną i wtedy staje się postacią z tragedii. Piękna, szlachetna rola. 

Od Barcisia zależy najwięcej, ale i inni wykonawcy mają swoje do zagrania. Dorota Nowakowska swobodnie zmienia maski, najlepsza jest jako nachalna sąsiadka oferująca Henrykowi swe wdzięki. Bardzo podobała mi się Halina Łabonarska jako pragmatyczna, dbająca o dom ciocia - każdy znał kiedyś kogoś takiego. Dobre są Barbara Prokopowicz i Magdalena Schejbal, bo grają swoją młodość i urodę ostro, ale nie za ostro. Wiedzą, kiedy zwolnić. Jerzy Kamas jako Brudas - wyrzut sumienia i gorsze wcielenie Henryka -jest w tym świecie jak znak. Przemysław Bluszcz w kilku rolach łączy cynizm, brutalność i urok, czasem używa grubej kreski, śmieszy i przeraża. Anna Gorajska w kluczowej partii Mireczki lepsza jest jako kochająca córka niż dziewczyna na dnie życia. To rola jeszcze nieskończona, obiecujący szkic na razie. 

"Moja córeczka" w Ateneum nie mruga do widza, wysoko stawia mu poprzeczkę. To teatr surowy, czasem nieprzyjemny. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby takimi przedstawieniami na nowo odkrywano zapomniane teksty. Nie tylko Tadeusza Różewicza.

Jacek Wakar
Dziennik Gazeta Prawna
14 października 2009

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia