Chciałabym zagrać Jamesa Bonda

Rozmowa z Agatą Buzek

Był moment, że zagraniczni reżyserzy mieli większą otwartość na to, co mogę zagrać. Że mogę wcielić się w księżniczkę, dziewczynę gangstera, mistrzynię fitness i zakonnicę. W Polsce łatwiej wpadam w szufladki - mówi Agata Buzek.

Z Agatą Buzek, która opowiada m.in. o tym, jak radzi sobie z piszącymi o niej brukowcami, rozmawia Paweł Gzyl.

Paweł Gzyl: Oglądaliśmy panią niedawno w "Córce trenera" i "Ciemno, prawie noc", a obecnie wchodzi do kin "Ja teraz kłamię" z panią w jednej z ról. Skąd ten przypływ aktywności?

Agata Buzek - Nie wiem. (śmiech) To chyba pierwszy taki rok dla mnie. Mam tyle filmów, tyle premier. I jeszcze zbiegły się wszystkie w tym sezonie! Trzy z nich były w marcu. Takiego miesiąca też nigdy nie miałam. Sama tym jestem zaskoczona.

Wszystkie role w tych filmach są ważne, ale drugoplanowe. Tego typu występy są interesujące dla aktorki z pani pozycją?

- Bardzo. Bo to role, które dają możliwość stworzenia ciekawej postaci i opowiedzenia jakiejś historii. Ale nie ukrywam, że tęsknię już za większą rolą, w którą mogłabym się zagłębić na dłużej i oddać jej kilka miesięcy życia. I całe szczęście coś takiego zapowiada się w tej chwili. Niestety, jest za wcześnie, aby mówić coś więcej. Bardzo się jednak z tego cieszę.

W "Ja teraz kłamię" wciela się pani w postać telewizyjnej prezenterki prowadzącej talk-show. Jak to było tym razem zadawać pytania podczas wywiadu, a nie odpowiadać na nie?

- Zobaczyłam, że to też jest stresujące. Prowadzę w tym filmie wielki talk-show, który nosi tytuł "Konfesjonał gwiazd". Następuje w nim swego rodzaju obnażanie się celebrytów. Ale nie tylko. Ten program obnaża również to, czym naprawdę interesuje się publiczność.

Przygotowując się do tej roli, oglądała pani w naszej telewizji programy tego typu?

- Nie oglądałam. Choć oczywiście wcześniej widziałam takie programy w telewizji. Tworząc tę rolę, skupiałam się jednak nie na tym, jak Kai prowadzi program, tylko na tym, jak żongluje rzeczywistością. Dlaczego to robi i jakie ma pobudki. W co powinien uwierzyć widz, a w co nie. Co na końcu okaże się prawdą, a co mistyfikacją. Skupiłam się więc na fabule, która była trudna do ogarnięcia. Teraz, kiedy zobaczyłam już gotowy film, jestem pełna podziwu dla reżysera, że tak to skleił, że nie ma tam wątpliwości fabularnych, a z całego skomplikowania wyłania się bardzo jasna i czytelna historia.

Film pokazuje dosyć mroczny obraz show-biznesu. Pani jest jego częścią od lat. Na ile to, co oglądamy w "Ja teraz kłamię", odpowiada prawdzie?

- Z filmu wyłania się taki obraz show-biznesu, którego nikt nie chce widzieć. Opowiedziana w nim kryminalna historia, pełna napięcia, jest dialogiem z tym, co ludzie chcą czytać w brukowcach, z tym, w co chcą wierzyć. Jak bardzo żądni są sensacji, a nie prawdy.

Doświadczyła pani w swym prywatnym życiu tego ciśnienia ze strony widzów czy czytelników?

- Jeżeli taka liczba ludzi kupuje brukowce, to samo to stanowi pewną presję. Oznacza, że chcą to czytać i w to wierzyć. Oczywiście pojawiały się na mój temat artykuły zupełnie wyssane z palca, nie mające nic wspólnego z moim prawdziwym życiem. Albo czerpiące podnietę z jakiegoś drobnego faktu, który został rozdmuchany i przeinaczony na tysiąc różnych sposobów. Czyli tak - mnie to też dotyczy i też tego doświadczam.

Jaki znalazła pani sposób, aby sobie z tym poradzić?

- Uodporniłam się. Moje życie jest gdzie indziej, nie toczy się w brukowcach. Jest tam, gdzie ja, a nie tam, gdzie jest medialny zgiełk. A jeżeli ludzi interesują sfabrykowane, nadmuchane i przeinaczone fakty - nic na to nie poradzę. Nie zamierzam niczego dementować i wdawać się w dyskusję z brukowcami. Ograniczam ilość wiedzy i bodźców docierających do mnie z takich źródeł. A jeżeli już one docierają - to omijam je mentalnie i zajmuję się dalej swoim prawdziwym życiem.

Pracuje pani w polskim show-biznesie, ale również w zachodnim. Tam funkcjonuje pani na innych zasadach?

- Kiedy pracuję za granicą, jestem nieznana. Jestem aktorką, która przyjechała z Polski. Funkcjonuję więc zupełnie inaczej niż tutaj.

Bardziej pani odpowiada taka sytuacja?

- Ma to swoje dobre i złe strony. Tam mam czystą kartę. Nie mam etykietki, nie muszę spełniać oczekiwań, obalać stereotypów i uprzedzeń ani doskakiwać do wyobrażeń. Ale lubię również pracować w Polsce. To jest moje miejsce, tu są tematy, które są dla mnie istotne, tu są ludzie, którzy są dla mnie ważni. Tutaj pracuję z tymi, których znam, z którymi mam wspólny język czy inspiracje. Dlatego trudno mi wybrać, gdzie pracuje mi się lepiej.

Trudno zachować obecność na obu tych rynkach?

- Wymaga to czasami sporo energii. Teraz mam dużo premier, ale nie zawsze tak się dzieje. Mam agenta w Niemczech, a bywa, że kilka lat nie gram tam nic albo jedynie jakąś małą rolę. I dlatego właśnie dużo zależy od agentów. Od czasu do czasu muszę się też pojawiać na castingach lub nagrywać się, często w momentach, kiedy jest to trudne, np. jestem na innym planie. Muszę wieczorem w hotelu nauczyć się tekstu, nagrać się sama i wysłać reżyserowi. Czasem jest to niewykonalne, zdarza mi się, że odmawiam, bo coś już jest ponad moje siły w danym momencie. Ale jak na razie udaje mi się to godzić.

Niedawno oglądaliśmy panią w filmie "High Life", jednej z najsłynniejszych reżyserek z Europy - Claire Denis. Jakiego rodzaju jest ona twórcą?

- Emocjonalnym. Jest zawsze bardzo starannie przygotowana do tego, co ma nakręcić. Wszystko ma przemyślane na wielu poziomach, ogarnięte emocjonalnie, intelektualnie i psychologicznie. Ma w głowie cały swój filmowy świat. Natomiast nie traci przy tym czujności i otwartości na to, co się wydarza i na swoje intuicje. Na to, co jej się przyśni. Na to, co nagle uzna, że trzeba zmienić. Na to, co dzieje się na planie i co ją nagle zainspiruje. Myślę, że dla niektórych to bywa trudne przy współpracy. Wymaga od aktora z jednej strony zdolności do proponowania czegoś w kwestiach, które nagle się pojawiają, a kiedy indziej - zaprzestania tego "proponowania" i poddania się całkowicie jej poleceniom, bo wszystko ma precyzyjnie ułożone w głowie i trzeba to tylko wykonać. To nie jest łatwa praca, ale fascynująca.

Podobnie jak kiedyś w "Idiocie" w Teatrze Soho zagrała pani w "High Life" mężczyznę. Jakie to doświadczenie?

- To nie był mężczyzna. Rola była pierwotnie napisana dla mężczyzny. Claire zdecydowała jednak, aby zagrała kobieta. Ale chciała też, by odjąć jej jak najwięcej walorów kobiecości. W filmie jasno określony jest świat męski i świat kobiecy. Dlatego to bardzo zmysłowy film. A moja postać jest poza tym podziałem. Nansen jest wyrwana z tego świata, jest osobna. Jest kobietą, ale mieszka w części przeznaczonej dla mężczyzn, z drugiej strony nie jest poddawana eksperymentom, którym poddawane są kobiety. Bo jest pilotem i ma kierować statkiem, który poleci do "czarnej dziury". Jest więc między światem męskim i żeńskim, jest wyjęta ze światów określonych przez płeć.

Film miał interesującą obsadę: spotkała się pani na jego planie z Robertem Pattinsonem. Czy występ u boku hollywoodzkiej gwiazdy mógłby pomóc pani zaistnieć w Hollywood?

- Nie zastanawiałam się nad tym.

Nie myślała pani o tym, by spróbować kiedyś swoich sił za oceanem?

- Nie. Mam wystarczająco dużo wspaniałej pracy w Polsce i Europie. Jeśli taka okazja się zdarzy, rozważę ją jak każdą inną.

Innym filmem, który mógł otworzyć pani wrota do Hollywood, był "Koliber". To nietypowa pozycja w pani filmografii- klasyczne męskie kino akcji. Jak to się stało, że wystąpiła pani w takim filmie?

- Pojechałam na casting do Londynu i wygrałam go. Z jednej strony to klasyczne kino akcji, ale z drugiej, jak na filmy, w których gra Jason Statham, to obraz o wiele bardziej psychologiczny, z trudną historią. Takie filmy robi bowiem Steven Knight. To był jego debiut reżyserski. Spotkaliśmy się więc z Jasonem Stathamem w "Kolibrze" w połowie drogi.

Jak się pani gra z takimi gwiazdami jak Pattinson czy Statham?

- Jestem ich bardzo ciekawa. Jakimi są w pracy i prywatnie? Jak się z nimi rozmawia? Bo to, co można o nich przeczytać w prasie czy internecie, często ma niewiele wspólnego z tym, jacy są naprawdę. Dlatego wspaniale jest ich spotkać i z nimi pracować. Nie mam więc przed pracą z nimi tremy. Raczej wielką radość i ekscytację, że się z nimi spotkam.

Pani udział w "Kolibrze" był zaskoczeniem - bo przynajmniej tu, w Polsce, panuje przekonanie, że interesuje panią tylko kino artystyczne. To prawda?

- A gdzie się kończy kino artystyczne, a zaczyna komercyjne? Ktoś umie narysować tę granicę? Taki "Koliber" to film typowo komercyjny, a "High Life" to już kino artystyczne. Brak konsekwencji chroni przed autoplagiatem. A moim marzeniem jest zagrać Jamesa Bonda.

Polscy reżyserzy jakoś nie mają śmiałości podejść do pani z taką komercyjną propozycją. Choćby Patryk Vega. Prawda? (śmiech)

- Rzeczywiście, nie. Był taki moment, że zagraniczni reżyserzy mieli większą otwartość na to, co mogę zagrać. Że mogę wcielić się w księżniczkę, dziewczynę gangstera, mistrzynię fitness i zakonnicę. W Polsce łatwiej wpadam w szufladki. Ale chyba się to już skończyło, bo mam teraz i tutaj bardzo różne propozycje. Choćby te ostatnie: "Córka trenera", "Ciemno, prawie noc" czy "Ja teraz kłamię". Te filmy nie mają ze sobą nic wspólnego.

Która z tych szufladek najbardziej panią uwierała?

- Chora, pobita, zgwałcona, umarła, (śmiech)

Wielu z nas poznało panią dzięki "Zemście". Wiele aktorek marzy o roli kostiumowej. Jakie to doświadczenie?

- Cudowne! Teraz jestem w trakcie pracy nad filmem na Ukrainie - i tam właśnie też gram rolę kostiumową: polską księżniczkę. Bardzo się z tego cieszę, bo uwielbiam takie role. Kostium bardzo dużo daje - bez względu na to, jaki jest. Współczesny kostium też może dużo dawać. Ale we współczesnym trudno o pewną charakterystyczność. Kostium z dawnej epoki natomiast od razu powoduje inny sposób oddychania, inny sposób poruszania się. Wtedy postać, którą gram, przychodzi do mnie z materią, w którą jestem ubrana. To jest nie do przecenienia.

___

Agata Buzek - aktorka filmowa i teatralna, modelka. Urodziła się 20 września 1976 roku w Pyskowicach. Zanim zdążyła zadebiutować na scenie - co stało się 28 marca 1999 roku w stołecznym Teatrze Ateneum, jako Mela w "Moralności pani Dulskiej" Gabrieli Zapolskiej w inscenizacji Tomasza Zygadły - miała za sobą kilka spektakli telewizyjnych oraz wygrany casting do włoskiego filmu "Ballada o czyścicielach szyb" (1998) Petera Del Monate - opowieści o polskich emigrantach we Włoszech pod koniec lat 80. W latach 1999-2003 występowała w Teatrze Ateneum w Warszawie. Członek Polskiej Akademii Filmowej i Europejskiej Akademii Filmowej (EFA). Córka polityka Jerzego Buzka, w latach 1997-2001 premiera rządu RP, w latach 2009-2012 przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Za rolę główną w filmie Rewers została wyróżniona nagrodą dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni oraz Nagrodą Publiczności im. Zbyszka Cybulskiego. W 2010 roku otrzymała nagrodę za najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą Orły 2010.

Paweł Gzyl
Nowa Trybuna Opolska
13 lipca 2019
Portrety
Agata Buzek

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia