Chęć spotkania z siłą niewinności...

"Sąd Ostateczny" - reż. Agnieszka Glińska - Teatr Studio w Warszawie

Podrzędna i nudna mieścina z dwoma najważniejszymi punktami - karczmą i stacyjką kolejową; ludzie przesiąknięci codziennością, każdy dzień przeżywający jakby z rozpędu, aż do momentu pewnego z pozoru niewinnego pocałunku, który nagle cały ten świat wywraca do góry nogami. Jedno zdarzenie efektem domina wywołuje następne; jedna tragedia śledzi kolejną; jakby wyciągnąć niewłaściwą nitkę z utkanej gęsto tkaniny - wszystko nagle zaczyna się pruć i rozłazić w szwach...

Ten na pierwszy rzut oka nie porywający niczym szczególnym plan akcji w sztuce "Sąd ostateczny" Ödöna von Horvátha staje się pretekstem do bardzo głębokich i angażujących emocjonalnie rozważań nad zjawiskiem winy i kary. I o tyle to ciekawy proces, że na przykładach prosto skonstruowanych postaci pokazuje się tu nie tylko mechanizm powstawania zbrodni najcięższych gatunkowo, ale i towarzyszący im proces ludzkiego osądu oraz łatwości w ferowaniu wyroków - zwłaszcza wtedy kiedy nie dotyczą nas bezpośrednio. Widz wciągany jest w tę historię, w ten proces myślowy coraz głębiej i głębiej, niemalże skokowo, z mętnej wody, w której na początku musiał pływać, zaczyna wchodzić we wciągające go bagno emocji. Nie bez kozery spektakl został pomyślany w ten sposób, by organizacja sceny łączyła widownię i miejsce akcji; to fizyczne zaangażowanie widzów w spektakl, gdy staje się już jasne czemu ma służyć, będzie zdecydowanie walorem całego przedsięwzięcia. Podoba mi się bardzo zastosowana asceza środków wyrazu, operowanie symbolem, a najbardziej chyba dźwięk i światło, które oddziałują na odbiorców w zamierzony sposób. Wszystko to razem daje pole do popisu aktorom, którzy muszą tak sugestywnie wprowadzić nas w splot wydarzeń i miejsca akcji, by niewidocznie, a odczuwalnie jednak zbudować to, co nienamacalne. Obsadzie zaangażowanej przez reżyserkę Agnieszkę Glińską udaje się to z powodzeniem, a dodatkowe gratulacje należą się Weronice Pelczyńskiej odpowiedzialnej za ruch sceniczny.

Mój jedyny zarzut dotyczy zakończenia spektaklu: w tak metaforycznym i poetyckim zwieńczeniu tego tekstu wygranie każdej sekundy i operowanie pauzą wydają się być wymagane i wręcz oczywiste. Tu, jakby komuś "spieszącemu się z pracy do domu", zabrakło czasu i przez to zakończenie przedstawienia wydało mi się jakby wymuszone, ucięte niczym tępym nożem. Odrobina cierpliwości i celebrowanie chwili - bo wrażenie z jakim opuszcza się teatr i tak jest dość silne - na pewno spotęgowałyby efekt końcowy w pozytywny sposób.

W dramacie Horvatha, tak jak w życiu, zbrodnia rodzi zbrodnię, a kolejne winy mają być azylem od uniknięcia kary. Co zatem jest w stanie przerwać ten łańcuszek zdarzeń? Odwaga, by poddać się karze, chęć spotkania się z siłą niewinności, a może zdobycie się na krok poddania osądowi innych, bez uzurpowania sobie prawa do bycia sędzią ostatecznym i jedynym? Odpowiedzi radzę szukać w trakcie smakowania "Sądu ostatecznego" w Teatrze Studio.

Marek Kubiak
Teatr dla Was
27 lutego 2013

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...