Chłopięta i dziewczęta z Radomia

"Ferdydurke" - Teatr Powszechny w Radomiu - reż. B. Wyszomirski

Nie ulega wątpliwości, że patent na Ferdydurke mają Janusz Opryński i Witold Mazurkiewicz (Teatr Provisorium, Kompania Teatr). Realizacja Teatru Powszechnego z Radomia okazała się jednak całkiem "zgrabna", nie tylko ze względu na gęby i pupy młodych aktorów. Na pochwałę zasługuje przede wszystkim sprawna reżyseria.

Bartłomiej Wyszomirski miał kilka naprawdę ciekawych pomysłów „na Gombrowicza”. Można do nich zaliczyć m.in. zbiorową intonację słowa „dupa” oraz słynny pojedynek na miny przy użyciu fallicznego rekwizytu. Dużo ruchu i gombrowiczowskiego sprzężenia sił – za pomocą męskich szelek (i nie tylko), z pewnością energetyzująco podziałało na widownię, a w szczególności na młodzież, która szturmem przybyła tego ranka na Ferdydurke. 

Zaletą spektaklu jest także zgrany zespół aktorski. I jeśli poezja Słowackiego nie wszystkich zachwyca, to na pewno zachwyca rola Gałkiewicza w wykonaniu Adama Młynarczyka. Najwięcej zaangażowania w kreację włożył jednak Michał Krzysztof Kowalczyk, który dosłownie dwoił się i troił na scenie. Równie dobrze poradził sobie z rolą Michał Wiśniewski. Przezabawny okazał się Michał Górski w roli Kopyrdy i Lokajczyka (tutaj w prześmiesznym kraciastym sweterku). Na wyróżnienie zasługują również Krzysztof Prałat jako zwariowany nauczyciel i Ewa Trochim jako Zuta w zachwycająco frywolnej sukience. Rewelacyjny okazał się Paweł Wiśniewski jako Pimko i Wuj Kocio, a także Jarosław Rabenda w roli szalonego Dyrektora Piórkowskiego. Izabela Brejtkop-Frączek zachwycała sposobem poruszania się, który przypominał ruch lalki obracającej się wokół własnej osi, zupełnie tak, jak to czyni mała figurka-baletnica w pozytywce. Aktorzy rzeczywiście zasługują na oklaski „na stojąco”.

Scenografia autorstwa Izy Toroniewicz sprowadzała się do kilku drzwi i okien, niemal żywcem „wyrwanych” ze szkolnego korytarza. Na quasi ścianach widoczne były nawet ślady lamperii w obrzydliwie żółtym kolorze, spod której prześwitywała warstwa równie obrzydliwej zieleni – wyjątkowo plastyczna aluzja do powszechnie stosowanej w polskich szkołach metody renowacji. Do ciekawostek inscenizacyjnych należały także zjeżdżające pisuary, chociaż dość marginalnie „wykorzystane” przez aktorów. 

Spektakl godny zobaczenia, w końcu Gombrowicz wielkim artystą był.

Aleksandra Skiba
Dziennik Teatralny Katowice
29 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...