Chłopskie korzenie

"Chłopi" - reż. Krzysztof Garbaczewski - Teatr Powszechny w Warszawie

W związku z przeniesieniem "Dziadów - Nocy drugiej" Teatru Wierszalin na niedzielę, trzeciego dnia Opolskich Konfrontacji Teatralnych "Klasyka Żywa" nie odbył się żaden spektakl konkursowy. Czwartego dnia festiwalu obejrzeliśmy "Chłopów" Władysława Reymonta w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego z Teatru Powszechnego imienia Zygmunta Hübnera w Warszawie.

Początkowi przedstawienia towarzyszy swoisty gest antropologiczny. Wchodzimy w przestrzeń obcego środowiska, które jest bardzo spójnym ekosystemem. To ironicznie zapowiadany "Project Chłopi". Aktorzy ubrani w gumowe kostiumy przypominają kosmitów. Groteska i komiczny dystans to środki, którymi reżyser portretuje bohaterów, by nas z nimi oswoić. Przerysowane postaci wydają się przez to dziwnie znajome, ale i obce zarazem. Najważniejsze jest jednak to, że działają razem - z maskami na twarzach, powiązani kłączami - przemieniają się w siły natury. Zdejmując maski stają się ludźmi (to funkcja twarzy, jak dowodzili antropolodzy). Z pulsującej gromady wyłaniają się Jagna i Boryna (Magdalena Koleśnik i Arkadiusz Brykalski), przywdziewają efektowne, wykonane ze słomy i kwiatów, kolorowe nakrycia głowy. Wyglądają jak totemy. Ich małżeństwo będzie patronować społeczności, ale nie zapewni jej harmonijnego współżycia, wręcz przeciwnie, wyznaczy początek krwawej historii rodziny Borynów.

Możemy podziwiać wizualny zmysł i inscenizacyjne wysmakowanie Krzysztofa Garbaczewskiego. Ale, oprócz świetnej muzyki Jana Duszyńskiego, trzeba pochwalić przede wszystkim wielofunkcyjną scenografię Jana Strumiłło. Medium teatru łączy się harmonijnie w tym przedstawieniu z innymi mediami. Rąbane przez Antka książki (co już samo w sobie jest wizualnym wydarzeniem), rozsypują się widowiskowo pokrywając niemal całą scenę. Gdy podczas pogrzebu gromada odprowadza ciało Boryny, kamerzysta na wózku filmuje nieruchomą twarz zmarłego na tle przewijających się w kadrze fragmentów książek. To ujęcie zostanie powtórzone, ale w kadrze znajdzie się żywa Jagna (czyż to nie antycypacja jej tragicznego losu?).

Pozbawiona emocji twarz na tle porąbanych książek to metafora reżyserskiego gestu zmagania z klasyką, który wydobył z pożółkłych stron powieści postać z krwi i kości. Nie odbywa się to jednak kosztem Reymontowskiej prozy. W nastrojowej scenerii padają z offu długie wyjątki z opisów natury. Trzeba przyznać, że twórcy zadbali o odpowiedni kontekst dla ich wybrzmienia - w zamkniętym rezerwacie science-fiction stanowią one dziwną, trwożliwą tajemnicę i wspomnienie minionego świata. Dyrektor Teatru Powszechnego Paweł Łysak wypowiedział się na ten temat w dyskusji po spektaklu, żartobliwie przyznając, że jeszcze nie widział Krzysztofa Garbaczewskiego podchodzącego do tekstu z takim pietyzmem jak podczas pracy nad "Chłopami". Twórcy nie ukrywali, że wznowienia są okazją do wprowadzania nowych rozwiązań, a każde przedstawienie staje się odrębnym wydarzeniem. W tym sensie "Chłopi" ewoluują, co powiedziałbym, całkiem logicznie współbrzmi z organicznością sportretowanej przez pisarza-noblistę społeczności.

Nie Reymont jednak, lecz Jerzy Grotowski ze swoim "naiwnym" Teatrem Źródeł miał być w tym przedsięwzięciu chłopcem do bicia. Wyszło zgoła inaczej. Twórcy zrezygnowali z intelektualnego dystansu wobec tej tradycji. W trakcie warsztatów zespołu na Suwalszczyźnie, które były częścią projektu, okazało się bowiem, że idea Grotowskiego uruchomiła w aktorach kolektywną energię. Jakkolwiek wypowiadane z emfazą fragmenty o przekraczaniu ograniczeń jakie narzuca cywilizacja (po to, by człowiek pełniej odczuwał związek ze światem) wypadały ironicznie, to sama idea Grotowskiego nie została w "Chłopach" przewartościowana, ale zaktualizowana.

Widzów przyzwyczajonych do wizerunków Hanki i Antka (dobre role Julii Wyszyńskiej i Mateusza Łasowskiego), pamiętanych ze szkolnej lektury powieści czy z serialu Jana Rybkowskiego, czeka niemałe zaskoczenie. W pierwszej części przedstawienia śledzimy perypetie małżeństwa, w drugiej dominuje tragedia Jagny, odsłaniając nieludzki aspekt funkcjonowania zamkniętej społeczności. Bohaterka utożsamiła się z naturą zbyt głęboko. Początkowo jest portretowana jako trzpiotka, ale romans z Antkiem i kolejnymi mężczyznami, odsłania jej kruchą i tragiczną konstytucję. Wydaje się kolejnym surowcem eksploatowanym przez chłopów. To ten moment spektaklu, w którym wesoły dystans zamienia się w krytyczną diagnozę sytuacji kobiet. Ale nie jest to krytyka osadzona w teraźniejszym kontekście politycznym, stanowi argument wyprowadzony z tchnącej mistycyzmem rizomatycznej tożsamości chłopów, stąd obraz kłączastej gromady na początku i jego rozwinięcie.

To nie tak, że wszyscy jesteśmy od chłopów. Jest inaczej, jak w prozie Władysława Reymonta, chłopi i natura wchodzą w symbiotyczny związek. Są wspólnie ukorzenieni. Ludzie to część większego ekosystemu, choć jak słusznie zauważa w przedstawieniu Ksiądz, to element najbardziej dla środowiska szkodliwy. Według Reymonta na początku XX wieku możliwa była jeszcze symbioza człowieka z naturą. Społeczność w Lipcach to jeden organizm, który działa harmonijnie dopóty, dopóki nie pojawi się w nim wirus, czyli Jagna. Falujące między nocą a dniem i porami roku życie chłopów toczy się zgodnie z cyklami natury. Co dziś jest mocno wątpliwe. Czy życzeniowo chcemy odwrócić ten porządek, wracając do Teatru Źródeł? Czy też z euforią, cechującą Billa Gatesa, bezkrytycznie przyjmujemy nowe wynalazki i oddajemy się symbiotycznemu związkowi z technologią?

Piotr Urbanowicz
e-teatr.pl
9 kwietnia 2018

Książka tygodnia

Krew z mojej krwi. Wiosna komisarza Ricciardiego
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Maurizio de Giovanni

Trailer tygodnia