Chopin bez Chopina

"Kochankowie z klasztoru Valldemosa" - reż. Tomasz Konina - Teatr Wielki w Łodzi

Chopin bez Chopina? Czemu nie - we współczesnej muzyce to możliwe. Ale opera bez dramatu, to i we współczesnych inscenizacjach ociera się o męczenie widza

Marta Ptaszyńska, kompozytorka opery \'\'Kochankowie z klasztoru Valldemosa\'\' (powstałej na zamówienie Teatru Wielkiego w Łodzi), jest wykształconą perkusistką. I to słychać. Nie tylko z powodu obfitego, chętnego używania instrumentów i efektów perkusyjnych, ale i przez amelodyczną konstrukcję całej opery.

Tu nie harmonia jest najważniejsza, nie proponuje się słuchaczowi łatwo \'\'osadzających\'\' się w uchu i w sercu melodii, ale raczej koncentruje na budowaniu nastroju i klimatu poprzez kaskadę dźwięków. W muzyce Ptaszyńskiej więcej jest depresji niż miłości, więcej niepokoju niż potoczystości. Niestety, moim zdaniem, zbytnio się na owych muzycznych \'\'efektach perkusyjnych\'\' koncentruje.

W efekcie muzyka Ptaszyńskiej, wraz z opowieścią (której jest częścią), nie rozwija się, donikąd nie zmierza, nie buduje na scenie emocji, a jedynie \'\'dzieje się\'\'. Nie ma tu klasycznych arii (co najwyżej ich zapowiedzi, przechodzące z części wokalnych w mówione i zmuszające śpiewaków do stosowania różnych technik), nie ma też w muzyce i wykonywanych przez śpiewaków partiach dramatu. A dramat operę tworzy. W niej się kocha, rozrywa szaty, umiera w imię miłości, ojczyzny, zabija, zdradza, porzuca, albo wynosi na piedestał po pokonaniu przeciwności.

Rozwiązanie zaproponowane przez Ptaszyńską jest o tyle rozczarowujące, że temat, który podejmuje jej opera, jest jak najbardziej klasycznie operowy. To w końcu miłość dwóch wielkich osobowości, w której ekstremalne emocje ścierały się i wybuchały codziennie. W dodatku podczas wycieńczającego obie strony psychicznie i fizycznie pobytu na malowniczej Majorce, która wówczas i pogodą dała się we znaki George Sand i Fryderykowi Chopinowi.

Wbrew pozorom nie pomogło kompozytorce libretto, które sama uznała za bardzo \'\'muzyczne\'\'. Jego źródłem jest sztuka Janusza Krasny-Krasińskiego "Kochankowie z klasztoru Valldemosa", która mimo swej \'\'muzyczności\'\' powstała dla zupełnie innych okoliczności niż operowa scena. Sam Krasny-Krasiński wspomina, że ów tekst rozpoczął się od scenariusza półgodzinnego odcinka serialu o Chopinie, który niegdyś miał w planach Andrzej Wajda.

Serial nie powstał, scenariusz rozwinął się w dramat (nie grany na scenach, ale pokazany w Teatrze Telewizji), aż po latach uczyniono z niego libretto. I gdy w teatrze lub w druku frazy mówiące o tym, iż na Majorce są piękne widoki, albo że wkrótce się rozpogodzi, szybko przechodzą i pozostają budulcem tła opowiadania, to rozciągnięte w śpiewie stają się niezamierzenie parodystyczne. Tym bardziej, gdy są oparte na muzyce o tej samej konstrukcji i emocjach, co przy frazach o chorobie lub rozpaczy z powodu rozstrojonego fortepianu...

Trudną i nie pozostającą w pamięci operę na łódzkiej scenie ratują ludzie teatru. Reżyser i scenograf, Tomasz Konina, stworzył efektowne obrazy (jak widowiskowe sprowadzenie fortepianu na scenę) i podjął próbę oryginalnego zainscenizowania materiału, z którym się zmierzył. Oko cieszą świetne kostiumy Zofii de Ines, a ucho - starania solistów. W weekend udało mi się usłyszeć tylko pierwszą obsadę, w której błyszczy Agnieszka Makówka, jako George Sand - śpiewaczce udało się w mało higienicznym dla gardła materiale tak użyć nut, by wrazić tyle emocji, ile było można.

Miotał się i czynił co mógł Adam Zdunikowski jako Chopin, wyrwała na chwilę z obojętności Olga Maroszek silną interpretacją Marii Antonii. A jak się robi niemal z niczego teatr i demoniczną postać, pokazała Zofia Uzelac. Pozostali wykonawcy dzielnie walczyli i nie popełniali błędów, mogli się jednak poruszać w tych granicach, które im nakreślono. Zatem winniśmy potraktować to jako eksperyment, który nie zawsze musi być udany? Być może, ale takie rzeczy są dopuszczalne raczej wtedy, gdy eksperyment to dodatek do porządnej i obficie występującej w repertuarze operowej klasyki (opera jest klasyką).

Ja jeszcze mam żal o kalosze. Choć w inscenizacji uzasadnione, to jako dość absurdalne w roli stałego obuwia na Majorce, mogły nieco \'\'pograć\'\', a nie jedynie chronić artystów przez rozlaną na scenie wodą (wykorzystał to bardzo dobrze prowadzący orkiestrę Wojciech Michniewski, wychodząc do oklasków właśnie w kaloszach). Może pomogły by modne dziś modele? Bo George Sand nigdy nie pozwoliłaby sobie na to, by pokazać się w niemodnych, choć męskich, kamaszach!

Dariusz Pawłowski
Polska Dziennik Łodzki
22 grudnia 2010

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...