Chopinart. Tak tańczyć

"Chopinart" - chor: Emil Wesołowski i Ho Sin Hang - Opera Bałtycka w Gdańsku

Zespół baletowy Opery Bałtyckiej przekształca się od maja w Bałtycki Teatr Tańca. Można się więc było spodziewać, że sobotnia premiera będzie zamknięciem, zakończeniem jakiegoś etapu jego istnienia. Moim zdaniem stało się inaczej. Dlaczego?

W Roku Chopinowskim instytucje kultury proponują wiele interesujących imprez muzycznych, przedsięwzięć artystycznych z jego muzyką w tle. Sopot na przykład pokusił się o niekonwencjonalne obchody z rzeźbą lodową poświęconą Chopinowi, Polska Filharmonia Kameralna przygotowuje "Chopin-dialogi z orkiestrą" i interdyscyplinarne wydarzenie muzyczno-teatralne "Hommage pour Chopin".

Te wszystkie działania należy pochwalić, a co najważniejsze - zachęcić do brania w nich udziału szczególnie w obliczu statystki, która poraża. Trzy procent Polaków deklaruje zainteresowanie jego muzyką. Króluje stereotyp i niewiedza, niektórzy sytuują go jako autora kompozycji na skrzypce, organy i pianino! Innym myli się wizerunek Chopina w Królewskich Łazienkach z postacią Tadeusza Kościuszki!

W tej sytuacji dobrze, że Opera Bałtycka pokusiła się o przełożenie chopinowskiej muzyki na balet. Na spektakl noszący tytuł "Chopinart" złożyły się dwie kompozycje choreograficzne twórców należących do diametralnie różnych kręgów kulturowych, inaczej odbierających muzykę Polaka, mających inne doświadczenia teatralne.

Zacznijmy od gościa spoza naszego kraju. Roman Komassa (a podejrzewam, że to on namówił dyrekcję teatru, aby zaprosić do realizacji I części wieczoru choreografa wywodzącego się z Azji, ale pracującego od wielu lat na scenach europejskich) ściśle z nim jako asystent na gdańskiej scenie współpracował. Terrance Ho Sin Hang prowadził kiedyś balet w teatrze w Kassel i był wtedy szefem tańczącego tam Komassy. Teraz role się odwróciły, a efekty są widoczne.

Ho Sin Hang stworzył muzyczny collage z kilkunastu utworów Chopina, przede wszystkim w wykonaniu Adama Harasiewicza, ale także kwartetu Novi Singers. Wykorzystał m.in. Poloneza As-dur, Walce As-dur i a-moll, sonaty fortepianowe, Mazurka F-dur.

Z życiorysu Chopina choreograf wybrał interesujące, jak sam powiedział, "stacje" i spróbował przełożyć je na rozmaite techniki tańca. Z różnym efektem, bo trzeba przyznać, że pomysł nie był najłatwiejszy w realizacji - inspirowane muzyką sceny nie zawsze dało się połączyć w jednolitą całość i stworzyć spójną opowieść.

Do najbardziej udanych etiud należy zaliczyć "Spotkanie z ojcem" zatańczoną do Nokturnu Des-dur przez duet męski - Roman Komassa w roli ojca i Łukasz Przytarski jako Chopin. Wyraziste aktorstwo Komassy, jego umiejętności budowania postaci dobrze wpłynęły na młodszego kolegę. Przytarski, nie mający przecież przygotowania klasycznego, zrobił ostatnio duże postępy, poprawił skok, jest plastyczny, przy Komassie przekonująco kreuje postać Fryderyka.

To samo można powiedzieć o dwóch duetach, które Przytarski tańczy z Sylwią Kowalską-Borowy w roli George Sand. Zarówno w "Grande valse brillante", jak i w Walcu a-moll tancerka dysponująca dobrą techniką przekonująco pokazuje swoją bohaterkę i jej trudne relacje z Chopinem. Podobała się Beata Giza rozpoczynająca spektakl, ciekawie zainscenizował choreograf Fantazję f-moll, do której tańczą Widma.

Spektakl kończy scena śmierci bohatera. Powtórzenie Sonaty fortepianowej b-moll i marsza żałobnego tym razem zamyka wokaliza Alicji Węgorzewskiej. Wolałabym, aby wokaliza zabrzmiała zza kulis, bez rzeczywistego udziału śpiewaczki na scenie, jej pojawienie wydaje się niepotrzebne i rozprasza moment epilogu.

Po przerwie Koncert f-moll zagrany przez Rafała Blechacza z Royal Concertgebouw Orchestra, pod dyrekcją Jerzego Semkowa, przełożył na taniec Emil Wesołowski. Choreograf chciał początkowo wykorzystać nagranie Krystiana Zimermana, jednak zdecydował się na Blechacza. I bardzo dobrze, bo przecież do jego wątku fabularnego lepiej przylega młodzieńcza świeżość i cudowny liryzm, urzekający w wykonaniu młodego pianisty od początku do końca.

Propozycja Wesołowskiego nawiązująca w sposób bardzo bezpośredni do zrealizowanych przez niego na scenie Opery Narodowej "Powracających fal" Mieczysława Karłowicza jest opowieścią o niespełnionej miłości. Ta uniwersalna w każdym czasie i okolicznościach, bliska każdemu pokoleniu historia przynależy prawdziwie do teatru tańca.

A jak zatańczona! Chciałoby się tylko powiedzieć - patrzcie i uczcie się młodzi! Wesołowski sprawił, że każda nuta, każda fraza koncertu zespolona jest idealnie z ciałem, ruchem tancerza. Nie ma tu ani jednej sceny pustej czy puszczonej, choreograf w sposób zaskakująco świeży wiąże każdą pozę z następną, wykorzystuje elementy klasyki, demiklasyki, technik współczesnych. Proponuje tancerzom przemyślane i pomysłowe rozwiązania aktorskie, znakomicie ogrywa rekwizyty i elementy scenografii. Tu należą się brawa dla Izabeli Stronias za dobrze spełniające swoją rolę parawany, a choreografowi, w roli reżysera, za sugestywne operowanie światłem.

Wreszcie tancerze. Obsadę wybrał Wesołowski najlepszą z możliwych - Beata Giza, tancerka dobrze wyszkolona, podała się jego aktorsko-choreograficznej wizji. Pokazuje pełen wachlarz swoich umiejętności, plastyczna w ruchu, operująca pięknym gestem, przez czterdzieści minut nie schodzi ze sceny i przekonuje do fabularnego wątku, jaki zaproponował dla jej postaci choreograf. Duże brawa dla młodej tancerki!

Partnerują jej udanie - Ireneusz Stencel, nareszcie w przylegającej do jego predyspozycji roli, i Michał Łabuś. Stencel uosabia wszelkie marzenia młodej dziewczyny, elegancki w geście, znakomicie partneruje, jest technicznie precyzyjny, przekonująco buduje romantyczną postać.

W Michale Łabusiu Wesołowski znalazł niemal idealnego odtwórcę roli Mężczyzny. Jako przeciwieństwo Marzenia stworzył brutalną postać, dobrze wykorzystuje swoje warunki fizyczne. Widać pracę tancerza nad poprawieniem techniki, sprawdza się jako partner. Cały zespół w wielkiej dyscyplinie prezentuje ciekawe rozwiązania choreograficzne i wspomaga solistów.

Owacyjne brawa dla tancerzy, przede wszystkim dla choreografa, trwały po premierowym spektaklu długo. Zaproponowany przez Wesołowskiego Chopin przyciągnie na pewno także młodszych widzów, a choreograf swoim spektaklem wpisał się w charakter, jakiego wymaga teatr tańca. I dlatego uważam, że nowy rozdział baletu jako Bałtycki Teatr Tańca, już został zapoczątkowany. Tak trzymać!

Barbara Kanold
Gazeta Wyborcza Trójmiasto
2 marca 2010

Książka tygodnia

Kto ukradł jutro?
Wydawnictwo ALBUS
Olga Ptak

Trailer tygodnia