Chór z Chagalla

"Namiętności" - reż. Izabella Cywińska - Teatr Ateneum w Warszawie

Adaptacja trzech opowiadań Singera: "Broda", "Wielbicielka" i "Przygoda" tworzy przedstawienie "Namiętności".

Ten niezbyt długi spektakl wyraźnie składa się z trzech części, z których każda właściwie mogłaby funkcjonować autonomicznie, niezależnie od pozostałych, jako jednoaktówka czy miniaktówka. Łącznikiem wszystkich części jest tu trzyosobowy chór w składzie: Halina Łabonarska, Dorota Nowakowska i Jan Janga Tomaszewski. Głównym bohaterem zaś jest mieszkający w Nowym Jorku pisarz żydowski, nazywany tu Autorem, co stanowi alter ego Singera. W tej roli Grzegorz Damięcki. W warstwie fabularnej rzecz jest prosta, nieskomplikowana, można by powiedzieć - wręcz banalna. Tyczy namiętności związanych nie tylko z uczuciem miłości, z relacjami damsko-męskimi, ale też ze sprawami stricte materialnymi, czyli pieniędzmi.

Oto do mieszkania Autora przychodzą kolejno trzy kobiety, czytelniczki jego powieści. I choć różnią się wiekiem, charakterem, osobowością, pozycją społeczną i powodem przybycia, to wszystkie łączy podobny problem: perypetie uczuciowe. Pani Szapiro jest zestresowana źle układającymi się relacjami z mężem. Po tragicznej śmierci ukochanego synka sytuacja między małżonkami gwałtownie się pogorszyła. Miejsce uczucia zajęła obojętność męża w stosunku do żony. Pani Szapiro, za namową swego męża, szuka zatem rozwiązania problemu u pisarza, który tak doskonale opisuje ludzkie uczucia. Składa więc pisarzowi propozycję, by został jej kochankiem w celu poprawy jej stanu psychicznego. Widząc na twarzy Autora ogromną niechęć, spiesznie dodaje, iż wyczytała w jego powieściach, że podobają mu się starsze panie. Bohaterowi na szczęście udaje się uniknąć niechcianej propozycji i do żadnych relacji między nimi nie dojdzie. Panią Szapiro gra Jadwiga Jankowska-Cieślak. Aktorka prowadzi swoją bohaterkę wyraziście, z dużą dozą humoru, ale nie przerysowanego. Aktorka cieniutką kreską obrysowuje postać, delikatnie sytuując humor w geście, mimice, sposobie poruszania się i wypowiadania kwestii.

Drugi gość, pani Pupko, kobieta z brodą, przybywa do Autora z prośbą, by napisał wreszcie recenzję książki jej męża, który jest w bardzo ciężkim stanie i pewnie niedługo umrze. Mąż pani Pupko bardzo ceni sobie twórczość pisarza i nie może doczekać się na recenzję swojej książki. Pani Pupko bardzo kocha męża, jest mu oddana do tego stopnia, że na znak swojej wielkiej miłości zapuściła brodę, "wyalienowała się" ze środowiska i nie utrzymuje kontaktów z nikim z zewnątrz. Jest tylko do dyspozycji męża. I teraz w imię tej żoninej miłości stanowczym tonem prosi Autora, by napisał w końcu ową recenzję. Oczywiście pozytywnie oceniającą książkę jej męża. Magdalena Zawadzka w nowej roli jako kobieta z brodą rabina rozśmiesza już samym swoim wyglądem.

Trzecią kobietą jest młoda, niezwykle atrakcyjna Elizabeth de Sollar (Barbara Prokopowicz), podobnie jak dwie poprzednie również zamężna. Ale nie kocha dużo starszego od siebie męża (w zabawnym epizodzie Jerzy Kamas). Jest zmęczona jego zazdrością i podejrzliwościami. Marzy o romantycznej, wielkiej miłości. Przeczytała wszystkie utwory Autora, jest jego wielbicielką i tylko on może spełnić jej marzenia. Jednak okazuje się, że piękna Elizabeth de Sollar jest osobą chorą psychicznie. Potwierdza to jej matka (epizodyczna, ale bardzo charakterystyczna rola Krystyny Tkacz), która zresztą także nie robi wrażenia osoby całkowicie zrównoważonej psychicznie. We wszystkich trzech przypadkach nie dochodzi do realizacji pragnień, z którymi kobiety przybyły do Autora, co - jak okaże się w finale - ma znaczenie pozytywne.

Scenki uatrakcyjniane są specjalnym wejściem chóru. Niczym w starogreckim dramacie chór ma tutaj funkcję komentatora wydarzeń. Ale nie wprost. Jest bowiem pewną metaforą świata fantastycznego, pełnego dybuków, rozmaitych demonów, wziętych z tradycyjnej ludowej wyobraźni żydowskiej. Chór przychodzi tu z innej, w pewnym sensie metafizycznej rzeczywistości. Wychodzi z umieszczonej wysoko szafy, będącej niejako symbolicznym odniesieniem do sytuacji Żydów ukrywających się w czasie okupacji niemieckiej. Ten trzyosobowy chór na tle umiejscowionego też wysoko, z tyłu, kolorowego domku przypomina obrazek wzięty wprost z malarstwa Chagalla. Każda postać ma wyraźnie zaznaczoną własną osobowość. Halina Łabonarska w białej sukni ślubnej, prawie jak panna młoda wyjęta wprost z malarstwa Chagalla, uosabia finezyjność, delikatność anioła niosącego dobre wiadomości. A wspaniały głos artystki, alt o dość rzadko spotykanej, pięknej, "aksamitnej" barwie dopełnia owego wizerunku postaci. Wyznam szczerze, iż po raz pierwszy usłyszałam na scenie śpiewającą Łabonarską. Znakomita. Z postacią graną przez Halinę Łabonarską kontrastuje kobieta w czerni Doroty Nowakowskiej, sugerująca - ubiorem i tonacją głosu - tzw. ciemne siły. Trzecia postać chóru to klasyczny chasydzki Żyd z rudą brodą (Jan Janga Tomaszewski), też jakby zszedł wprost z obrazu malarza. No i nad nimi klarnecista świetnie wykonujący solo, oczywiście kojarzy się ze słynnym skrzypkiem Chagallowskim. Tylko zamiast skrzypiec tutaj pojawia się klarnet.
Ważną rolę estetyczną w spektaklu pełni realistyczna i funkcjonalna scenografia przedstawiająca w tle nowojorską kamienicę z licznymi drzwiami, oknami, z których raz po raz wyłonić się może jakaś postać. Szkoda, że ta pomysłowa scenografia nie została należycie wykorzystana właśnie poprzez umieszczenie w niej większej ilości barwnych postaci. To głównie scenografia, światło i chór śpiewający songi autorstwa Andrzeja Poniedzielskiego do muzyki Jerzego Satanowskiego tworzą klimat spektaklu i nadają mu ton.

Grzegorz Damięcki interpretuje postać Autora jako człowieka ciepłego, serdecznego w kontaktach międzyludzkich, budzącego zaufanie, ale życiowego niedorajdy. Występuje w podwójnej roli, jest narratorem opowiadającym to, co się przydarza Autorowi i zarazem wchodzi w rolę Autora. Granica między narratorem a Autorem prawie nie istnieje. W związku z tym plan stricte narracyjny i plan rzeczywistego rozgrywania scenek zlewają się w jedno.

Pomysł wprowadzenia chóru jest najlepszą rzeczą w tym spektaklu. Nadaje bowiem przedstawieniu zbudowanym trochę skeczowo wymiar pewnego dystansu, dzięki czemu wszystko to, co dzieje się w planie rzeczywistym, zyskuje nawias. Bez chóru spektakl miałby charakter przeciętnego kabareciku, w którym opowiada się banalne historyjki. I nawet wprowadzona przez reżyserkę na siłę (bo nie widzę żadnego uzasadnienia artystycznego) owa wypowiadana przez Autora dziwna kwestia o powstaniu w przedwojennej Polsce organizacji faszystowskiej czy o gettach ławkowych na uniwersytecie za czasów "starego zgrzybiałego Piłsudskiego" nie uchroniłaby przedstawienia od charakteru skeczowego.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
15 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Mewa. Egzemplarz reżyserski Krystiana Lupy
Akademia Sztuk Teatralnych
Krystian Lupa

Trailer tygodnia