Choroba czerwcowa

"Mały książę" - reż. Cezary Domagała - Teatr im. J. Osterwy w Gorzowie Wlkp.

Istnieją choroby sezonowe. Wiadomo: zima – więcej przeziębień, lato – sezon zatruć salmonellą. W teatrach też pojawia się w okolicach przełomu maja i czerwca pewna choroba sezonowa, nazywająca się: „konieczny hicior na Dzień Dziecka". Jak ma być hicior, to najlepiej sięgnąć po sprawdzoną receptę. Teatr w Gorzowie sięgnął więc do receptariusza mającego za sobą spore doświadczenie w pokazywaniu jednego i tego samego tekstu kilkanaście razy w różnych polskich teatrach. Udało się tyle razy, musi się udać i teraz, w myśl zasady wyśpiewanej w nieśmiertelnym przeboju Franka Sinatry: „If I can make it there, I'll make it anywhere".

Gorzowski spektakl Mały Książę w reżyserii Cezarego Domagały udowadnia jednak, iż w teatrze nie istnieją sprawdzone recepty na sukces. To znaczy, poprawię się, sukces frekwencyjny pewnie i będzie, bo znany tytuł przyciągnie wycieczki szkolne zwabione bezpiecznym (właśnie dlatego, że znanym) tytułem, który na dodatek jest lekturą szkolną. Ambitniejsze nauczycielki może jednak spotkać rozczarowanie, ponieważ adaptator i reżyser w jednym zamordował wszystko to, co stanowi o urodzie i mądrości książki Saint-Exupéry'ego.

Domagała po raz pierwszy zrobił Małego księcia w Radomiu w roku 1993. Może wtedy jego spektakl zachwycił. Dwadzieścia parę lat później na scenie pozostało zwykłe efekciarstwo. Zawsze staram się znaleźć w spektaklu coś, co można by pochwalić; tym razem naprawdę się nie da, ponieważ w tym gorzowskim przedstawieniu kicz goni kicz i kiczem popędza. Nie zostało w nim natomiast nic z pełnej głębi prostoty powieści; zamiast niej na scenie mamy podrzędną rewię pełną pustych efektów. Domagała najwyraźniej zdaje się nie wierzyć w siłę opowieści, po jaką sięgnął, ponieważ po każdej scenie wprowadzającej nową postać czy problem daje piosenkę. Nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby nie stylistyka tych utworów, będąca właśnie rewiowym wdzięczeniem się do widza. Toteż ten Mały Książę jest błyszczący, brokatowy, wyłącznie radośnie rozśpiewany i roztańczony. Jakiekolwiek troski, lęki i zmartwienia, pytania egzystencjalne, wielkie problemy filozoficzne unieważniane są przez lekką, rozrywkową formę spektaklu. Nie mam nic przeciwko lekkiej rozrywce dla dzieci, ale po co udawać, że chodzi tu o utwór Saint-Exupéry'ego? Po co ukrywać własne preferencje estetyczne za opowieścią o losach Małego Księcia?

Ważne jest więc w tym przedstawieniu zadzierzgnięcie kontaktu z młodym widzem. Przybiera to formy dość prostackiego przypodobania się dzieciom, że taką mamy z nimi sztamę, bo my-twórcy ich lepiej rozumiemy niż wszyscy inni dorośli. Niby odpowiada to początkowym rozważaniom o dziwnych dorosłych z powieściowego Małego Księcia, ale jest takie właśnie za płaskie, pozbawione gorzkiego rozczarowania pilota-narratora książki. Po scenie, w której mowa była o odbieraniu rysunku słonia połkniętego przez węża jako kapelusza, pojawia się piosenka w rytmie salsy o tym, że wszyscy mają kapelusze i że kapelusze mają dusze. Jaki ma to związek z opowieścią o rysunku i całą wymową poprzedzającej ją sceny? Żaden! Przecież wiemy, że nie chodziło o kapelusz, tylko o słonia w brzuchu węża! Dlaczego piosenka nie nawiązuje do zapowiedzianej sceną z rysunkiem sprawy? Tu chodzi wyłącznie o wprowadzenie „atrakcyjnego" przerywnika, który ma prościutki tekst opierający się na rymach w rodzaju „kapelusze – dusze" i który będzie można wzbogacić gorącym, łatwo wpadającym w ucho rytmem.

Dzieje się tak chyba zgodnie z myślą, że bez takich wtrętów historia o Małym Księciu będzie nudna. Reżyser coś, co by tłumaczyło takie jego podejście do teatru, mówił przed radomską premierą Alicji w Krainie Czarów: „ja zawsze swoje przedstawienia staram się robić dla dzieci – atrakcyjna fabuła, akcja, scenografia – i dla dorosłych". Mamy jasność – spektakl ma być w pierwszym rzędzie atrakcyjny, a nie np. mądry... Same piosenki jako przerywniki-uatrakcyjniacze może bym jeszcze jakoś przełknęła, gdyby nie to, co mówiły ich teksty w kontekście całości przedstawienia i jak np. prezentowały poszczególne postacie. Piosenka na przykład przedstawia Różę, tyle że dzięki jej wykonaniu można odnieść wrażenie, że ten kwiat – obiekt czystej, niewinnej miłości Małego Księcia, wywołujący opiekuńcze uczucia, to tandetna kabaretowa szansonistka. Róża, jak przystało na „wzorzec kobiecości", ma wydekoltowaną, falbaniastą, jaskrawo-czerwoną sukienkę, dużo krótszą z przodu. To chyba element atrakcji dla dorosłych. Słowa piosenki Róży, wykonywane do południowoamerykańskich rytmów, nie są raczej adresowane do małego chłopca, a taki pod postacią Małego Księcia jest bezpośrednim odbiorcą słów Róży i jej scenicznym partnerem. On więc słyszy takie słowa: „Dopiero się urodziłam, dopiero się obudziłam, dlatego proszę pana nie jestem uczesana, na płatkach rosę mam, może strzepnie ją pan? Niech pan się gapić przestanie już czas jest na śniadanie". Kiedy słowa piosenki mówią: „Niech nie dotyka mnie pan, bo cztery kolce mam, te kolce są jak pazury", aktorka rozczapierza palce na kształt szponów i wykonuje w stronę chłopca gest drapania. Na koniec piosenki Róża zaczyna szlochać. Pamiętacie Państwo scenę wyrzutów, jakie Telimena robiła Tadeuszowi? Tu mamy to samo, tylko w wariancie zwulgaryzowanym – baba obraziła się na młodszego, który jej nie chce, i strzeliła focha.

Na przykładzie sceny z Różą wyraźny staje się najważniejszy problem tego spektaklu – przerysowanie i nadmiar oraz opieranie się na stereotypach i łopatologii. Żmija na przykład cały czas wije się w quasi-hinduskim tańcu. Jak jest bankier – w garniturze i z laptopem – to tańczy „padebaski", które, jak wiadomo dzięki Aktorom żydowskim Anny Smolar, są kwintesencją kultury żydowskiej. Żeby nie było już wątpliwości, jak bardzo bankierski jest ten konkretny bankier, pojawia się motyw z piosenki Money makes the world go around. Król poprowadzony jest natomiast jak kabotyn, który jednakowoż musi się przypodobać dzieciom, toteż jego podstawową aktywnością jest demonstracyjne dłubanie w nosie w trakcie pokładania się na tronie. Nawet scena z pijakiem – spotkanie mówiące o rozpaczy człowieka, który przegrał swój los i ma tego świadomość – zamienione jest w kpiny z niepewnych ruchów nietrzeźwego, który bardzo malowniczo słania się po scenie. Zamiast tragizmu istnienia dostajemy wesołka „pod dobrą datą". I nawet on ma błyszczące, brokatowe buty, a tłem do słów „piję, żeby zapomnieć o tym, że się wstydzę", jest balecik wykonujący taniec z parasolkami. Klimat tej sceny był taki, jakby za chwilę miał rozbrzmieć wielki przebój musicalowy – I'm singing in the rain.

Nadmiar w przedstawieniu Małego Księcia przejawia się także w tym, iż nagromadzono znaki, które się wzajemnie dublują, co ma zapewne podkreślać znaczenie tego, co właśnie prezentowane jest na scenie. W kluczowym momencie, bardzo prostym, intymnym niemal – scenie „proszę, narysuj mi baranka" – brakuje ciszy, chwili niepewności; pozorna pustka sceny rysowania jest wypełniania skrzypiącym odgłosem mającym przypuszczalnie naśladować przesuwanie ołówka po kartce. Podobnie jest w scenie, w której postacie mówią o nieuchronności nadchodzącej śmierci. Na pytanie o strach przed śmiercią nakłada się niepokojący dźwięk, a w głębi sceny pojawia się żmija. Takie podkreślanie ważnych momentów jest tu irytującą manierą. Najpiękniejsza scena książki – ta o oswajaniu lisa – będąca kwintesencją wchodzenia w relacje z innymi ludźmi, także została potraktowana karykaturalnie. Lis w swojej bluesowej piosence deklaruje, iż mu „w bluesie wszystko wisi".

Szkoda, że reżyser postawił na widowiskowość i zamienił Małego Księcia w jarmarczne przedstawienie zapominając o przesłaniu książki – najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Choroby, jak wiadomo, bywają zaraźliwe. Ja na przykład miałam po wyjściu z teatru ochotę powtórzyć za jedną z postaci Małego Księcia: „Piję, żeby zapomnieć...", choć akurat ja nie miałam się czego wstydzić. Jeśli w ciągu dwudziestu paru lat ten sam reżyser przeniósł ten sam tekst na scenę kilkanaście razy, to mamy już do czynienia z masową produkcją – obiektem powielanym, jak – nie przymierzając – wyroby przemysłowe. Nie rozumiem, dlaczego w tę taśmę produkcyjną włączył się także Teatr im. Osterwy w Gorzowie, który w tym sezonie zrobił Wierszyki wybryki – znakomite przedstawienie dla dzieci: zabawne, śmieszne, mądre i zostawiające młodym widzom miejsce na ich własną kreatywność. Myślę, że porównanie tych dwóch przedstawień pokazuje, że czasem warto postawić na artystyczną niepewność zamiast powielać schemat.

Joanna Ostrowska
teatralny.pl
17 czerwca 2016
Portrety
Cezary Domagała

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia