Chorus Opera, czyli chór w roli głównej

"Chorus Opera" - reż. Jere Erkkilä - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

Od czasów starożytnej Grecji chór stanowi nieodzowny element scenicznych wystawień – jest w nim aktorem, śpiewakiem, wyrazicielem uczuć, widzem, komentatorem i pośrednikiem przenoszącym oddziaływanie przedstawienia na szerszą publiczność. Na przestrzeni wieków chór rozwijał i poszerzał swą rolę w teatrze operowym stając się de facto odrębnym, zbiorowym bohaterem wydarzeń. Bohaterem nie tylko istotnym, lecz niezastąpionym.

W takiej właśnie roli, protagonisty, choć złożonego z wielu osób, wystąpił Chór Teatru Wielkiego w specjalnie dla niego przygotowanym przedstawieniu, „Chorus Opera", którego premiera odbyła się na deskach Opery Narodowej 7 października 2022. Spektakl skomponowany z wybranych operowych scen chóralnych pokazał aktorskie i muzyczne możliwości zespołu, czemu towarzyszyły scenografia, kostiumy i efekty wizualne, a także okazjonalnie soliści, śpiewacy i tancerze.

Inicjatorem zorganizowania premiery spektaklu, którego Chór Teatru Wielkiego jest głównym bohaterem, jest francuski dyrygent Patrick Fournillier, od 2020 roku dyrektor muzyczny Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie. Zainspirowała go podobna inscenizacja zorganizowana kilka lat temu w Fińskiej Operze Narodowej w Helsinkach. Do wystawienia warszawskiej wersji „Chorus Opera" zaproszono fińskiego reżysera Jere Erkkilä, scenografię i kostiumy zrobiła Anna Kontek, Ilona Molka zajęła się choreografią, zaś Ewa Krasucka przygotowała projekcje, które wraz z reżyserią świateł Macieja Igielskiego uświetniły całość produkcji. Orkiestrą Teatru Wielkiego – Opery Narodowej dyrygował oczywiście Fournillier, a przygotowaniem Chóru zajął się jego kierownik – Mirosław Janowski.

Zupełnie nowatorskie jest ujęcie chóru jako najważniejszego elementu scenicznej sztuki operowej. Twórcom przyświecał zamysł uhonorowania doskonale przygotowanego i zgranego zespołu Chóru Teatru Wielkiego, złożonego z ponad osiemdziesięciorga wybitnych śpiewaków, kreujących zarówno potężny zespół, jak i występujących jako soliści, co zresztą niektórzy z nich zaprezentowali w projekcie „Chorus Opera". Przedstawienie okazało się sukcesem, publiczność odebrała je entuzjastycznie. Dobór repertuaru i płynne połączenie scen zbiorowych z często kontrastujących ze sobą oper z pewnością nie było zadaniem łatwym, raczej wyzwaniem, z którym twórcy i wykonawcy w ogromnej mierze sobie poradzili.

Na początku wykonano po łacinie jeden z najsłynniejszych utworów chóralnych świata, „O Fortuna" z kantaty „Carmina Burana" Carla Orffa. Chór ukazał się na scenie pod światłami z rampy towarzyszącej zwykle pojedynczym solistom, co było bardzo dobrym pomysłem na otwarcie. Ubrani byli w proste czarne stroje koncertowe, panowie w białych koszulach. Przywodziło to na myśl atmosferę niemal musicalu, kameralności sceny, bliskości widowni i wykonawców, którzy pod uważną batutą dyrygenta i z towarzyszeniem wspaniałej orkiestry od razu zaprezentowali swoje wspaniałe możliwości dynamiczne. Następnie bez zmiany strojów chór padł na kolana jako lud poddany krwawej księżniczce Turandot i zaśpiewał przejmującą puccinowską inwokację „Perché tarda la luna". Wspaniałą ilustracją do sceny był ogromny księżyc zmieniający swój kształt i natężenie światła stosownie do treści utworu. Kolejnym błyskotliwym, nomen omen, pomysłem było wprowadzenie na scenę prawdziwych pochodni w dłoniach chórzystów, którzy wykonali pełne wigoru „Fuoco di gioia" z pierwszego aktu „Otella" Verdiego, kiedy to nikczemny Jago zaczął już snuć swą intrygę pogrywając mieniącymi się jak ogień namiętnością i zazdrością. Następnym punktem programu był wspaniały Chór Matadorów z „Traviaty", okraszony cudowną choreografią. Trzask czerwonych wachlarzy całego zespołu i posuwiste ruchy tancerzy solistów były wspaniałą ilustracją doskonałej muzyki Verdiego. Jednak zabrakło mi poprzedzającego tę scenę Chóru Cyganeczek, jednego z piękniejszych kawałków na chór żeński w całej literaturze operowej. Szkoda, że go tam nie uwzględniono.

Piątym punktem pierwszej części programu były fragmenty „Pajaców". Autor opery, Ruggero Leoncavallo, jest słynny z powodu tylko tego jednego utworu, jednak jest to opera wyjątkowej piękności i głębi dramatycznej. Pomysł na scenę zbiorową z użyciem kolorowych promieni światła mnie nie przekonał, ale występ solisty uratował sytuację. Tadeusz Szlenkier, tenor cieszący się wielkim uznaniem na scenie zarówno polskiej, jak i europejskiej, brawurowo wykonał solową arię tytułowego pajaca, Cania, „Vesti la giubba", znaną wszystkim miłośnikom opery jako „Ridi, pagliaccio". Dało to zespołowi chwilę oddechu, zaś publiczność mogła zachwycać się znakomitym popisem tenora – głos Szlenkiera zyskuje z wiekiem na wolumenie, jednak solista pokazał na ogromnej scenie Teatru Wielkiego wszystkie odcienie dynamiczne swego pięknego głosu i prawdziwie wzruszył losem zrozpaczonego, zdradzonego męża zmuszonego przez życie do noszenia maski klowna. Chór powrócił, aby jako kolejny punkt programu brawurowo wykonać jedną z najpiękniejszych operowych kołysanek, „Coro a bocca chiusa" z puccinowskiej „Madame Butterfly". Czarodziejska, słodka melodia jest ukojeniem dla duszy, a cudnemu wykonaniu znów towarzyszył wzruszający taniec solistki stylizowanej na drobną, japońską piękność. W ostatniej scenie pierwszej części spektaklu wykonano „Auto-da-fé" z opery „Don Carlo" Verdiego i w tej królewskiej scenerii na ekranie nad głowami chórzystów pojawiły się... ich własne zdjęcia z historycznych wykonań różnych oper. Było to nieco kuriozalne, przywodziło na myśl reklamę.

Po przerwie chór pojawił się w neonowych strojach i nakryciach głowy cyrkowych przebierańców. Miało to być ilustracją dla cygańskiego chóru z „Trubadura". Kto zna tę przejmującą i pełną grozy operę, mógł być zaskoczony kuglarską atmosferą i scenografią tej interpretacji, zwłaszcza w połączeniu z dziwacznymi ruchami chórzystów. Natychmiast potem chór przeobraził się w hiszpański tłum wiwatujący na cześć torreadorów – była to słynna scena „Les voici...!" z opery Bizeta „Carmen". Muzycznie było cudnie, natomiast, niestety, wyrazowo znów powstał efekt taniego cyrku, do czego przyczyniły się między innymi kolorowe balony nie z tej bajki. A szkoda, bo zarówno Cyganów z „Trubadura", jak i żywiołowy tłum mieszkańców Sewilli można było, zdaje się, łatwo przedstawić, zachowując ich jakże charakterystyczną wyrazistość i odrębność kulturową.

Szczęśliwie potem nastąpiło cudowne „Intermezzo" z „Rycerskości wieśniaczej" Mascagniego. Wspaniałe, rzewne prowadzenie orkiestry, która czuje każdą myśl Patricka Fournillier, wynagrodziło słuchaczom nieco niefortunny początek drugiej części przedstawienia. Chór złapał chwilę oddechu i wykonał najwspanialszą chyba scenę wieczoru, również posiłkując się Tadeuszem Szlenkierem w roli Turiddu. Scena z życia sycylijskich wieśniaków „A casa, a casa, amici" i następujące po niej uwielbienie wina to szczyt kunsztu operowego w jednoczesnym pokazaniu wiodącej roli chóru jako tworzącego scenę wraz z solistami. Niewielką solową partię Loli w tej scenie zaśpiewała jedna z chórzystek, mezzosopran Katarzyna Ćwiek.

Wagnerowski „Latający Holender" ukazał najpierw panów jako chór marynarzy, a potem panie w chórze dziewcząt, żywiołowo i bardzo spójnie w każdym aspekcie sceny – szaroniebieskie tło, liny, powiewy wiatru przywodziły na myśl płynący okręt i wartką akcję romantycznej opery. Rolę Marii w tej scenie wykonała Dagmara Sokalska, chórzystka śpiewająca również partie solowe. Po chwili pracujące dziewczyny zamieniły robocze fartuszki na chusty profesjonalnych współczesnych chórzystów i cały zespół wykonał przejmujące „Magnus Dominus" z symfonii, a raczej oratorium „Siedem Bram Jerozolimy", które to monumentalne dzieło Krzysztof Penderecki napisał był na zamówienie władz Jeruzalem dwadzieścia pięć lat temu.

Wyłaniający się z chóru soliści zaczęli stopniowo pełnić coraz większą rolę – w kolejnej scenie z „Króla Rogera" Karola Szymanowskiego sopranistce Kamili Dutkowskiej jako Roksanie towarzyszyli artyści chóru, Michał Piskor jako Roger i Maciej Ufniak jako mędrzec Edrisi. Panowie, zwłaszcza bas wykonujący partię królewską, w niczym nie ustępowali solistce, która zachwyciła interpretacją słynnej „Pieśni Roksany". Snujący się po scenie dym przywodził na myśl tajemnicze sycylijskie obrzędy na pograniczu chrześcijaństwa i pogaństwa, kultury i pierwotnych sił. Wstrząsająco piękne widowisko.

Na zakończenie tego imponującego inscenizowanego koncertu zespół wykonał siarczystego „Mazura" z ostatniego aktu „Strasznego dworu" Stanisława Moniuszki. Chórzyści przebrani w stroje polskiej szlachty wykonali utwór z wielkim kunsztem i zapałem, a pośród nich tańczyła zachwycająca para solistów baletu. Prawdziwie urzekające to było widowisko. Audytorium uniosło się w niemilknących oklaskach, a wtedy stała się rzecz dziwna. Na środku ponownie ukazał się Tadeusz Szlenkier i zaśpiewał „Nessun dorma", popisową arią tenorową z opery „Turandot" Pucciniego. W finale tego utworu solista trzyma przez dłuższą chwilę wysokie ce, do czego solista śpiewając zaprosił serdecznym gestem innych tenorów z chóru.

Rozumiem, że zamysłem twórców było pokazanie, że i chórzyści potrafią pięknie zaśpiewać ten trudny dźwięk, ale jako ukształtowanej muzycznie we Włoszech wydało mi się zabawne wykonywanie solowej popisówki przez siedmiu panów na raz. Być może lepszym pomysłem byłoby rozdzielenie całej arii pomiędzy dziesięciu tenorów, z których każdy zaśpiewałby po dwa zdania muzyczne, a ostatni słynne ce trzykreślne? A najlepiej byłoby tego utworu w tym programie nie wykonywać, bo choć partia chóru odgrywa w nim istotną rolę, to jednak zdecydowanie jest to popis solowy. Jednak większość publiczności wydawała się zachwycona. W ramach kolejnego bisu chór wykonał słynne „Va pensiero" z opery „Nabucco".

Ten utwór, po otwierających przedstawienie „Carmina Burana", to sztandarowy numer wszystkich chórów operowych. Nie widząc go w programie pomyślałam nawet, że nieobecność największego hitu ma dobrze świadczyć o składance, ale jednak ucieszyłam się, że się tam znalazł.

Mimo paru dziwnych rozwiązań koncepcyjnych całości przedstawienia „Chorus Opera" Chór Teatru Wielkiego zaprezentował się wspaniale, a towarzysząca mu Orkiestra również zasłużyła na miano protagonisty.

 

Agnieszka Kledzik
Dziennik Teatralny Warszawa
18 października 2022
Portrety
Jere Erkkilä

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia