Chory Kościoł niszczył moją wiarę

Rozmowa z Krzysztofem Zarembą

Mówi człowiek, który odczas pamiętnych mszy za ofiary stanu wojennego, skomponował muzyką do "Litanii Solidarności", tworzył oprawę muzyczną mszy transmitowanych na cały świat przez Radio Maryja , Krzysztof Zaremba - kierownik muzyczny Teatru "Baj Pomorski", kompozytor, aktor, kierownik kilku chórów i wieloletni organista w toruńskich kościołach

W wydawanej w Toronto polonijnej "Gazecie" ukazał się wywiad, w którym zdradza Pan kulisy pracy w toruńskich parafiach od lat 80. ubiegłego wieku i mówi o rozczarowaniu instytucją Kościoła. Padają ciężkie słowa o zatraceniu największego przykazania miłości i o tym, jak władza oraz pieniądze Kościół deprawują. Zapytam wprost: Po co Panu to było?

- Dziwiono się, dlaczego nie gram już w kościele, pytano, co się stało. We mnie coś pękło. Przecież to Kościół się mnie pozbył, więc uznałem, że nie mogę milczeć. Skoro jest choroba, trzeba o niej mówić. Zarazem sam chcę się w ten sposób uleczyć.

Z czego?

- Ze zwątpienia.

Pan to mówi? Człowiek, który grał na organach podczas pamiętnych mszy za ofiary stanu wojennego w toruńskim kościele Matki Boskiej Zwycięskiej na początku lat 80., skomponował muzykę do "Litanii Solidarności", tworzył oprawę muzyczną mszy transmitowanych na cały świat przez Radio Maryja? Laureat nagród sacrosongo-wych, muzyk, którego protektorem był kardynał Karol Wojtyła?

- Pochodzę z licznej, głęboko wierzącej rodziny. Jestem czternastym dzieckiem. Już jako dziesięciolatek grałem w kościele na organach. W wieku 19 lat wstąpiłem do zakonu marianów. Po roku zrezygnowałem. Nie z powodu kobiety, tylko muzyki. I to muzyki głównie sakralnej. A dziś słyszę: "Ten pan w tym kościele nigdy nie zagra".

W jakim?

- Chodzi o parafię św. Jakuba w Toruniu, gdzie przez lata pracowałem i mieszkałem. Sposób wyrzucenia mojej rodziny z mieszkania przelał czarę goryczy. Historia ta ciągnie się od lat 80. Nim trafiłem do św. Jakuba, byłem organistą u jezuitów. W tym czasie doszło do pamiętnych wydarzeń 3 maja 1982 roku, gdy w organach pomagałem ukryć się uczestnikom zamieszek, wyłapywanym przez ZOMO-wców otaczających kościół. Rok później grałem mszę w Watykanie, celebrowaną przez Ojca Świętego, a transmitowaną przez Radio Watykan. Potem przejął mnie ksiądz Stanisław Kardasz z kościoła Matki Boskiej Zwycięskiej. Były słynne msze opozycyjne, przeszukania SB, podczas których tytuły utworów komponowanych dla dziecięcego teatru Janiny Awgulowej tajniacy uznali za szyfr... Aż wreszcie ówczesny proboszcz parafii św. Jakuba zaoferował mi etat wraz z mieszkaniem służbowym. Tym mieszkaniem.

Dużym?

- Sześćdziesiąt metrów plus pokoik piętro wyżej na płyty, nuty i instrumenty w kamienicy obok dzisiejszego klubu NRD. Okazało się jednak, że mieszkanie wymaga kapitalnego remontu. Na szczęście w tym czasie ojcowie marianie zaproponowali mi pracę organisty w Anglii. Wyjechałem i tam zarabiałem. Za te pieniądze szwagier doprowadził do mieszkania wodę, kanalizację i zamieszkaliśmy. Już wtedy zrozumiałem, że wielu księży z mojego otoczenia bardziej interesowały pieniądze niż sztuka, jaką chciałem im od siebie dać, i wprost oczekiwali, bym z Anglii przywoził funty pod pretekstem intencji. I przywoziłem. Sytuacja się zmieniła, kiedy pojawił się nowy proboszcz, ksiądz Andrzej Wawrzyniak. Doceniał działalność artystyczną, w ramach fundacji "Daj szansę" koncertowaliśmy ze stuosobowym chórem dziecięcym Schola Puerorum Sancti Iacobi na rzecz małych pacjentów z porażeniem mózgowym. Coraz częściej wyjeżdżałem jednak za granicę. Proboszcz udzielił mi urlopu bezpłatnego i zorganizował mszę pożegnalną, "by pan Krzysiu mógł się rozwijać artystycznie". Wyjechałem do Szwajcarii, pracowałem dla teatru Golden Harlequin, a potem Salome w Berlinie. Wróciłem, by podjąć pracę u toruńskich redemptorystów. Proboszcz nie był w stanie zwrócić nakładów poniesionych na mieszkanie, ale też nie chciał za nie czynszu.

Poznał Pan ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka?

- Znałem go z początków Radia Maryja. Wtedy transmitowano koncert bożonarodzeniowy z kościoła św. Jakuba. Jadaliśmy czasem razem w stołówce zakonnej, potem się tam nie pojawiał. Tworząc oprawę muzyczną mszy dla chorych, które były transmitowane na cały świat, nie musiałem się z nim spotykać. Ale na moje losy jego środowisko miało wpływ. W 2004 roku z przykościelnym chórem Redemptoris Mater pojechaliśmy na występy do Kanady. Promowaliśmy w ten sposób Toruń i tutejszy Kościół. Jako opiekun ruszył z nami proboszcz redemptorystów Bogdan Bandur. Zaciągnął nawet pożyczkę w wysokości 30 tysięcy złotych na bilety. Potem mu to wytknięto i puszczono plotkę, że zaprosili nas masoni. Proboszcza odwołano, jest dziś prostym zakonnikiem głoszącym misje. Często w Kościele wybijające się i otwarte jednostki są tępione, ale...

Jeszcze siedział Pan cicho...

- Nawet wtedy, gdy nowy proboszcz niszczył wszystko po swym poprzedniku. Stwierdził, że artyści są mu niepotrzebni. Gdy poważnie uszkodziłem kolano i trafiłem na rehabilitację, obciął mi wypłatę, choć i tak przez całe lata pracy w Kościele otrzymywałem płacę minimalną. Po powrocie ze zwolnienia lekarskiego po prostu mnie zwolnił.

Ostro. A co z chórem?

- Chór na szczęście przejął pod swoje skrzydła Wydział Ekonomii UMK, z którym już wcześniej współpracowaliśmy, organizując corocznie koncerty dla upośledzonych dzieci z Grabią. Zmieniliśmy tylko nazwę na Gaudio Affecti. Otrzymałem też etat kierownika muzycznego Teatru "Baj Pomorski", z którym zresztą od lat wcześniej współpracowałem.

Ale mieszkał Pan nadal w tak zwanych zasobach mieszkaniowych Kościoła?

- Tak. Tymczasem zmienił się proboszcz parafii św. Jakuba. Nowy ksiądz zamieszkał po sąsiedzku, ale nie miałem okazji go poznać. Kontaktował się z nami przez wikarego. Zażądał zwrotu pokoju na górze. Dał dwa tygodnie na jego opróżnienie, po tygodniu odniosłem mu klucze. To było jedyne spotkanie. Jak zawsze przy zmianie proboszcza, podjęliśmy próbę opłacenia czynszu, ale nie podjął rozmów, tylko przysłał do wszystkich członków mojej rodziny listy z informacją, że w ciągu pół roku mamy opuścić mieszkanie. Dokąd mielibyśmy iść?! Gdyby nie pomoc i interwencja wielu instytucji: toruńskich teatrów, uniwersytetu, Urzędu Miasta, z którymi przez lata współpracowałem podczas licznych akcji charytatywnych, znalazłbym się z rodziną na bruku. Ostatecznie miasto przydzieliło nam mieszkanie socjalne, bo z pensji organisty - proszę mi wierzyć - nie da się odłożyć gotówki na mieszkanie. To właśnie ten duchowny powiedział rodzicom mojej byłej chórzystki: "Ten pan tu nigdy nie zagra".

I jak Pan to komentuje?

- Człowieczeństwo nie zawsze idzie w parze z kapłaństwem. A najgorsze, że takie bezwzględne zachowania są tolerowane, ba, często wyżej cenione niż wyjątkowość i wybitność. Przykładem sprawa ojca Maksymina Tandka, charyzmatycznego zakonnika, franciszkanina, który nie mieścił się w ramach tej instytucji i został z Torunia odwołany, podobnie jak wcześniej Bogdan Bandur. Kto się wybija, ma pomysły, inicjatywę - tego...

Zachwiało to Pana wiarą?

- Czasem czuję, że wiele robiono, by tak się stało. Chory Kościół, bo jest chory - widziałem to na własne oczy - niszczył moją wiarę. Ale mu się to nie udało. Dziś nadal mam z głównym szefem dobrze poukładane. Ale wiem, że nie zagram u św. Jakuba i Najświętszej Marii Panny, bo tamtejszy proboszcz się obraził, gdy wytknąłem niechlujstwo jego organiście i napisałem na kartce, że bułek na organach się nie kładzie. Mam nadzieję, że za nowego proboszcza w kościele pod wezwaniem Matki Boskiej Zwycięskiej nie będę musiał już płacić za możliwość zagrania, bo nawet coś takiego mnie spotkało podczas ślubu kolegi. Wierzę w reformy papieża Franciszka. Wierzę w człowieczeństwo oparte na przykazaniu miłości.

A może po opublikowaniu tej rozmowy już do żadnego z toruńskich kościołów nie będzie miał Pan wstępu...

- Niczego nie wykluczam, ale coś mi wewnętrznie mówi, że jest wiele osób blisko związanych z Kościołem, które mogłyby opowiedzieć wiele podobnych historii. Dziś jestem człowiekiem z zewnątrz. Może im tymi słowami pomogę, może zobaczą, że nie są w swych odczuciach osamotnione. Może to będzie ku dobremu... Dlatego zgodziłem się na tę rozmowę.

Jacek Kiełpiński
Nowości
18 maja 2013

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia