Chorzów to moja oaza

rozmowa z Michałem Znanieckim

Rozmowa z Michałem Znanieckim, który od 1 lipca obejmuje stanowisko dyrektora Teatru Wielkiego w Poznaniu. Obecnie Michał Znaniecki reżyseruje w Chorzowie musical pt. "Producenci" - polska premiera już w niedzielę 28 czerwca w Teatrze Rozrywki. W wywiadzie dla Dziennika Teatralnego opowiada o pracy nad musicalem oraz o swoich najbliższych planach.

Magdalena Loska: Trwają próby do musicalu „Producenci”. Premiera 28 czerwca 2009r w chorzowskim Teatrze Rozrywki. Dlaczego zdecydował się Pan wyreżyserować właśnie ten spektakl? Czy miał na tą decyzję wpływ scenariusz, czy może sama postać Mela Brooksa? 

Michał Znaniecki:
Miałem wielkie szczęście widzieć wiele musicali. Umożliwiły mi to loty do Londynu – w każdą środę oglądałem tam dwa spektakle. „Producenci” był jedynym musicalem, który doprowadzał mnie do potężnych spazmów śmiechu. Mam takie poczucie humoru jak Mel Brooks i muszę przyznać, że trochę na nim się wychowałem. Cytowałem go już w operach. Pracując np. nad „Napojem miłosnym” Gaetano Donizettiego zacytowałem jego „Być albo nie być”. Odpowiada mi absurdalne poczucie humoru Mela Brooksa. W musicalu „Producenci” atakuje i parodiuje wszystkie możliwe grupy społeczne, o których oficjalnie nie wolno się źle wypowiadać. Podejmuje temat lobby Żydowskiego, z którego sam pochodził. Przedstawia styl mody gejowskiej, która jest już obecna w Londynie i Nowym Jorku. U nas w Polsce taki styl jeszcze się nie wytworzył, dlatego szukaliśmy czegoś, co byłoby zrozumiałe dla polskich widzów. Brooks w sposób komiczny mówi również o faszyzmie. To są interesujące tematy, chociaż bardzo trudne do zrealizowania przez reżysera. Absolutnie zachwyca mnie poczucie humoru Mela Brooksa i uważam, że warto było zrobić taki prezent polskiej publiczności. Dla mnie to także wyjątkowy musical, gdyż w dniu premiery – 28 czerwca – będę świętował swoje 40 urodziny. Wyreżyserowanie właśnie tego spektaklu nie jest przypadkiem. Chcę tym musicalem wprowadzić na scenę i na widownię optymistyczną, pozytywną energię, która sprawi, że ludzie będą się śmiali. To jest dla mnie bardzo ważne. Przez ostatni czas przechodziłem ciężki okres w życiu osobistym. Również w teatrze operowym nie miałem okazji do tego, by się śmiać – reżyserowałem głównie tragedie – ze śmiercią, płaczem, żalem w rolach głównych. Stwierdziłem, że musical „Producenci” będzie zamknięciem pewnego etapu mojego życia i zarazem początkiem czegoś nowego.  

M.L.: Wspomniał Pan o modzie gejowskiej, lobby Żydowskim. To kultura różniąca się od naszej. Czy w związku z tym dla polskich odbiorców przekaz tego spektaklu będzie jasny? Czy znajdziemy w nim też odniesienia do polskiej rzeczywistości? 

M.Z.:
Staramy się przetłumaczyć na polskie realia kwestie typowo amerykańskie. Nie chcemy mówić o hermetycznych odnośnikach do Nowego Jorku, do lobby w Hollywood – co jest widoczne u Mela Brooksa. W Ameryce teatrem rządzą producenci. My nie mamy takiego zawodu jak producent. On się w Polsce dopiero wytwarza, ale wpisze się w naszą rzeczywistość może dopiero za 20 lat. 

W musicalu „Producenci” są kwestie wypowiedziane w oryginale w języku irlandzkim. My zastąpiliśmy je dialektem śląskim. Myślę, że będzie to bliższe naszej publiczności. Również postaci ze świata gejowskiego są ‘przetłumaczone’ na naszą ‘prowincjonalną’ kulturę gejowską, której tak naprawdę właściwie w Polsce jeszcze nie ma. Kilka nazwisk w telewizji nie wystarczy, by wytworzył się jakiś styl. Zamiast postaci, które w oryginale nawiązywały do kultowych osób z amerykańskiego świata, w naszej sztuce pojawią się między innymi drag queens naśladujące Marylę Rodowicz i Violettę Villas. Staraliśmy się wraz z tłumaczem i aktorami pracować nad tym, aby spektakl był bliski i jasny dla publiczności przychodzącej do Teatru Rozrywki. To było nasze założenie i myślę, że to nam się udało. 

M.L.: To bardzo nietypowy musical, bo to spektakl o robieniu spektaklu. Czy wymagało to specjalnych, nieco innych przygotowań, realizacji? 

M.Z.:
Myślę, że mieliśmy wielkie szczęście, gdyż nie byliśmy zmuszeni do licencyjnego spektaklu, czyli do tego, żeby zrobić dokładną kopię musicalu Mela Brooksa – takiego, jaki grany jest w Nowym Jorku czy Londynie. Musical w tych miastach w sensie technicznym był bardzo precyzyjnie zrealizowany, ale przez to zimny, farsowy i przerysowany. My możemy pokazać i odkryć w „Producentach” więcej prawdy. To jest potrzebne naszej publiczności, która przyzwyczajona jest do ukazywania prawdy na scenie.

W „Producentach” jest kilka scen, które pozwalają ukazać samych siebie jako twórców teatralnych. Sytuacje metateatralne, czyli te o powstawaniu musicalu, pozwalają nam pośmiać się z samych siebie. Zrobiliśmy parodię naszych castingów, naszych choreografów, reżyserów – przerysowaliśmy własne postaci. W tych momentach mogliśmy wiele dopowiedzieć od siebie, bo jest to spektakl o nas. 

M.L.: O czym według Pana jest ten musical? Czy - poza potężną dawką śmiechu - jeszcze coś w nim odnajdziemy - jakiś sens, przesłanie? 

M.Z.:
Najważniejszy jest temat tego spektaklu. Nie jest nim na pewno Adolf Hitler – choć często poprzez jego postać promuje się ten musical. Niedawno odbyła się premiera „Producentów” w Berlinie. Spektakl promowano poprzez plakaty, na których zamiast swastyk były precelki i tylko na ten aspekt położono nacisk. A przecież scena ośmieszająca Hitlera to tylko jedna dziesiąta spektaklu. Tematem „Producentów” są tytułowi bohaterowie – producenci oraz show-biznes i cyniczne podejście do niego. Jeden z głównych bohaterów – Max Białystok – grany w spektaklu przez Jacentego Jędrusika i Dariusza Niebudka – jest cynikiem, który zrobi wszystko, by zarobić pieniądze i wyjechać do Rio. On już nie chce być producentem, nie widzi w tym sensu, myśli tylko o pieniądzach. Natomiast drugi z bohaterów – młody aspirant Leo Bloom grany przez Pawła Strymińskiego, pragnie zostać producentem – jest to jego marzenie. Spotykają się więc dwie osoby: idealista, który wierzy w sztukę i cyniczny producent. Ten musical jest właśnie o tym – o dwóch producentach, którzy znajdują się w różnych momentach swojego życia. To spektakl o przyjaźni, o tym, jak w show biznesie pozbawionym emocji i uczuć może się wytworzyć prawdziwy związek. Staram się na tym skupić, czasem nawet przełamując formę farsową. Ten związek – przyjaźń – jest tutaj głównym i zarazem jedynym nie ośmieszonym tematem. 

M.L.: Skąd Pan czerpał inspiracje co do reżyserii spektaklu? Czy wzorował się Pan na filmie? Czy widział Pan może jakieś realizacje tego musicalu na scenie zagranicznej? 

M.Z.:
Miałem możliwość zobaczyć ten musical w Londynie i na Broadwayu, ale było to bardzo dawno temu. Byłem zachwycony „Producentami”, uwielbiałem się z nich śmiać. Mimo iż nie podobała mi się pewna forma reżyserska tego spektaklu. Podobnie było z musicalem „Jekyll i Hyde”. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tę sztukę, nie znając materiału wyszedłem z teatru we Wiedniu i powiedziałem: „Nigdy w życiu czegoś takiego bym nie zrobił”. Była to dla mnie banalna historyjka, która nie przedstawiała żadnego tematu. Później – gdy sam zacząłem pracować nad spektaklem „Jekyll i Hyde”, okazało się, że w oryginale – w materiałach muzycznych – ten wielki temat istnieje, trzeba tylko go pokazać, uwidocznić. Trzeba umieć opowiedzieć musical. Tak samo jest w przypadku „Producentów”. Kiedy go oglądałem, powiedziałem sobie, że zrobiłbym to zupełnie inaczej – co właśnie w tej chwili realizuję. Jeżeli chodzi o film – oryginalny, nie musicalowy – to widziałem go tylko raz i nie spodobał mi się. 

Przygotowując się do realizacji „Producentów”, wzorowałem się na tym, co zobaczyłem w Nowym Jorku. Chodziłem na Broadway, obserwowałem, spotykałem się z agentami oraz producentami. Zobaczyłem, że pracują oni w obskurnych biurach, w których nie ma nawet komputera i gdzie tynk odpada ze ścian. Jednocześnie wiedziałem, że wszyscy oni mają piękne domy i pieniądze. Przychodząc do takiego biura jest się przekonanym, że nie można liczyć na duże wynagrodzenie. Artysta od razy schodzi na kompromisy.  

M.L.: Wraca Pan do reżyserowania w Teatrze Rozrywki po dwóch latach – w 2007 roku odbyła się premiera „Jekyll i Hyde”. Dlaczego właśnie tutaj – do Teatru Rozrywki, na Śląsk? 

M.Z.:
W Polsce, gdzie pracowałem bardzo mało, miałem swoją oazę. To był i jest nadal Teatr Rozrywki w Chorzowie. W tym miejscu doskonale układa się moja współpraca z ludźmi, opanowuje mnie ich energia i zapał. Mam tutaj na myśli nie tylko aktorów w teatrze i osoby, z którymi współpracuję, ale również ludzi, którzy są wokół teatru, ludzi, których spotykam w restauracji czy w jakimkolwiek innym miejscu w tym regionie. Na Śląsku czuję się jak u siebie, jak w domu – tu się odnajduję. Być może wpływ na to ma fakt, iż mieszkałem 20 lat we Włoszech, a tam istnieje bezpośredniość – ludzie są otwarci, życzliwi – tak jak na Śląsku. Osoby, z którymi tutaj rozmawiam wydają się ostre, ale tak naprawdę są uczciwe i bardzo szczere. Dla mnie jest to ważne, bardzo to cenię. 

Do pracy przy spektaklu „Producenci” zaprosiłem moich asystentów, z którymi pracuję już 10 lat, i z którymi podróżowałem po całym świecie. Gdy zobaczyli Chorzów początkowo byli przerażeni – było to dla nich małe miasto na mapie, o którym nigdy nie słyszeli. Po jakimś czasie doskonale się tutaj odnaleźli – w nie udawanej, szczerej atmosferze. Nawet aktorzy, którzy grają w spektaklu gościnnie – Paweł Strymiński, Dariusz Niebudek, Stanisława Łopuszańska czy też scenograf – Luigi Scoglio czują się w Chorzowie jak w domu i nie chcą stąd wyjeżdżać. To nie jest żadna kokieteria – gdziekolwiek bym był, gdziekolwiek pracował, w jakimkolwiek miejscu na świecie, jeżeli Chorzów będzie mnie potrzebował, to przyjeżdżam. Tak jest w wypadku „Producentów”. Wiem, że po tym spektaklu przez następne 40 lat, będę ‘naładowany’ Chorzowem, ale oczywiście chcę do niego wracać. 

Poza tym pomiędzy mną i zespołem z Teatru Rozrywki, istnieje doskonały dialog. Mamy do siebie ogromne zaufanie. Wypracowaliśmy doskonały sposób współpracy, zespół ma dużą energię, wszyscy są bardzo zaangażowani w to, co robią, w czym biorą udział. 

M.L.: Od 1 lipca odejmie Pan stanowisko Dyrektora Teatru Wielkiego w Poznaniu. Ma już Pan jakieś plany na przyszły sezon? 

M.Z.:
Oczywiście! Na razie nie mogę zdradzić za wiele. Na pewno chcę odtworzyć kontakty Teatru Wielkiego w Poznaniu z miastem i z Europą. Teatr dotychczas prezentował wysoką jakość, ale był zbyt zamknięty w sobie. Zanikł jego kontakt z instytucjami: z Akademią Muzyczną, z Filharmonią Poznańską i z Europą. Nowy sezon chcemy zacząć od koprodukcji „Ernaniego” Giuseppe Verdiego. Operę tę będzie można zobaczyć także w Bilbao i w Tel Awiwie. Następną propozycję, którą przygotowujemy to „Kandyd” Leonarda Bernsteina. Zaangażowanych w ten musical jest już siedem teatrów włoskich, jeden hiszpański i trzy polskie – w tym mam nadzieję Teatr Rozrywki. Mam w Teatrze Wielkim doskonały zespół: głównym choreografem zostanie Jacek Przybyłowicz, pierwszym dyrygentem goscinnnym Gabriel Chmura, pełnomocnikiem ds. edukacji Zofia Dowjat. Pracujmy nad tym, by usłyszano o Poznaniu, ale także o innych polskich miastach. Chcę, by pokazały się w Europie i w świecie. To jest mój podstawowy plan. 

M.L.: Bardzo dziękuję za rozmowę. 

Magdalena Loska
Dziennik Teatralny Katowice
25 czerwca 2009

Książka tygodnia

Tajemnicze dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann)

Trailer tygodnia

Miłość do trzech pomar...
Zbigniew Głowacki