Chyba jestem już dorosły

rozmowa z Andrzejen Sewerynem

Nie wolno mi jednak nigdy zapomnieć, że gramy dla widza, bez którego teatr istnieć nie może. Poza premierami, które się za mojego urzędowania tutaj odbyły - a będę bronił wszystkich - udało nam się uruchomić cykle "Salon poezji", "Goście Teatru Polskiego" czy forum dyskusyjne przy okazji premier, które uczyniło Teatr Polski miejscem debaty. Bardzo chciałem, byśmy otworzyli się na Wschód, stąd wizyta białoruskiego reżysera Nikołaja Chalezina, który przygotował "Czas kobiet", czy Lembita Petersona, wybitnego twórcy teatru estońskiego, który przygotował z naszymi aktorami "Zwiastowanie" Paula Claudela, autora mało znanego polskiemu widzowi, jednego z najważniejszych katolickich autorów dramatycznych XX wieku.

Agnieszka Michalak: Trudno się z panem umówić. Próby, spektakle w Polsce i Paryżu - chociaż w Comedie-Francaise zagrał pan ostatnie przedstawienia...

ANDRZEJ SEWERYN: Owszem, zagrałem tam osiemnaście ostatnich spektakli "Szkoły żon" Moliera. Każdego dnia, kiedy nie występowałem, wracałem do Warszawy po to, żeby próbować Prospera w "Burzy" Dana Jemmetta. Ponadto dyrektoruję, reżysersko przygotowuję "Irydiona", którego premiera odbędzie się 29 stycznia, dokładnie w stulecie powstania teatru. Nagrałem też "Księgę Psalmów", czyli 150 utworów, do których musiałem się starannie przygotować. I często gram, m.in. w "Końcówce", "Szkole żon", "Szekspirze Forever!" w Teatrze Na Woli "Proroku llji" i "Dowodzie" w Polonii. A na nocnym stoliku mam jeszcze parę zaległych lektur.

Z Arnolfa do Hamma, z llji do Prospera. Łatwość przechodzenia z roli w rolę przychodzi z wiekiem?

- Każdy z aktorów przeżywa to inaczej. Są oczywiście koledzy, którym to przeszkadza. Rozmawiałem ostatnio z Wojtkiem Pszoniakiem, który wyznał mi, że woli grać wiele miesięcy jedną rolę. Za to Zbyszek Zapasiewicz potrafił mieć w repertuarze, czyli nosić w głowie, aż 11 ról.

Gustaw Holoubek w rozmowie ze Zbigniewem Zapasiewiczem zaliczyli pana do grona najwybitniejszych aktorów od 1960 roku w Polsce.

- Nie wiedziałem o tym. Tym bardziej miło mi to słyszeć, bo Zbyszek i pan Gustaw byli moimi mistrzami, o czym mówiłem wielokrotnie. I przyznam z radością, że w pewnych sprawach się już z nimi nie zgadzam. Mistrz przecież przede wszystkim powinien być inspiratorem, nie tylko kimś, kogo się naśladuje, którego przekonania, tezy, poglądy się powtarza. Ale wracając do pani poprzedniego pytania, po pierwsze, każdy człowiek potrafi wykształcić w sobie system obronny, przystosować się do najtrudniejszych sytuacji i tę technikę uprawiać świadomie bądź nie. Dlatego staram się nauczyć tekstu na pamięć jak najwcześniej. Po drugie, kiedy pracuje się intensywnie, organizm wpada w rytm, przyzwyczaja się do najwyższych obrotów - jak sportowiec przed olimpiadą. Jeśli zaś chodzi o aspekt psychologiczny czy duchowy, to chyba kwestia wprawy zdobytej przez lata pracy. Inna rzecz, że nie wyobrażam sobie siebie grającego wiele miesięcy jedną rolę. Oszalałbym.

Zaczęliśmy mówić o Comedie-Francaise. Z żalem zamyka pan ten etap życia?

- Absolutnie nie. Comedie-Francaise dała mi tak wiele. Jestem wdzięczny przede wszystkim Jacques'owi Lassalle, który mnie tam zaangażował, kolegom i reżyserom, od których się wiele nauczyłem, i dyrekcji, która pozwalała mi jeździć do Polski, grać tu w filmach. Francja dała mi drugie życie, drugą tożsamość. Mam kontakt z innym światem, literaturą, ludźmi, i to mnie kształtuje. Mieszkając w Paryżu, od jakiegoś czasu zastanawiałem się nad powrotem do kraju, miałem zresztą kilka propozycji objęcia poważnych funkcji administracyjnych. Uznałem jednak, że dopiero wtedy gdy będę zbliżał się do dwudziestu lat mojego pobytu tam, powinien nastąpić moment wzięcia odpowiedzialności za instytucję tutaj. 15 lutego kończę zatem moje dwadzieścia lat (a ogółem 33 lata we Francji), złożyłem dymisję, która została przyjęta, i zagrałem ostatnie przedstawienia. Jeśli komitet administracyjny Comedie-Francaise uzna mnie Socjetariuszem Honorowym, to będę miał w przyszłości prawo grania na znanej mi od 20 lat scenie.

Minęły dwa sezony pana dyrekcji w Teatrze Polskim. Krytyka w niektórych momentach pana nie oszczędzała. A jak pan by je podsumował?

- Ciągle się uczę. Od trzech lat mamy remont, który trzeba było przeprowadzić, a w 2014 roku czeka nas kolejny. Oznacza to, że teatr nie funkcjonuje harmonijnie i na pełnych obrotach. Duża scena w tym roku była zamknięta przez siedem miesięcy. Inną rzeczą są przepisy, których trzeba tu przestrzegać. Staram się być praworządny, dlatego najpierw przepis respektuję, potem zastanawiam się nad jego relacją z moją pracą artystyczną. Bardzo chcę szanować statut teatru, jesteśmy bowiem zespołem ludzi, którzy posługują się pieniędzmi podatnika. Dlatego kontrole mojej pracy uważam za naturalne. Jesteśmy największym teatrem dramatycznym Warszawy z 720 miejscami na widowni - nie wolno mi od tego abstrahować. Konstruując repertuar, nie zapominam nigdy o moich przekonaniach artystycznych, obywatelskich, o historii mojego kraju, o moim guście. Nie wolno mi jednak nigdy zapomnieć, że gramy dla widza, bez którego teatr istnieć nie może. Poza premierami, które się za mojego urzędowania tutaj odbyły - a będę bronił wszystkich - udało nam się uruchomić cykle "Salon poezji", "Goście Teatru Polskiego" czy forum dyskusyjne przy okazji premier, które uczyniło Teatr Polski miejscem debaty. Bardzo chciałem, byśmy otworzyli się na Wschód, stąd wizyta białoruskiego reżysera Nikołaja Chalezina, który przygotował "Czas kobiet", czy Lembita Petersona, wybitnego twórcy teatru estońskiego, który przygotował z naszymi aktorami "Zwiastowanie" Paula Claudela, autora mało znanego polskiemu widzowi, jednego z najważniejszych katolickich autorów dramatycznych XX wieku.

A czego się nie udało zrobić?

- Myślałem o studium aktorskim, ale okazało się zbyt skomplikowane prawnie i organizacyjnie. Chciałbym jeszcze częściej jeździć z zespołem z gościnnymi występami, szczególnie po naszym województwie mazowieckim.

Miał pan momenty zwątpienia przez te dwa lata?

- Nigdy, nawet w najtrudniejszych momentach, kiedy bolało mnie wszystko. Już chyba jestem dorosły.

Za chwilę czeka pana kolejny egzamin - obchody stulecia Teatru Polskiego. Co jest najważniejsze dla widza, który nie pamięta bądź nie zna historii tego miejsca?

- Dlatego mu ją przypomnimy, chociażby wystawą historyczną w Salach Redutowych w Teatrze Wielkim Operze Narodowej zorganizowaną z Muzeum Teatralnym. Pod koniec przyszłego roku planujemy konferencję naukową, wydamy także biografię założyciela teatru Arnolda Szyfmana, którą pisze profesor Edward Krasiński, oraz publikację o Teatrze Polskim przygotowywaną przez profesor Barbarę Osterloff. Planujemy też z Telewizją Polską zrealizowanie filmu dokumentalnego, a wiosną w parku łazienkowskim zawisną zdjęcia aktorów Polskiego. 29 stycznia, dokładnie w setną rocznicę otwarcia tego miejsca, zagramy tak jak Szyfman "Irydiona" Zygmunta Krasińskiego. Będzie też "Zemsta" z Danielem Olbrychskim w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego, "Quo Vadis", które wyreżyseruje Janusz Wiśniewski, prapremiera ostatniej sztuki Sławomira Mrożka "Karnawał", a także "Listy na czerpanym papierze", które zrealizuje Lena Frankiewicz. Na koniec roku zagramy "Wesele".

A co dla pana jest najważniejsze w historii Teatru Polskiego?

- Chyba jednak fundament, czyli to, że w ogóle powstał, że zainaugurowała go premiera "Irydiona" - wcale nie pompatyczna, na koturnach, nawet Węgrzyn ponoć ledwo na nią zdążył. Bardzo ważny jest akt zbudowania przez bogatych Polaków, ludzi dobrej woli prywatnego teatru, którego misją była obrona języka polskiego w czasie zaborów. Ten akt obywatelski, narodowy powinien być rozważany i obecny dzisiaj w naszej świadomości artystycznej. Powinien skłaniać do pytań o sens i rolę teatru. Nie można też zapomnieć o wielu ważnych wydarzeniach, np. "Dziadach" Bardiniego, pracach Schillera czy wielkich rolach Jaracza.

Powiedział pan, że "teatr nie może istnieć bez widza". Jaki jest współczesny widz, jakie ma potrzeby?

- Widz bywa zagubiony, rozchwytywany, a podaż w Warszawie jest tak bogata, dlatego coraz trudniej ściągnąć go do teatru. Tym bardziej że przestał on być miejscem wyjątkowym i miejscem żywej debaty publicznej. Chociaż ciągle jest królem wszystkich sztuk i ma wspaniałą przyszłość przed sobą.

Teatr jest też świetnym lustrem współczesności.

- Szczególnym. Ale mnie mniej interesuje to odbicie czy fotografia. Od tego jest telewizja i filmy dokumentalne. My powinniśmy operować syntezą, przenośną, poezją. Powinniśmy grać dobrą literaturę w wielkich dekoracjach.

Jak dziś zatem grać Szekspira?

- Szczerze. Zgodnie z przekonaniami. Dan Jemmett na szczęście nie zastanawia się nad potrzebami i gustem Polaków. Zaprosiłem go też dlatego, żeby pokazał swój świat, wizję i wrażliwość. Nie chcemy dostosowywać się do widza, a wręcz odwrotnie - zapraszać go do naszego świata. Niech publiczność też dokona pewnego wysiłku emocjonalnego, intelektualnego. Nie uważam, żeby klasykę trzeba było grać współczesnymi gadżetami. Tłumaczenie, że inaczej widz nie zrozumie, jest dla mnie kompletną bzdurą. Nie obrażajmy inteligencji widzów.

Kim jest pana Prospero? To mag, a może zrezygnowany, sfrustrowany nędzarz?

- Reżyser proponuje bardzo radykalną lekturę tego dramatu i postaci Prospera. Akcja sztuki nie dzieje się na wyspie z palmami, piaskiem i meduzami. Dan myśli o niej całkiem inaczej - wystarczy spojrzeć na afisz zapowiadający premierę. W tej wizji wyraża się jego potrzeba zmierzenia się z angielską tradycją grania "Burzy". Zresztą często zastanawia się, czy takie radykalne przedstawienie mogłoby powstać w Anglii.

Brzmi tajemniczo...

- Jesteśmy absolutnie wierni tekstowi Szekspira! Dlatego rozmawiamy z widzem o problemach władzy, ale też o tym, czym jest magia, manipulacja, wyobraźnia. Tekst "Burzy" jest dla mnie szczególny, bo to tekst o niewoli, o odzyskiwaniu wolności. Słowo "wolny" pada przecież często w tej ostatniej sztuce Szekspira. Warto w tym miejscu przywołać słowa Jana Kotta: "Na bezludnej wyspie została odegrana historia świata. Tę świadomość nędzy i wielkości człowieka ma Prospero. Tylko więcej jeszcze goryczy".

Agnieszka Michalak
Dziennik Gazeta Prawna
4 grudnia 2012
Portrety
Andrzej Seweryn

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia