Chyba w kierunku uniwersalności

"Lot nad kukułczym gniazdem" Teatr Powszechny w Warszawie

Teatr piórem Temidy

Można by się zastanawiać, dlaczego Jan Buchwald sięgnął po "Lot nad kukułczym gniazdem", niegdysiejszy hit teatralny na tej samej scenie. To ryzykowna decyzja, zważywszy na kilka czynników. Inscenizacja "Lotu..." dokonana tu przez Zygmunta Hübnera w 1977 roku została uznana za rzecz wręcz wzorcową. Bo to i doskonała reżyseria, i wybitne role. McMurphy\'ego grali Roman Wilhelmi oraz Wojciech Pszoniak, a siostrę Ratched Mirosława Dubrawska. Poza tym był to zupełnie inny czas historyczny, okres schyłkowej PRL. Metafora "Lotu..." wówczas odczytywana była przez wszystkich jednoznacznie jako manifest przeciw totalitarnemu systemowi odbierającemu wolność jednostce.

Dzisiaj, kiedy ta wolność jest, a nawet nierzadko przyjmuje patologiczne wręcz rozmiary samowoli w stylu "róbta, co chceta", wystawienie tego tekstu nie wpisuje się już w konteksty społeczno-polityczne tęsknoty za wolnością i walki o nią. Chyba że reżyser chce nam coś specjalnego powiedzieć właśnie dzisiaj i właśnie tym tekstem. Wyznam szczerze, że jakichś specjalnych przesłań, które by mną wstrząsnęły, tu nie znalazłam. Ale przede wszystkim jestem przeciwna jakiemukolwiek porównywaniu obecnej inscenizacji z przedstawieniem sprzed 32 lat. Każda inscenizacja jest bytem autonomicznym. Zupełnie nieźle zagrany przez większość wykonawców i dość sprawnie wyreżyserowany spektakl. Z paroma wyjątkami: nie widzę potrzeby wprowadzenia migających laserowych świateł, no i przede wszystkim nie znajduję żadnej merytorycznej i artystycznej motywacji dla tak nachalnej aluzyjności w stosunku do Kościoła sceny parodiującej ślub na niby Billy\'ego Bibbita (Piotr Ligienza) z prostytutką, gdzie jeden z pacjentów, rozłożywszy ramiona, udaje krzyż Chrystusowy. Grubo i prymitywnie uszyta scena nie wnosi nic poza żenadą. Można było sobie to darować.

Centralna postać, czyli McMurphy w ujęciu Tomasza Sapryka, to współczesny cwaniak, migający się od pracy, żyjący z rozmaitych przekrętów, kradzieży itp. Zamknięty po raz kolejny, wpadł na pomysł, by udać niezrównoważonego psychicznie i w ten sposób wyłgać się od odsiadki więziennej. Pojawia się więc w szpitalu psychiatrycznym. Ten nowy etap w jego życiu odkrywa w nim cechy, z których pewnie wcześniej nie zdawał sobie sprawy, że je posiada. Ponadto pobyt w psychiatryku ukazuje metamorfozę tej postaci. Tomasz Sapryk przekonywająco zagrał swego bohatera przez kolejne stadia prowadzące do uformowania się nowej mentalności bohatera. Kiedy widzimy go w początkowych scenach, zdaje się jedynie przekornym żulem próbującym zawładnąć grupą pacjentów i dowodzić nią. Jest silny fizycznie i odporny psychicznie. Wydaje się pozbawiony wrażliwości i uczuć wyższych. Dość prymitywny w swoim postrzeganiu świata i relacji międzyludzkich, gdzie - jego zdaniem - podział przebiega wzdłuż jak najprostszej granicy: na tych, którzy dowodzą, i na tych, którzy są dowodzeni. On należy do tych, którzy dowodzą. Dopiero w konfrontacji z przełożoną oddziałową, siostrą Ratched (Aleksandra Bożek), czyli drugą silną indywidualnością, ale silną w sposób wyrafinowany, spekulatywny, przemyślany i celowy - widzimy dokonujące się zmiany w mentalności McMurphy\'ego. Walka z silną siostrą Ratched to szczególne dla niego wyzwanie. Dokonujące się jednak już na innym, zdecydowanie wyższym poziomie rozwoju osobowości. McMurphy szybko się uczy i dorasta do podjęcia dramatycznego wyzwania, stając do otwartej walki w obronie pacjentów gnębionych przez siostrę Ratched. Uświadamia im ich godność ludzką i prawo do obrony tejże godności, prawo do wolności osobistej. To wyraźna przemiana bohatera.

Natomiast druga centralna postać w przedstawieniu, siostra Ratched w wykonaniu Aleksandry Bożek, niestety nie przekonuje. I nie chodzi tylko o to, że wydaje się zbyt młoda, by mieć za sobą konkretne doświadczenie niejako uwiarygodniające jej nieludzką wprost postawę wobec pacjentów. Rzecz w tym, że Aleksandra Bożek prowadzi swoją bohaterkę na jednej i tej samej nucie od pierwszej po ostatnią scenę. Mimo że po drodze dzieje się tak wiele. Przede wszystkim pojawia się nowy, oporny na dyscyplinę psychiatryka pacjent McMurphy, rozsadzający od wewnątrz tę machinę dowodzoną dotąd przez Ratched. Odtąd między nimi zaczyna się nieustanna walka przybierająca różne formy. Tymczasem aktorka prowadzi swoją bohaterkę w ten sam niezmienny sposób. Jest zimna, wyprostowana, bez żadnej emocji, bez żadnych ludzkich odruchów wskazujących na jakiś jednak świat, z którego przychodzi. Jest jakby odlana z brązu. Nawet jeśli miałaby symbolizować współczesne młode pokolenie, które za wszelką cenę i bez żadnych skrupułów prze do szybkiej kariery, to i tak nikt w to nie uwierzy. Natomiast ładnie i przekonywająco zagrane są wszystkie sceny McMurphy\'ego z Wielkim Wodzem Bromdenem, w postać którego świetnie wcielił się Waldemar Kownacki (gościnnie na tej scenie). To jakby rola specjalnie dla niego napisana. Już samą swoją posturą budzi wiarygodność.

Ale najlepsza i pewnie ulubiona przez wszystkich scena to oglądany przez pacjentów wyimaginowany mecz w telewizji. Siostra Ratched złośliwie i z satysfakcją wyłączyła telewizor, nie pozwalając na oglądanie transmisji z mistrzostw świata w piłce nożnej. Jednak pacjenci pod wodzą McMurphy\'ego, patrząc w ów nieczynny telewizor, zachowują się jak prawdziwi kibice oglądający mecz. Jest też parę innych, dość mocnych i poruszających scen. Ponadto sam temat zniewolenia człowieka jest tematem uniwersalnym i zawsze aktualnym, podobnie jak problem tych, którzy, nie nadążając za współczesną cywilizacją promującą kult młodości, zdrowia, pięknego wyglądu i związanej z tym szybkiej kariery, szukają schronienia. Gdziekolwiek. Tutaj takim schronieniem jest oddział psychiatryczny, oferujący mieszkanie i jadło w zamian za wyrzeczenie się własnej osobowości. Bardzo to smutne. Ale ten smutek nie tyle wynika z artystycznego kształtu spektaklu, ile z samego problemu funkcjonującego w rzeczywistości pozateatralnej.

"Lot nad kukułczym gniazdem" Dale\'a Wassermana, oprac. tekstu Jacek Poniedziałek, Jan Buchwald, reż. Jan Buchwald, scenog. Andrzej Albin, kost. Maria Albin, muz. Janusz Bogacki, Teatr Powszechny, Warszawa.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
25 lutego 2009

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia