Ciało i zbawienie

"Księgi Jakubowe" - reż. Ewelina Marciniak - Teatr Powszechny w Warszawie

Sześć lat ciężkiej pracy, wnikliwe badania historyczne, podróż na Ukrainę i jeszcze raz ciężka praca - wszystkie te elementy złożyły się na sukces "Ksiąg Jakubowych". Dzieło Olgi Tokarczuk wzbudza podziw nie tylko ze względu na swoje gabaryty (900 stron), ale także uwodzi wykreowanym światem. Rzeczpospolita drugiej połowy XVIII wieku jawi się jako państwo na krawędzi upadku, w którym buzują religijne i polityczne konflikty. Tokarczuk opisuje w szczegółach zwyczaje, wystroje dworów i chat, ubrania, zdarzenia. Suchość kronik wypełnia własną literacką materią. Sama okładka powieści wydanej przez Wydawnictwo Literackie nawiązuje do "Nowych Aten" księdza Benedykta Chmielowskiego.

Głównym tematem "Ksiąg..." jest casus Jakuba Franka, uważanego dzisiaj za żydowskiego heretyka. Kontrowersyjny prorok odwoływał się do postaci żyjącego blisko sto lat wcześniej Szabetaja Cewi, który rok 1666 nazywał rokiem "wybawienia Żydów" (całą sprawę opisał Singer w swoim słynnym "Szatanie z Goraju"). Frank powrócił do wątków mesjanistycznych, odrzucił ortodoksyjny judaizm wraz z Talmudem i od początku lat 50. XVIII wieku zaczął zdobywać tysiące zwolenników. Między poszczególnymi grupami Żydów rozpoczęły się walki. Te animozje zaczęli wykorzystywać arystokraci i przedstawiciele kościoła, którzy na krótko wzięli ruch Franka pod swoją protekcję. Wkrótce doszło do sporów w szeregach zwolenników Jakuba Lejbowicza. On sam spędził potem 13 lat zamknięty w klasztorze jasnogórskim, po konfederacji barskiej wyjechał do Wiednia. Przez jakiś czas wspierała go cesarzowa Maria Teresa, ostatecznie Frank zmarł w swojej posiadłości w Offenbach, nie pozostawiając "duchowego następcy".

Tokarczuk jest wierna faktografii, ale nie unika ludowej gawędy (choć co ciekawe, nie ma tu stylizacji językowej jak u Sienkiewicza), co tylko podkreśla specyfikę ukazywanych zdarzeń. I choć w "Księgach..." nie brakuje dłużyzn i nadto rozpisanych dialogów, są one jedną z ciekawszych pozycji we współczesnej polskiej literaturze. Dziwią głosy traktujące powieść Tokarczuk jako rozprawiającą się z mitem "tolerancyjnej Rzeczypospolitej". Osadzenie akcji w czasach przedrozbiorowych (a więc w okresie totalnego chaosu czasów saskich) nie zmienia faktu, że takie osiągnięcia XVI wieku jak konfederacja warszawska czy ustanowienie Sejmu Czterech Ziem uczyniły I RP na kilkadziesiąt lat oazą polityczno-religijnego spokoju.

Cała ta skomplikowana materia powieści Tokarczuk stała się podstawą przedstawienia Eweliny Marciniak. Reżyserka, razem z duetem dramaturgów, stanęła przed trudnym zadaniem adaptacji opasłego tomiszcza, jakim są "Księgi...". Adaptacyjna praca udała się przy gdańskim "Portrecie damy". Tymczasem dzieło autorki "Prawieku" sprawia nieporównanie więcej problemów - wszystko przez wielość wątków, postaci, specyficzną konstrukcję (łączą się w nim elementy klasycznej powieści narracyjnej i epistolograficznej). Wycięte zostaje ponad osiemdziesiąt procent powieści, w tym jej niektóre historyczne konotacje - nie ma większości bohaterów (w tym Schonfelda, Lubomirskiego czy Pułaskiego), długiej jasnogórskiej niewoli Franka, konfederacji barskiej, niemal całego wątku austriackiego.

Przedstawienie rozgrywa się w przestrzeni podobnej do tej we wspominanym wcześniej "Portrecie damy". Scena skąpana jest w półmroku. Na ziemi leży czerwony piach, który później zostanie pokryty terakotowymi płytkami. Z tyłu umieszczono kilkanaście luster. Kierowane na nie promienie reflektorów pozwalają odbijać snopy światła na wybrane punkty scenografii. Praca Katarzyny Borkowskiej po raz kolejny zadziwia precyzją wykonania i plastycznością wyrazu (szczególnie w zakresie LD). Aktorskie kostiumy zostają wystylizowane: Kossakowska i Drużbacka noszą długie suknie i wysokie peruki; Nachman ma na sobie beżowy frak; Chana przybywa z Turcji ubrana w kostium z cekinami. Co jednak ciekawe, scenografia Borkowskiej nie współtworzy przedstawienia w tak dużym stopniu, jak robiły to dekoracje w "Śmierci i dziewczynie".

Spektakl otwiera sekwencja w domostwie Szorów. Członkowie rodziny czuwają przy umierającej babce Jencie. Do chaty przychodzi Aszer Rubin, który ma pomóc nestorce. Cała scena zyskuje wymiar niemalże jarmarczny. Aktorzy noszą doczepiane do ciała lalki naturalnej wielkości. Poprowadzeni przez Agatę Kucińską pokazują tkwiący w swoich bohaterach strach wobec niewytłumaczalnego "zawieszenia" Jenty między życiem a śmiercią (zachowany z książki wątek amuletu). Lalki są ich ciałami, które są ułomne i nie pozwalają "dostrzegać głębiej". Dlatego gdy na scenie pojawia się Frank (Wojciech Niemczyk), odrywa kukły od ciał aktorów. Postać Jenty będzie stanowić klamrę dla całego przedstawienia.

Ciekawy prolog prowadzi przedstawienie do punktu, od którego zacznie się ono rozprzestrzeniać w dwóch kierunkach. Pierwszym z nich jest wątek zakulisowych mechanizmów, które pomogły Frankowi zyskać swoją pozycję. Marciniak zamieszcza krytyczny obraz szlachty oraz duchowieństwa. Damy - Kossakowska (Agata Woźnicka) i Drużbacka (Eliza Borowska) - zupełnie nie rozumieją specyfiki dalekiej prowincji ("to tu się mówi po polsku?"). Zupełnym laikiem w kwestii wiedzy na temat judaizmu okazuje się biskup Dembowski (Mateusz Łasowski). Kiedy rozmawia z Nachmanem (Dobromir Dymecki) na temat Talmudu, zaczyna wymigiwać się od odpowiedzi (w książce dialog przebiegał między kapłanem a Pikulskim). Nie przeszkadza to włodarzom w politykowaniu i manipulowaniu emocjami społecznymi. Religia staje się przedmiotem handlu: Nachman płaci biskupowi za uznanie dogmatów frankistów i wsparcie w walce z ortodoksyjnymi rabinami. W innej sekwencji Kossakowska obiecuje poparcie króla i ziemię, ale Frank chce w zamian zorganizowania dysputy z talmudystami. Liturgia przyjęcia chrztu przez frankistów okazuje się jedną wielką parodią, zorganizowaną wyłącznie na pokaz "wobec Europy" i jest obliczona na doraźny zysk.

Samo otoczenie Jakuba Lejbowicza pogrąża się w rozpuście. Marciniak inicjuje sekwencję seksualnej orgii, która przekształca się w taniec w rytm pulsującej muzyki. Ekstaza cielesna miała być według Franka drogą do osiągnięcia szczęścia - nie dziwota zatem, że jego najbliższe otoczenie przypomina komunę hippisowską. "Zbawienie" jest oczywiście wymówką dla realizowania swoich prymitywnych potrzeb. Dlatego dojmujący staje się los kobiet: żona "proroka" czuje się upokorzona. Chana (świetna Julia Wyszyńska) wyczuwa fałsz swojego męża, który uprawia seks z kolejnymi "siostrami" w wierze. Aktorce udaje się wygrać napięcie między wiernością chorym zasadom nowej wiary a własną godnością. Mocnym punktem jest też kreacja Karoliny Adamczyk, która jako Nachmanowa nie może znieść poczucia misji u małżonka. Świadomość wykluczenia łączy się u niej ze świadomością straty - jako jedyna zdaje się szczerze przyjmować chrzest, wierząc w możliwość przywrócenia do życia swoich zmarłych dzieci. Naiwna i młoda Gitel (Magdalena Koleśnik) całkowicie oddaje się Frankowi, ku rozpaczy - jednej z ciekawszych postaci przedstawienia - swojego ojca (Michał Jarmicki). Dla niego jako Żyda przejście córki na chrześcijaństwo wydaje się najgorszą z perspektyw.

Te kilka wątków (osobistego dramatu kobiet i rodzin, politycznych mechanizmów) udaje się w "Księgach..." sprawnie wygrać. Ale warszawskie przedstawienie raz po raz wpada w płycizny. Przede wszystkim Marciniak nie wyjaśnia nam fenomenu Franka, jakby całkowicie lekceważąc tło społeczne powieści Tokarczuk. W spektaklu nie ma plotek krążących z ust do ust po Podolu, religijnych gorączek wybuchających w Iwaniu i setkach innych miejscowości. Scena z paleniem ksiąg Talmudu to stanowczo za mało. Poza tym grający na jednej nucie Niemczyk nie obdarza swojej postaci żadną charyzmą, bliżej jej do pospolitego cwaniaka niż lidera. Daleko temu Jakubowi chociażby do Ilji Klimowicza. W głowie kołacze tylko pytanie: jak ktoś taki mógł porwać za sobą tysiące ludzi? Nic nie wynika także z przedpremierowych zapowiedzi o "zbadaniu natury ekstazy religijnej" - z tego prostego względu, że niemal wszystkie postacie w przedstawieniu z góry traktują religię może nie tyle pragmatycznie, co instrumentalnie. Świat, w którym podobno ma wzbierać jakieś ekstatyczne uniesienie, okazuje się zaskakująco letni. Kiedy w trzecim akcie pojawia się ideał Szehidy-Matki Boskiej prowadzącej do zbawienia, nie znaczy on nic wobec powierzchownego zaangażowania postaci w życie duchowe.

Reżyserka próbowała potraktować problematykę "Ksiąg" i relacje między postaciami z dużą dozą dystansu. Niestety sporo scen osuwa się w śmieszność; erotyka w rubaszność; ironia w szyderę. Aszer włazi pod spódnicę Kossakowskiej, chcąc ją "wyleczyć"; kasztelanowa wraz z Drużbacką jadą w wymowny sposób po "podolskich wertepach"; Nachman przyjmuje popisową pozę w trakcie chrztu i tak dalej. Marciniak nie pozostawia swoim aktorom zbyt wiel przestrzeni do pogłębienia własnych kreacji, dlatego sylwetki często obrysowane są jedną kreską. Tak jest chociażby z bezbarwnym Moliwdą-Kossakowskim w wykonaniu Bartosza Porczyka, z ciągle wystraszonym Chmielowskim, według Juliana Świeżewskiego.

Nierówne, oj, nierówne to przedstawienie. Ciekawie zaaranżowane sekwencje przeplatają się z obrazami zbyt długimi oraz przegadanymi. W tym świecie od początku nie ma duchowości, pojawiają się tylko polityczne kalkulacje. Nie ma tym samym napięcia między dwiema wartościami, a nadchodzącego oświecenia wyczekuje się jak prawdziwego zbawienia. W warszawskich "Księgach..." uwodząca forma przeważa nad miałką w gruncie rzeczy treścią. Dobrym podsumowaniem spektaklu Marciniak są słowa padające w pewnym momencie widowiska: "Jak coś ładnie wygląda, to się więcej o tym dobrze myśli". I to chyba nie była reżyserska autoironia.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
17 maja 2016

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia