Ciemne kształty drzew

"Konformista" - reż. Marek Fiedor -Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie

Wydawałoby się, że o faszyzmie niewiele nowego da się napisać. Teatr ma tę przewagę nad literaturą, że dawne teksty może ukazywać w nowych szatach, nakładając wymyślne maski protagonistom i tworząc zapoznane światy od nowa. Marek Fiedor zdaje się dobrze o tym wiedzieć

Szukanie drogowskazów i dodawanie sobie mocy dzięki odnalezieniu autorytetu i zawierzeniu mu bez zastrzeżeń to cechy osób autorytarnych. Nie brakuje ich w żadnym systemie społeczno-politycznym, jednak w ciężkich czasach, gdy ludzie walczą o przetrwanie, zewnętrzne zagrożenia wydają się przytłaczające, a pozycja własnej grupy - niepewna, jest ich szczególnie wielu. Lider, który potrafi zaoferować atrakcyjną perspektywę, sięgnie po władzę i utrzyma ją. Niepokornych wyeliminuje, zaś wiernych nagradzać będzie tak długo, jak nieuchronny konflikt nie doprowadzi do jego obalenia. Główny bohater "Konformisty" jest jednym z takich wyznawców. Jego kariera, a zapewne także i życie kończy się wraz z obaleniem dyktatora, któremu służył. To jednak końcowy etap drogi, która została opisana przez Moravię, a przedstawiona na średniej scenie Teatru Powszechnego.

Tytułowy bohater - Marcello (Michał Sitarski) w dzieciństwie lubił stroić się w korale Matki (Olga Sawicka), a rówieśnicy uznawali go za dziewczynkę. Jako nastolatek został niemal uwiedziony przez kierowcę o imieniu Lino (Aleksandra Bożek), którego zastrzelił z jego własnego pistoletu. Broń była dla młodego chłopca przedmiotem pożądania, bo jego Ojciec (Dariusz Siastacz) przedstawił ją jako coś wyjątkowo wartościowego. Kult siły, tak charakterystyczny dla faszyzmu, nie przejawiał się niestety włącznie w podążaniu za wskazówkami wodza. Dziecko bite zaopatrzoną w odwrócony pierścień otwartą dłonią rodziciela uciekało przez nim pod stół. Matka, narkomanka utrzymywała romans z zatrudnionym w domu kierowcą, zaś ojciec w końcu wylądował w szpitalu psychiatrycznym jako samozwańczy minister w chylącym się ku upadkowi rządzie Mussoliniego.

Marcello żeni się z dziewczyną, której nie kocha, by, jak twierdzi, mieć normalną rodzinę. Giulia (Paulina Holz), tuż po śmierci swojego ojca, jako piętnastolatka została zgwałcona przez jego przyjaciela, starszego o czterdzieści lat adwokata, który później, za aprobatą jej matki, zatrudnił ją w swoim biurze. Wykorzystywana seksualnie dziewczyna dużo sobie obiecywała po małżeństwie z urzędnikiem państwowym, doktorem filozofii. Gdy dowiedziała się, że pracuje dla tajnej (faszystowskiej) policji, początkowo jej to nie przeszkadzało. Jednak prawda okazała się czarniejsza niż mogło to wyglądać na pierwszy rzut oka. Tragedia rozegrała się podczas wyjazdu młodej pary w podróż poślubną do Paryża, gdzie były doktorant odwiedził swojego byłego promotora. Profesor Quadri (ponownie Dariusz Siastacz) uciekł z Włoch do demokratycznej Francji, poświęcając karierę naukową dla politycznego zaangażowania przeciwko dyktaturze. Stał się jednak niewygodny dla reżimu. Łatwo zgadnąć, komu polecono doprowadzenie do jego usunięcia.

"Konformista" jest sztuką między innymi o przemocy. Jedyną realną alternatywą do padnięcia jej ofiarą było zostanie opresorem. Główny bohater nie był w stanie uniknąć przemocy ojcowskiej, ale później - nauczywszy się jej w domu rodzinnym - potrafił odpłacić nią agresorowi, by wreszcie zaakceptować ją jako narzędzie władzy. Siłą doprowadził do seksu z atrakcyjną żoną Quadriego, a później próbował namówić ją do ucieczki do Argentyny. Zresztą Lina (Zina Kerste) uwiodła później żonę Marcella.

Miłosno-polityczna intryga, opowiedziana tutaj linearnie, w przedstawieniu Fiedora wiła się i w sekundę przeskakiwała o całe lata: od schyłku faszyzmu we Włoszech do przedwojennej podróży poślubnej, od przedślubnych przygotowań do dzieciństwa głównego bohatera, od tańców w nocnym klubie do mrocznego parku. To zapętlanie, niekończenie i odciąganie zdecydowanie wyszło spektaklowi na dobre. Łóżkowe sceny przerywane przez postaci nadchodzące z innego czasu odrealniały zdarzenia, podobnie jak czynił to Ksiądz (Kazimierz Wysota) spowiadający, a raczej na leżąco domagający się pikantnych szczegółów domniemanego grzechu, czy też różniąca się w kolejnych wersjach tej samej sceny interakcja między małżeńską parą. Początkowo niechętna wyjściu na miasto, by oglądać upadek faszyzmu Giulia, w każdej kolejnej scenie, zaczynającej się od tych samych słów ("Ohyda. Jeszcze wczoraj oklaskiwali Mussoliniego. Wystarczyło jego popiersie w poczekali, żeby zniżali głos.") staje się coraz bardziej agresywna. Za którymś razem rzuciła się na męża z pięściami, a w końcowej scenie skłania go do seksu w parku. Przez ciemne kształty drzew prześwitywało światło. Samotny już Marcello w wykańczającym dla aktora, ale wytrzymanym do końca perseweratywnym akrobatycznym popisie próbował przeciwstawić się niewidzialnemu przeciwnikowi. Na zewnątrz nie było nikogo. To tylko ten sam lęk, który popycha w objęcia bezwzględnego przywódcy i każe popełniać zbrodnie.

Polityczne przesłanie spektaklu było klarowne. Faszystowski system ucieleśniany przez Pułkownika (Jerzy Schejbal, Panie Jerzy, Wrocław tęskni za Panem) niepostrzeżenie nakłaniał głównego bohatera do zdrady zaangażowanego polityczne profesora, któremu ten tyle zawdzięczał. Naiwny Quadri do końca wierzył, że uda mu się nawrócić byłego doktoranta na antyfaszystowską ideologię. To wytykanie nadmiernej wiary we własne umiejętności perswazyjne i w dobroć natury ludzkiej ("Jesteś dobrym i uczciwym chłopcem i nigdy nie zrobiłbyś czegoś takiego") uczyniło z dobrowolnego politycznego emigranta postać sympatyczną, budzącą współczucie. Pozostali bohaterowie nie byli już tak sympatyczni. Ksiądz przekonywał, że "niektóre rzeczy trzeba robić tak jakby się wierzyło, chociaż się nie wierzy. Wiara przyjdzie później". Matka, chcąc być miła dla syna zadeklarowała: "Nie przyjdę na twój ślub. Ale ostatecznie, skoro już jesteś moim synem, chciałabym dać ci prezent". Synek zaś na twierdzenie: "To, co robią wszyscy nie może być nienormalne" otrzymał od przełożonego z tajnej policji niespodziewaną odpowiedź: "To, co robią wszyscy nie musi być słuszne". I to powiedział ktoś, kto do tej jedynej "słuszności" dyscyplinował wszelkimi środkami. Nie, tych ludzi stanowczo nie dało się polubić.

W pamięć zapadła scena, w której co chwila dzwonił telefon, nawołujący do zdrady. Konflikt wewnętrzny doświadczany przez Marcellego uwidocznił się w zachowaniu pełnym irytacji i niezdecydowania, wreszcie w agresywnym zachowaniu wobec Giulii. Grze aktorskiej generalnie niewiele można zarzucić. Jedynie scena rozmowy telefonicznej głównego bohatera z ministrem wymaga korekty. Konwencja konwencją, jednak należało zostawiać trochę dłuższe pauzy, tak, żeby było na co odpowiadać "Tak, panie ministrze". W tej scenie w ogóle nie było rozmówcy po drugiej stronie aparatu.

Udaną stroną przedstawienia była scenografia. Ażurowe przesłony, na których wyświetlano filmy z niszczenia pomników despotów, były na tyle przezroczyste, że przepuszczały postaci. Układ ścianek umożliwiał przemieszczanie się aktorów tak, by płynnie realizować plan achronologii. Szerokość sceny pozwalała dziać się, w różnym natężeniu więcej niż jednej scenie na raz. Jedynie muzyka, początkowo drażniąca i nadmiernie nachalna, później nie zawsze potrzebna, chwilami odbierała widowisku tę kameralność, która czyniła je oryginalnym. Ukazanie osobistych zdarzeń z historią w tle byłoby dosadniejsze w ciszy. Duch historii i tak był kilkukrotnie przywracany i przypominany projekcją wciąż tego samego filmu.

Spektakl przyjemnie się oglądało. W tej brzydocie świata pełnego obłudy, okrucieństwa i niestałości zdarzały się piękne widoki. Atrakcyjne długie nogi, kierowca w ciele kobiety, delikatna lesbijska scena, dziwaczny, magnetyzujący taniec, do którego dołączały kolejno coraz bardziej drugoplanowe postaci wraz z charakterystycznymi dla nich kwestiami. Każda z nich miała swój własny krok, tak samo jak można było uchwycić coś szczególnego w pozach i gestach przyjmowanych przez podróżnych, pracowników kolei i lumpów na Dworcu Wschodnim. Nad uderzającą brzydotą tego miejsca rozpościerało się wieczorne niebo ze swoją złamaną niebieskością, nieco pofałdowaną i łagodnie groźną. Ciemne kształty drzew poprzedzały żurawie dźwigów i odległe wieżowce. Czy wtedy, gdy obalano faszyzm niebo nad Italią było takie samo - myślałem, zamieniwszy krzesło na widowni na peronową ławkę.

Jarosław Klebaniuk
Wywrota.pl
27 czerwca 2011

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia