Ciemno wszędzie, głucho wszędzie

"Horror szał" - reż. Jacek Jabrzyk - Teatr Zagłębia w Sosnowcu

Kiedy dwójka głównych bohaterów postanawia spędzić romantyczny wieczór sylwestrowy we dwoje w chatce na odludziu - wiedz widzu, że coś się dzieje. Taka lokalizacja zobowiązuje. Tym bardziej, jeśli chatka mieści się w polskim lesie, pełnym krwi poległych przodków...

Zaraz, zaraz, chwileczkę. Miało być sylwestrowo, miało być szałowo Tytułowy "szał" jest w tym wypadku szczególny, bliski raczej obłąkaniu, niż zabawie z cyklu "żegnamy stary rok". "Horror Szał" z Teatru Zagłębia w Sosnowcu korzysta z klasycznych schematów zaczerpniętych z kina grozy, ale wykorzystuje je w sposób zaskakujący, bo jako punkt wyjścia do opowieści o narodowych powinnościach i lękach. Muszę przyznać, że odzywa się we mnie wewnętrzny chichot na myśl, iż spektakl miał swoją premierę w ten szczególny wieczór, który repertuarowo kojarzy się raczej z teatrem lekkim, łatwym i przyjemnym. Jakież musiało być zdziwienie publiczności, która stopniowo dokonywała odkrycia, iż oto została wystrychnięta na dudka przez twórców, którzy przez pojawiające się tu i ówdzie żarty i żarciki, przemycili historię wcale nie radosną, ale raczej druzgocącą; z jednej strony groteskową, z drugiej - zakorzenioną w polskiej rzeczywistości.

Zaczyna się lekko. Tak lekko, że aż za lekko. Można powiedzieć - żenująco. Całe szczęście ta żenada wpisana jest z premedytacją w scenariusz autorstwa Przemysława Pilarskiego. Na scenę, a właściwie spod niej, wkracza Mr Disaster, wodzirej prosto z Królestwa Ciemności, przegięty zombiak a la Beetlejuice. Mr Disaster sypie nieśmiesznymi żartami, zapowiadając z rozbrajającą szczerością, że "wcale nie bedzie smiesznie, ale to juz panstwo zdazyli sie zorientowac, będzie natomiast dużo strachu". Coż strasznego czeka nas podczas tego seansu? Para z którą spędzamy sylwestra, czyli Marcin (Tomasz Kocuj) i Ewa (Sibonisiwe Ndlovu-Sucharska), wydaje się zupełnie normalna. Chłopak jest jednak podejrzanie tajemniczy. Niby zaprasza Ewę na posiadówkę w polskiej głuszy, ewidentnie z konkretnym zamiarem, lecz nie bardzo ma ochotę na rozmowę, kluczy w swoich wypowiedziach, wszystko zbywa śmiechem. O co w tym wszystkim chodzi?

Początkowo możemy tylko snuć niejasne domysły w jakim kierunku zmierza całość. Musimy wiedzieć, że jest to pierwsza wizyta Ewy w Polsce. Czarnoskóra dziewczyna nie jest nawet trochę zainteresowana krajem pochodzenia swojego chłopaka (chociaż podobno ma polskie pochodzenie), chce się po prostu dobrze bawić i nie podejrzewa sekretnego celu podróży. Ewa nie pobawi się spokojnie - co chwilę wytrącana jest z iluzji, że wszystko jest tutaj normalne: do chatki kolejno zwalają się niezapowiedziani goście, coraz dziwniejsi i coraz bardziej niepokojący. Zachowują się niczym starzy znajomi, piją z Marcinem wódeczkę, a zdezorientowana dziewczyna może tylko ze zdziwieniem kręcić głową. Posępny Wampir z Zagłębia (Grzegorz Kwas), arcypoważna Gloria Victis (Beata Deutschman) oraz nieżyjący Dziadek Marcina (Wojciech Leśniak) nie są chyba wymarzonym zestawem gości na niczyjej imprezie. Do tego wszystkiego w grę wchodzi bariera językowa - Ewa nic nie rozumie po polsku, a Marcin nie jest skory do tłumaczeń. Fakt, iż wszystkie osoby okazują się duchami (czy raczej marami) tylko podkręca absurdalność sytuacji; ale proszę się nie martwić, ostatecznie wszystko zostanie pięknie wyeksplikowane. Teoretycznie romantyczna wyprawa okazuje się być w praktyce pretekstem do przeprowadzenia rytuału, w którym Ewa ma zostać złożona na ołtarzu ojczyzny. Taka tradycja.

Przewrotny jest ten dramat, oj przewrotny. Łatwo ulec jego komediowemu potencjałowi, który aż krzyczy z pierwszych stron tekstu. Zgrzyt pojawia się w momencie rozpoznania, iż to wołanie o śmiech jest czymś więcej niż zwykłą szyderą. To nienowa konstatacja: myśl cierpiętnicza nadal jest w narodzie żywa. "Ta krew, ona by uzdrowiła wszystko. To byłaby ofiara dzieki której zaczelibyscie od nowa" - wygłasza ze sceny dumna i blada Gloria Victis. "Komus moze to wydawac sie dziwne, ale przelewanie krwi dla sprawy to przeciez arcypolski zwyczaj" - dopowiada Dziadek Kombatant, który za Polskę poległ i jak nikt wie, że kto jak kto, ale Polska, niezależnie od czasów, domaga się ofiar. No i jak tu polemizować z tradycją?

Istotnym tropem interpretacyjnym w Horror Szale jest myśl romantyczna. Autorzy przedstawienia stawiają tezę, iż jako społeczność utknęliśmy w dziewiętnastowiecznym sposobie postrzegania świata. Paradygmat romantyczny nie przestał obowiązywać w naszym myśleniu i odczuwaniu, a ostatnimi czasy ma się wręcz coraz lepiej, przybierając coraz to dziwaczniejsze formy.

Spektakl śledzi się z przyjemnością i nie jest to wyłącznie zasługa tekstu. Reżyser spektaklu Jacek Jabrzyk wyciąga z tekstu Pilarskiego smaczki, umiejętnie lawirując między estetyką grozy i groteski. Zabieg inscenizacyjny polegający na umieszczeniu "akcji właściwej" w pudełkowym salonie za kurtyną jest tutaj jednym z ciekawszych środków, zyskuje też na atrakcyjności dzięki wykorzystaniu głosu lektora Jacka Brzostyńskiego - wszystko, co dzieje się w chatce jest tłumaczone na żywo z angielskiego na "nasze". Dramat nabiera przez to cech narodowej telenoweli, którą z zapartym tchem śledzimy od dawna, a której koniec niestety prędko nie nastąpi. Godne uwagi są tutaj także (a raczej - przede wszystkim) kreacje sosnowieckich aktorów; każda rola zapada na długo w pamięć. Szczególnie przypadła mi do gustu wspomniana już wcześniej Sibonisiwe Ndlovu-Sucharska w roli Ewy. Beata Deutschman jako Gloria Victis, kończąc każde zdanie z charakterystycznym zaśpiewem, bawi i przeraża. Zaskoczyła mnie również Aleksandra Bieńkowska, która jako Kinga Smutas z zespołu Procesy Gnilne wyjawiła wszystkim, że oprócz duszy aktorskiej drzemie w niej dusza rockowa.

Oprawa muzyczna spektaklu jest tutaj wyjątkowym zjawiskiem: piosenki wykonywane na żywo przez zespół Melancholia (występujący w upiornej charakteryzacji) same w sobie stanowią oddzielne widowisko. Wyciągnięte z tej opowieści mogłyby stanowić odrębną, spójną całość koncepcyjnego albumu muzycznego. Głosy Bieńkowskiej i Michała Maślaka świetnie ze sobą współgrają, i cały czas nie mogę się nadziwić, że Bieńkowska nie występuje na co dzień jako lead singer zespołu rockowego. Ta dziewczyna ma moc! Zespół pozostaje jednak odrębną częścią, kimś w rodzaju chóru nie ingerującego w świat bohaterów z chatki, i tutaj pojawia się problem - są momenty, kiedy sceny muzyczne rozbijają spójność narracji. Jest to w dużej mierze efekt zaplanowany w tekście, urzeczywistnienie konwencji "sylwestra z dwójką", niestety koncert lekko wymyka się spod kontroli, przez co całość traci tempo i pojawiają się dłużyzny. Nie zmienia to faktu, że dobrze się tego słucha.

Cieszy mnie tegoroczny przemarsz tekstów Pilarskiego przez polskie teatry - "Horror Szał" z Sosnowca jest bowiem jedną z trzech premier jego dramatów w tym sezonie. Za nami już "Reality Shows" z Teatru Kochanowskiego z Opola, przed nami "Wracaj" z Teatru Współczesnego w Szczecinie. Mam nadzieję, że ten wysyp przysłuży się popularności autora na polskich scenach i zaowocuje dalszymi inscenizacjami - zwycięzca IX Metafor Rzeczywistości i Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej pisze inteligentnie, lekko, do tego ma ucho do dialogów. Korzystając z metody którą można by kolokwialnie określić jako "i śmieszno, i straszno" potrafi zdiagnozować lęki wspólnoty w niebanalny sposób.

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że cały ten rytuał w "Horror Szale" pozostaje w ścisłej relacji z mickiewiczowskimi "Dziadami". Jednak u Pilarskiego to nie żywi przywołują duchy, by wyciągnąć wnioski z ich opowieści: tutaj duchy próbują wywrzeć wpływ na żyjących i zmienić świat według swojej miary. A kiedy duchy mają zbyt duży wpływ na życie żywych - wiedz widzu, że coś się dzieje.

Sandra Szwarc
e-teatr.pl
25 marca 2019
Portrety
Jacek Jabrzyk

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia