Ciężar narodowych schematów

"Straszny dwór" - reż. Natalia Babińska - Opera Nova w Bydgoszczy

Bydgoska Opera Nova udowodniła, że Stanisławowi Moniuszce można dać na urodziny prezent nieoczywisty.

Drugi po Fryderyku Chopinie nasz kompozytor narodowy urodził się 5 maja 1819 roku. W najbliższą niedzielę - w dwusetną rocznicę tej daty - cała Polska będzie rozbrzmiewać jego muzyką. Trwa zorganizowany z rozmachem Rok Moniuszkowski, ale zakończy się sukcesem, jeśli zrozumiemy, że z twórczością ojca "Halki" warto obcować co dzień, a nie od święta.

Obowiązkową przez lata patriotyczną czołobitnością zrobiliśmy Stanisławowi Moniuszce więcej krzywdy niż pożytku. Z jego olbrzymiego dorobku (samych pieśni skomponował około 300) znamy właściwie tylko kilka "przebojów".

Równie wybiórczo traktowana jest sceniczna twórczość ojca opery narodowej. Ogromna jej część spoczywa nieruszana od lat, teatry nie chcą jej tykać, choć są tu opery tak ważne, jak "Paria" czy "Verbum nobile".

Patriotyczne obrazki

Jedynie "Halka" doczekała się w XXI wieku paru prób nowoczesnego potraktowania teatralnego. A szykują się następne, choćby zapowiadana na koniec 2019 r. wiedeńsko-warszawska realizacja w reżyserii Mariusza Trelińskiego.

"Straszny dwór" nadal jest postrzegany niemal wyłącznie jako sielankowy obrazek Polski szlacheckiej, muzyczny odpowiednik "Pana Tadeusza". Gdy cztery lata temu inaczej odczytał to dzieło Brytyjczyk David Pountney, obrońcy narodowych tradycji nie kryli oburzenia. Na szczęście publiczność jest innego zdania, ten spektakl to frekwencyjny hit w Operze Narodowej.

Na podobne powodzenie u widzów może liczyć obecna, rocznicowa premiera "Strasznego dworu" w Operze Nova w Bydgoszczy, bo to spektakl atrakcyjny wizualnie i zrealizowany w sposób nowoczesny. Reżyserka Natalia Babińska poszła dalej niż David Pountney, który zamienił Moniuszce jedną epokę historyczną na inną (dwudziestolecie międzywojenne).

Akcja spektaklu toczy się co prawda w XIX wieku, ale oglądamy kulturowe, a nie konkretne wyobrażenie epoki romantyzmu, w której powstańczy heroizm łączył się z porywami miłosnych uczuć, ale i z bardzo przyziemnymi sprawami: poszukiwaniem mężów dla córek czy spłacaniem zaciągniętych długów.

Romantyczne zjawy

Sarmackiego ducha w tym spektaklu niewiele. Reżyserka przypomniała natomiast, że w romantyzmie konkret realnego życia splatał się ze światem fantazji, zjaw i widm. Postaci jak z ballad Mickiewicza wprowadziła więc na scenę Natalia Babińska. Pannom z Kalinowa towarzyszą rusałki-świtezianki, jest rycerz-anioł, a przede wszystkim zły duch przez cały czas próbujący zakłócić tok zdarzeń.

Parę reżyserskich rozwiązań, niespotykanych w innych wystawieniach "Strasznego dworu", dodaje mu ożywczego uroku, choćby ogromny dożynkowy wieniec na powitanie Stefana i Zbigniewa wracających z wojny do domu. Była więc szansa na to, by Opera Nova mogła szczycić się spektaklem wybitnym, ale przeszkodziła w tym zbyt bogata wyobraźnia Natalii Babińskiej.

Od obrazu z dworu Miecznika w Kalinowie romantyczne zjawy zaczynają głównie przeszkadzać w akcji. Pomysłem jak z przedstawienia edukacyjnego dla młodzieży szkolnej okazało się wprowadzenie na scenę postaci Stanisława Moniuszki, który nie ma tam nic do roboty.

Przykrym zgrzytem jest sam finał, zwyczajowo wieńczony hitem Moniuszki - popisowym mazurem. Ta żywiołowa scena muzyczno-baletowa pozbawiona została dynamizmu. Jeśli zaś choreografka Anna Hop chciała zerwać z tradycją, bo też i niewielu już dzisiaj tancerzy zna mazurowy krok, powinna zaproponować inny, precyzyjny rodzaj ruchu. Tego bowiem, a nie bezładnej krzątaniny, wymaga muzyka Moniuszki.

Wdzięk młodości

Mazura w Operze Nova należy słuchać, a nie oglądać, bo strona muzyczna spektaklu zasługuje na uznanie. Piotr Wajrak należy do dyrygentów, który wierzą w wartość dzieła Moniuszki i zależy mu na jak najlepszym jego pokazaniu. Stonował brzmienie orkiestry, dzięki temu można było docenić różne instrumentacyjne pomysły kompozytora, efektownie różnicował też tempa.

Młoda - w przeważającej części - obsada dodaje przedstawieniu wdzięku i naturalności. Janusz Żak sympatycznie sportretował Zbigniewa, Łukasz Jakubczak obdarzył miłym głosem Skołubę, choć jego głos musi się jeszcze do tej roli dojrzeć.

A obok nich Leszek Skrla niczym ojciec, pokazał, jak należy czuć polonezowy rytm słynnej arii Miecznika. Coraz mniej mamy takich moniuszkowskich śpiewaków. Ale może będą następni, skoro Łukasz Załęski, którego głos pięknie się rozwija, w roli Stefana nawiązał do najlepszych, a bogatych polskich tradycji.

Jacek Marczyński
Rzeczpospolita online
22 maja 2019

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia