Cmentarzyk okresu dużej stabilizacji

czyli o 1. Festiwalu Nowego Teatru w Rzeszowie

Każdy przedstawiony w Rzeszowie spektakl to dla publiczności wielkie przeżycie, od uniesienia czy znudzenia do nieustannie towarzyszącej widzom swoistej, radosnej udręki, dręczącego uczucia niepokoju. W festiwalowych przedstawieniach odbijała się bowiem kondycja tyleż współczesnego polskiego teatru co naszego świata. Oglądaliśmy zatem siebie samych. Doznając przy tym nieraz artystycznych objawień.

Śmierć Tadeusza Różewicza to smutna, ale uzasadniona okazja, by zapełnić repertuary teatralne sztukami wrocławskiego poety. I tak w Rzeszowie jego obecność zaznaczyła się zarówno w Teatrze Maska, gdzie grane jest Białe małżeństwo (reż. Oleg Żiugżda), jak i w Teatrze Siemaszkowej, gdzie sztuka Różewicza została po raz pierwszy pokazana z okazji inauguracji Festiwalu Nowego Teatru (jest to zresztą jedyna w historii rzeszowska premiera Starej).

Wybór dzieła Różewicza nie stanowi jedynie hołdu dla geniusza polskiej dramaturgii, ale staje się także celnym komentarzem dzisiejszej rzeczywistości. Różewicz mówił w Starej kobiecie, pisanej pod koniec lat sześćdziesiątych: „Jesteśmy dzisiaj świadkami wstępnego stadium trzeciej wojny światowej". W XXI wieku człowiek, osaczony ze wszystkich stron globalnymi problemami, może zakomunikować dokładnie to samo. Poczucie kryzysu, momentu przełomowego, narastającego konfliktu czy zbliżającej się katastrofy jest dziś odczuwalne w każdej sferze. Diagnoza zawarta w Starej jest tym bardziej przejmująca, że wypowiedziana głosem członka pokolenia Kolumbów, głosem chyba najdonioślejszym spośród wszystkich, jakie wybrzmiały z ust tych, którzy „ocaleli prowadzeni na rzeź". Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że II wojna światowa zajmuje obecnie w debacie publicznej miejsce tak poczytne, iż można by sądzić, że nadal się toczy. Uporczywie aktualny dramat Różewicza dowodzi, że koszmar wojny wciąż trwa, nie tylko w umysłach ludzi, ale i w dokonaniach ludzkości wyrosłej na gruzach niekończących się dwudziestowiecznych konfliktów i perorującej bezskutecznie o zjednoczeniu, jedności, unii. „Daję wam to, co każdy z was może dać mnie", pisał Różewicz. I rzeczywiście, mimo złożoności czy oburzającej niegdyś formy, można się w Starej kobiecie przejrzeć jak w lustrze o kolistym kształcie dramatu otwartego. W latach osiemdziesiątych Dezerter śpiewał: „Urodziłem się dwadzieścia lat po wojnie, nie zastałem tu pokoju". Urodzeni czterdzieści lat po wojnie również z trudem mogą mówić o pokoju w dzisiejszej Polsce, co potwierdza interpretacja Starej kobiety dokonana przez młodego reżysera na deskach Teatru Siemaszkowej.

Debiutujący w tej roli Jakub Falkowski zdecydował się wystawić dramat Różewicza w wyjątkowej przestrzeni Sali Industrialnej Hotelu Rzeszów, mieszczącego się w Galerii Rzeszów, czyli w wielkim domu handlowym. Fakt, że sala należy do rozległej przestrzeni wymiany usług i rozrywki, idealnie współgra z metaforą śmietnika, szczególnie ważną w sztuce niedawno zmarłego autora. Świat jako wielki dom towarowy, będący jednocześnie śmietniskiem, odpadem po zawłaszczonych przez człowieka dobrach natury to metafora tak celna, że stała się nawet kanwą filmu Świt żywych trupów, ikony popkultury, z której pełnymi garściami czerpie Falkowski. Podkreślony w rzeszowskiej Starej kobiecie wątek ekologii nie przemawia głosem radykalnych aktywistów, którzy budzą w przeciętnym zjadaczu chleba raczej agresję czy zniechęcenie, niż poważną refleksję. Spektakl proponuje głęboką zadumę nad żądzą zawładnięcia przyrodą, w tym także ludzkim ciałem, którego szkielet również należy do świata śmieci. Falkowski mówi o dramacie Różewicza, że jest „śmietnikiem znaków, zakamuflowanych odwołań, symboli" i doskonale zdaje sobie sprawę, jak wiele można wynieść z grzebania w kubłach czy na wysypisku. Śmietnik, tak szczególnie obecny w dramaturgii Różewicza, jest u Falkowskiego wyspą skarbów i tajemnic, które ludzie sami stworzyli ze spraw niegdyś dostępnych powszechnej wiedzy (jak w wierszu poety: „z przyjazdów i odjazdów/z czasu i przestrzeni/z ludzi rzeczy zdarzeń/masła kawy gazet" itd.). Odkrywa je przed widzami przede wszystkim Narrator, w wykonaniu Grzegorza Pawłowskiego, komentujący wydarzenia i osoby dramatu w sposób co najmniej budzący niepokój. Wypowiadane przez niego didaskalia są motorem sztuki, który jak warkot silnika, odbija się echem po całej Sali Industrialnej.

Świetnie zagrany przez Mateusza Mikosia Kelner Młody jest wypełnioną gorączkowymi tyradami arterią przedstawienia, do której prowadzą drogi pozostałych bohaterów. Z jego postacią w żywym dialogu pozostaje Stara Kobieta bardzo dobrej Anny Demczuk. Jej hardość i jednocześnie bezbronność budzi w widzu skrajne uczucia: sympatii i antypatii, ale ponad wszystko empatii. Łączy w sobie kurę, kokosz i pisklę ponowoczesności, ale jest nadal kobietą. Pełna robactwa, które toczy dzisiejszy świat, jeżdżąca po scenie na obrotowym krześle, jakby oduczyła się chodzić, bezwładna ofiara wiary w to, że robić swoje znaczy rodzić i słodzić. Ucieleśnienie idei dramatu przypomina słowa jego autora o teatrze: „Jest podobny do człowieka, inwalidy, który stracił w walce lewą nogę, lecz ciągle czuje ból w tej nodze". Można zarzucić reżyserowi, że jego Stara kobieta nie była wyrazistą główną bohaterką, ale zdaje się to dobrym posunięciem, dzięki któremu „wieloznaczenie" tej postaci rozpisane jest nie tylko na rolę, ale i na odrębne elementy spektaklu. Warto pamiętać, że podczas namaszczonej przez autora prapremiery w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu, partie Starej wykonywały trzy różne aktorki, nie wspominając o głośnej inscenizacji w Narodowym, gdzie odtwórcą tej roli był mężczyzna.

Tak zwane osoby dramatu, będące raczej „refleksami", zostały błyskotliwie sportretowane przez cały zespół i właśnie dzięki temu spektakl nie jest pozbawiony spoistości. Gładyś, Kępiński, Kozikowska-Pieńko, Gaudyn, Pruchnik-Chołka, Dańczyszyn, Janusz – nie tylko dosłownie wcielili się w swoje postacie, ale potrafili znaleźć klucz do wspólnego występu, co w tym dramacie było zadaniem być może najtrudniejszym. Na szczególną uwagę zasługuje rola Adama Mężyka, Ślepca, stylizowanego trafnie na Witkacego, któremu Różewicz niejednokrotnie składał hołd. Postać pełniąca rolę katalizatora, który na naszych oczach rozpada się w drobny mak, zapewne ten wysokomorfinowy, sprzedawany niedawno jako składnik krakowskich obwarzanków.
Stara kobieta wysiaduje jest bardzo udanym, choć wieloznacznym i trudnym spektaklem. Wymaga od widza nie tylko uczestnictwa, ale i pełnego skupienia. Jak przystało na artystę interdyscyplinarnego, Falkowski, zadbał o szczególną oprawę spektaklu, w którym nawet cyfry na kostiumach sugerują wszechobecną ambiwalencję. Dużą rolę grają tu na przykład cienie, stanowiące jakby odwrócenie projekcji multimedialnych. Sztuce towarzyszy wieloelementowa wystawa, zorganizowana wokół przestrzeni scenicznej, do której widzowie wchodzą przez bezlik pasków wyciętych z gazet, jakby uboższą wersję niegdysiejszych ceratek zasłaniających ukryte klitki u fryzjera czy w barze. Jednym z pierwszych rzucających się w oczy składników instalacji są pełne symboliki brzózki – martwe, leżące na ziemi w formie idealnej wycinki. Na umieszczonych w sali ściankach działowych wiszą także artykuły i zdjęcia z dzienników, nie po raz pierwszy wykorzystane do stworzenia oprawy dla Starej kobiety. Jest tu Marilyn Monroe wołająca „jeśli nie mogę być matką, będę chociaż aktorką", dowcipy okolicznościowe, nagłówki w rodzaju „buty lepsze niż seks" i inne. Z jednej strony, można przeczytać fragmenty tekstów Różewicza, z drugiej, spojrzeć w otchłań wytłoczek po jajkach. Najbardziej rzucają się w oczy oczywiście instalacje video, na których widzimy „klepanie ciałka", performatywne akcje w wykonaniu aktorów, a w finale, rzecz jasna – las, któremu towarzyszy jedyna spionizowana brzózka, okolona szrapnelem zielonych plastikowych żołnierzyków.

Ustawienie widowni na wzór poczekalni, sprzyja tej szczególnej wybiórczości spojrzenia, jakiej można doświadczyć w teatrze – widz sam dokonuje wyboru, ku czemu skierować zmysły. Koresponduje to znakomicie ze stylem dramaturgii Różewicza. Pysznym, acz niezamierzonym, zwieńczeniem dzieła staje się Mecenat nad Premierą objęty przez Getin Bank (chwała mu za to). (cdn)
___

Autorka jest absolwentką filologii norweskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i doktorantką w Zakładzie Historii i Teorii Teatru Instytutu Sztuki PAN w Warszawie. Zajmuje się głównie obecnością dramatu skandynawskiego i anglosaskiego w Polsce oraz rolą przekładu w teatrze.

Katarzyna Maćkała
dla Dzienika Teatralnego
13 grudnia 2014

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski