Co czyni nas ludźmi

"Trzy siostry" - reż. Jan Englert - Teatr Narodowy w Warszawie

"Trzy siostry". Można śmiało powiedzieć, że to dramat legendarny, grany na całym świecie, w każdym teatrze, kinie czy szkole teatralnej w mniejszej lub większej części. Autorem ów dramatu jest znamienity rosyjski klasyk Anton Czechow (1860-1904).

Twórca rosyjskiego naturalizmu swoją uwagę kierował ku ludziom i ich problemom by ostatecznie nadać swoim bohaterom ludzki - niedoskonały mianownik. Jego twórczość została doceniona pod koniec XIX wieku, a następne lata przyniosły arcydzieła rosyjskiego dramatu ("Trzy siostry" zostały napisane w 1900 r.), którymi zachwyca się świat po dziś dzień.

Wielu twórców odnajduje w czechowowskich realiach pokrewieństwo do swych czasów i problemów współczesnego człowieka. Wg ogółu, którego sam czuję się częścią, Czechow stworzył utwory ponadczasowe, uniwersalne, dostosowane nie do czasu akcji utworu, lecz do człowieka, który paradoksalnie się nie zmienia na przestrzeni lat i prawdopodobnie nie zmieni. Może za 200 lub 300 lat...? Kto wie.

Olga, Masza i Irina żyją na rosyjskiej prowincji, ich egzystencja wydaje się być leniwą sielanką. Czuć jednak, że nad domem Prozorowów zawieszona została niespokojna tęsknota. Tęsknota za miłością, za dużym i tłocznym światem, za czasami, które przeminęły, za życiem spokojnym i bez problemów. Naszych bohaterów poznajemy w momencie przełomowym, który wybija ich z dotychczasowego śnienia.

Spetakl zrealizowany przez Teatr Narodowy w Warszawie został "ubrany" w minimalistyczną scenografię, częściowo epokową, częściowo gdyż nie dostrzegłem tam poza kilkoma wyjątkami (chociażby walizki czy zegar) znaczących rekwizytów lub elementów scenograficznych, które mogłyby świadczyć, że oglądamy życie w prowincjonalnym rosyjskim miasteczku z końca XIX wieku. Kostiumy natomiast mogłyby śmiało być noszone w naszej współczesności, nie były w żadnym razie "napiętnowane" czasami czechowowskimi, co w moich doznaniach podkreślało wielowymiarowość dramatu. Za tym wszystkim stał Andrzej Witkowski, absolwent Historii Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Wydziału Scenografii krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych - gdzie również jest profesorem i kreuje nowe pokolenia scenografów. Witkowski stworzył ponad 150 scenografii do spektakli teatralnych, a zadebiutował w Teatrze Współczesnym w Szczecinie na początku lat 80. pracując przy Caliguli Alberta Camusa.

Za reżyserię światła był odpowiedzialny Audrius Jankauskas, litewski artysta światła działający w wielu teatrach zagranicznych. Kiedy scena jest sporych rozmiarów i dużo się na niej dzieje widz potrzebuje przewodnika jakim jest światło. Odpowienie oświetlenie może nam wiele powiedzieć o postaci, nawet kiedy ta nie wypowiedziała ani jednego słowa.
Światło tworzy atmosferę sceny, wprowadza w nastrój. Dobrze oświetlony aktor dostaje możliwość by użyć go jako "partnera scenicznego", który pozwala wydobyć mu jeszcze więcej z danego bohatera. Te czynniki świetlne znalazłem w sali Bogusławskiego. Światło w życiu Prozorowów nie było sztuczne, lecz blisko odzwierciedlało przestrzeń, w której się znajdowali i towarzyszyło im adekwatnie do ich przeżyć. Kiedy dźwięk ze światłem wchodzi w zażyłość, to spektakl na poziomie wizualnym widza zwyczajnie wciąga, dlatego dodam, że był to najszczęśliwszy związek partnerski w całych "Trzech siostrach".

"Trzy siostry" z Narodowego zostały delikatnie potraktowane muzyką i zdawało się, że jest obecna nie tyle co w samym spetaklu, a w życiu naszych bohaterów. Dźwięki wprowadzane były subtelnie co czyniło, miałem wrażenie, większą organiczność względem udźwiękowienia. Dosłowność z jaką zwrócono się w stronę instrumentów jest warta by o niej wspomnieć, bo jest to część, która prędko zostaje widzowi zaprezentowana, trwa z nim do końca i jeszcze długo po spektaklu. Słyszymy jak Andrzej ćwiczy na swoich skrzypcach, Tuzenbach gra na pianinie, lub pijany Czebutykin wali w klawisze. Instrumenty dopełniają emocje naszych bohaterów, może nawet, w niektórych momentach, są wyrazem głębszym niż sama emocja. Reżyser Jan Englert postanowił również spełnić to co pojawia się w didaskaliach, które mówią o harfie i muzykantach podchodzących pod dom Prozorowów. Symbol harfy jako "tego co przeminęło" podkreśla klasykę utworu wraz z wcześniej wspomniamymi elementami scenograficznymi.

Zasłużony kompozytor - Piotr Moss był odpowiedzialny za umuzycznienie spektaklu, studiował u wybitnych kompozytorów polskich jak i francuskich. Jego kunszt i wrażliwość muzyczna sprawia, że każdy dźwięk ma wagę, każdy pojedynczy dźwięk jest świadomym uzupełnieniem fabuły, a to zarazem sprawia, że podkreśla nie tyle dramat postaci co ich cały żywot sceniczny.

Nasze główne bohaterki - trzy siostry, każda z nich pielęgnowała indywidualny rodzaj tęsknoty: Olga - tęskni za rodzicami, być może za autorytetem i sama takim rodzicem chciała się stać dla swoich młodszych sióstr, Masza - znudzona dotychczasowym życiem małżeńskim, z utęsknieniem patrzyła na szeroki świat i co ten może jej zaproponować,

Irina - najmłodsza z sióstr odnalazła swą tęsknotę wraz z szybkim kursem dorastania jakie zaserwowało jej życie na przestrzeni dramatu - tęsknotę za beztroską.

Minął miesiąc od wrześniowych spektakli, a miałem wrażenie, że aktorzy są delikatnie mówiąc "nierozgrzani"; jakby wracali do spektaklu po kilku miesiącach. Być może był to zabieg by zaznaczyć lekkość pierwszego aktu? Pragnę zaznaczyć, że takie odczucie posiadłem gdyż zobaczyłem to u niektórych aktorów co tworzyło dysonas z ich partnerami u których tego nie dostrzegłem. Dominika Kluźniak w roli Olgi, aktorka - torpeda, jej sportretowanie Olgi Prozorow było dokładnie uosobieniem tego co widziałem w Oldze na łamach dramatu, bardzo szybka, konkretna, zabawna acz wrażliwa najstarsza siostra, której samotność wyznaczyła rolę pani domu i anioła stróża swoich sióstr. Wiktoria Gorodeckaja grała Maszę, w moim mniemaniu, odstawała od swoich partnerek na poziomie energetycznym.

Pewne zblazowanie, które Masza niewątpliwie posiada, uciekające myśli i problemy z koncentracją - atrybuty, które wybrzmiewały u aktorki, lecz dodatkowo odniosłem wrażenie, że Pani Gorodeckaja wprowadziła na scenę swój prywatny problem. Nie powinienem oceniać czy to słusznie ani jaki to mógłby być problem, bo nie mogę wniknąć w umysł aktorki, mogę ocenić jedynie grę, a ta zafundowała mi zawoalowane doznania w kwestii odbioru intencji Maszy, którą z tego letargu wybudza poniekąd Wierszynin. Irina grana przez Michalinę Łabacz, fenomenalnie skonstruowała drogę bohaterki, od swoistego podlotka aż do pełnowymiarowej dorosłej kobiety.

Z zapartym tchem śledziłem jak poczyniania Iriny i jej otoczenia będą wpływać na jej charakter i wiedząc co się wydarzy byłem zachwycony świeżością, którą wniosła Pani Łabacz całym swoim jestestwem od najmniejszych detali aż po swoją relację z Czebutykinem. Lekarz wojskowy - Iwan Czebutykin grany przez Mariusza Benoit, aktora z prawie 50-letnim stażem co widać, słychać i czuć w każdym centymetrze i calu ludzkiego ciała tego wirtuoza jak i widza, gdy ten jest wystawiany na oglądanie Mariusza Benoit. Szeroki wachlarz aktorski i pełna jego świadomość niezwykle wypełniała Czebutykina. Nie mówiło o nim to co zapisał Czechow, a życie tchnięte w tę postać sprawiło, że otrzymała iście życiowy pierwiastek - iskrę, która zamieniała się w pożar dokładnie wtedy kiedy Pan Benoit zarządził.

Reżyserię popełnił Jan Englert, nie trzeba nikomu przypominać o dokonaniach tego wybitnego twórcy. Jest reżyserem, aktorem, profesorem, swoje życie poświęcił kreowaniu, a kiedy ktoś tak czyni to mamy szczęście, że możemy być częścią tych przedsięwzięć jako odbiorcy. Gratką dla fanów Jana Englerta może być również wyreżyserowany przez tego Pana "Kordian" autorstwa Juliusza Słowackiego również grany na deskach Teatru Narodowego. "Trzy siostry" wyreżyserowane są wprost i kartka w kartkę tak jak go czytamy, tak go oglądamy przywołanego do życia przez reżysera. Mamy do czynienia z klasyczną historią i tak ją przedstawiono, dzięku temu możemy dokładnie zagłębić problemy naszych bohaterów, w tym przypadku dosłowność sprawdza się bardzo dobrze. Nie ma miejsca na interakcję z widownią, a gdy dochodzi do złamania czwartej ściany jest ona wprowadzona fachowo i precyzyjnie. Dopracowane szczegóły są wyznacznikiem doświadczenia reżyserskiego, które biją z "Trzech sióstr" i emfazą traktują realizm, który w Czechowie stanowi najważniejszy czynnik. Postaci wychodzące na scenę z krótką kwestią, bez kwestii, są znakomicie umieszczeni, nasi bohaterowie mijają się dynamicznie, pisząc banalnie - spektakl jest na równi z życiem.

Bez fajerwerków i sztuczności. Pełny melancholii i ludzkich problemów. W spektaklu użyto mikroportów, co dla niektórych purystów mogłoby oznaczać deklasyfikację z ram naturalistycznych, lecz byłby to błąd, bo dobre użycie takowych dodatków pozwala właśnie uzyskać ową naturalność, gdyż w życiu każde drobne westchnienie czy szept są składnikami prawdziwości, o które trzeba walczyć by odpowiednio zrealizować pierwotny zamysł autora. Dzięki takim zabiegom nie umknie nam żaden niuans, a postacie nabierają czysto-ludzkiego wymiaru.

Przez dom Prozorowów przechodzi wiele osób, a każda jest inna, kontrastująca od reszty, ale na salę Bogusławskiego nie wprowadza to chaosu. Mamy okazję poznać każdego z osobna i towarzyszyć mu do końca. W "Trzech siostrach" Jana Englerta jesteśmy dodatkowym słuchaczem w ogrodzie, może sową lub wiewiórką, a może nawet jedną z brzóz, którymi zachwyca się pułkownik. Tak czy inaczej, oglądamy klasyczne podejście do tematu, za to sam temat nie jest klasyczny w ogóle. Jest współczesny jak cholera.

Czechow uchwycił problematykę ludzkiej duszy w jej najpospolitszej formie, a ta obecna wtedy jak i dziś stanowi olbrzymi fragment naszego życia, dlatego bezproblemowo możemy utożsamić się z bohaterami z Narodowego i odczuć na własnej skórze, że sami dzierżymy w sobie ten niedoskonały mianownik, który czyni nas ludźmi.

 

Mikołaj Chrostowski
Dziennik Teatralny Warszawa
27 października 2021
Portrety
Jan Englert

Książka tygodnia

Banksy
Wydawnictwo ARKADY
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia