Co masz w walizeczce?

rozmowa z Romą Gąsiorowską

- W szkole uczysz się swojego małego skarbczyka aktora. Swojej walizeczki, którą później nosisz ze sobą. I pan reżyser pyta później: Co masz w walizeczce? A ty otwierasz, i mówisz: a taką minę i może taką perukę... - mówi Roma Gąsiorowska, aktorka TR Warszawa w rozmowie z Janem Mirosławem z machiny.

Jako dwudziestolatka zdobyła teren Warszawa i do dziś nie oddała ani pędzi. Krytyków i publiczność fascynuje jej przewrotny wdzięk kobiety dziecka. Jedna z centralnych figur ożywienia kulturalnego stolicy, wykraczającej poza rolę pięknej muzy. Ikona nowej bohemy. Wystąpiłabyś w Teatrze Roma? - No to trafiłeś. Jako nastolatka uwielbiałam "Metro". Umiałam wszystkie piosenki na pamięć i codziennie musiałam włączyć sobie kasetę wideo. Mój ówczesny chłopak zrobił mi wtedy najcudowniejszy prezent urodzinowy i zabrał mnie na przedstawienie do Studio Buffo. Byłam wtedy po raz pierwszy w Warszawie! Oczywiscie potem wszystko potoczyło się w zupełnie inną stronę i nigdy nie startowałam do tego typu produkcji, mimo że w szkole był wydział wokalno-aktorski. Ja jednak jestem zdecydowanie bardziej dramatyczna.

"Wojna polsko-ruska" to przełom ?

- Dla mnie na pewno, w sensie popularności, bo to zupełnie inna skala przedsięwzięcia.

A dla polskiego kina?

- Udało się w tym filmie bocznymi torami przemycić naprawdę dużo nowych środków wyrazu. Nie wszystko, bo to duża produkcja i wiele różnych interesów się krzyżuje. A mimo to wyszło cos fajnego, ryzykownego, na pewno innego. Aktorsko to było wyzwanie, bo granica oddzielająca oryginalność od śmieszności jest cienka.

To było bliskie temu, co robisz w teatrze?

- Nie porównywałabym tych dwóch rzeczy. Tekst Masłowskiej sprawia być może, że jest w tym filmie coś teatralnego, czy może nadludzkiego. To wynika ze skondensowania postaci, z ich języka i wewnętrznego rytmu. Ale ja z moją postacią próbowałam nie być teatralna.

Z dwóch interpretacji tej historii - że jest to przenikliwy portret pewnego wycinka społecznego lub, że to umowna rzeczywistość, nad którą absolutną władzę ma pisarka Masłowska - która jest Ci bliższa?

- Ta druga. Na pewno to nie jest film o dresiarzach. To by było nazbyt powierzchowne. Punkt ciężkości jest tu na autorce i dzięki temu ta historia ma wymiar uniwersalny. Pamiętam, że jak wyszła książka Doroty, w czasach naszego dorastania, to wszystko wyglądało inaczej. Dlatego bawienie się w wierne odzwierciedlanie tamtej rzeczywistości nie miałoby dzisiaj sensu. Tak jak robienie z tej historii moralitetu. Jej siła polega na tym, że tego wszystkiego w niej nie ma. Że jest w niej baśniowość, kreowana rzeczywistość. Nawet to, że Borysowi [Szycowi] trudno wyjść poza Borysa, bo wszyscy go znają i kojarzą, podkreśla tę pewną sztuczność całej sprawy.


Jeśli wiadomo, że Borys jest Borysem, to Roma jest Romą?

Jeszcze nie jest na tyle znana, żeby mogła tak o sobie myśleć i tak grać.

Znana jest jednak, komu trzeba. Jest przecież pewien środowiskowy snobizm na Ciebie, zauważalny jest "efekt Romy".

- To zabawne, bo coś podobnego powiedziała mi ostatnio jedna z moich koleżanek, która poszła na casting. Charakterystyka postaci brzmiała podobno "od Romy Gąsiorowskiej do Asi Kulig" - to przecież absurd. A Żurek [Xawery Żuławski] musiał walczyć, żebym mogła zagrać w "Wojnie...".

Wydawałoby się, że jesteś naturalną kandydatką do roli Magdy, choćby ze względu na wcześniejszą rolę "u Masłowskiej".

- Było odwrotnie. Padł argument, że właśnie nie jestem rozpoznawalna. Bo ze mną jest trochę dziwnie. Z jednej strony, konsekwentnie prowadzoną drogą osiągam własne cele i uznanie. To się zwraca, gdy wracają do mnie propozycje, które mnie ciekawią. Nie muszę biegać z wywieszonym jęzorem i pukać do drzwi. Nie umiałabym, nie mam takiej natury. Uparłam się, że nie będę uczestniczyć w całym tym blichtrze. Z drugiej strony, zdarza się i tak, że jak przychodzi moment decyzji, to wygrywa dziewczyna, która jest na Pudelku.

Wyznaczyłaś sobie jakąś granicę kompromisu?

- Bardzo długo się borykałam z wątpliwościami, czy wejść w seriale. W końcu zdecydowałam się wziąć udział w "Londyńczykach". Jasne, że to jakiś kompromis. Ale świat tak działa. Musisz się jakoś w tym odnaleźć i nie dać się zatupać paniom, które każą ci wybielić zęby, wyprostować włosy czy powiększyć biust.

Myślisz, że jest szansa z tym powalczyć?

- Różne reakcje na "Wojnę..." pokazują, że tak. Z jednej strony masz ludzi, którzy nie rozumieją, że akcja może być nielinearna, bo na każdym kroku przyzwyczajani są do schematów. Ale widać też wielki odzew na próbę wyłamania się z wzorca. Nagle ludzie z branży idą na polski film i mówią: "Dzięki, jednak jest sens próbować dalej".

A więc jednak manifest nowego kina?

- Coś w tym jest. Chociaż ja pamiętam, że jak robiłam "Odę do radości", to też przez chwilę mówiło się, że to głos pokolenia. Janek Komasa, Maciek Migas i Ania Kazejak-Dawid nakręcili trzy fajne półgodzinne etiudy i na festiwalu w Gdyni stara gwardia się zachwycała, że tacy młodzi, tacy zdolni. Tylko nie o to chodzi, żeby widzieć to przez pryzmat pokoleń, a raczej pewnego wspólnego wyrazu artystycznego.

Ty sama masz poczucie uczestnictwa w dość wyrazistej formacji?

- Staram się nie tylko uczestniczyć, ale i cos kreować. Jak choćby Stowarzyszenie Twórców Sztuk Wszelakich, nieszczęśliwie zamknięte z braku pieniędzy.

Jest jakieś tarcie między taką partyzantką a pracą w kulturze zinstytucjonalizowanej, w teatrze?

- Nasza działalność bierze się z tego, że mamy za dużo energii i zainteresowań. A praca w teatrze nie polega na tym, że się tam siedzi na okrągło. Robię trzy, cztery sztuki, w których więcej nie gram, niż gram. Równocześnie pojawia się lawina pomysłów, z którymi warto coś zrobić, żeby nie wykipieć. Nie można pozwolić, by kreatywność przeciekała przez palce, trzeba znaleźć ujście.

Jednoczysz krytyków reprezentujących skrajnie różne poglądy na teatr. Zachwycają się Tobą nie tylko zwolennicy "nowego", ale i konserwatyści. Jesteś trochę maskotką panów w redakcjach od prawa do lewa.

- Gdybym się miała tym zajmować, to strzeliłabym sobie w głowę. Oczywiście słyszę różne rzeczy od ludzi, bo niektórzy lubią to wszystko czytać, ale mnie to w ogóle nie interesuje. Ja muszę być w porządku sama ze sobą. Jak czuję, że jestem - to jestem. Może i mnie chwalą, ale ja generalnie mam więcej lęków, niż fascynacji sobą.

Reprezentujesz bardzo współczesny typ aktorstwa. Z jednej strony niby wchodzisz na scenę ot, tak, a z drugiej w tej naturalności, czy też nonszalancji, jest jeszcze większy dystans do roli, bo...

- ... bo mnie tam nie ma!

Przyszłaś do TR-u, gdy ten zwyżkował. Potem nastąpił pewien regres tej sceny. Czy nie żałujesz, że nie zostałaś w Starym w Krakowie?

- Nie umiałabym żyć w Krakowie. Nie kładłam na szali czysto artystycznych względów. To było zresztą tuż po Terenie Warszawa, do którego trafiłam po drugim roku studiów. A już wtedy miałam dość moich studiów. Chciałam nawet wyjechać na rok do Hiszpanii, byle tylko się wyrwać ze szkoły i z Krakowa. Wtedy Grzesiek [Jarzyna] wziął mnie do siebie i uratował, rzucając od razu na głęboką wodę. Tak się jakoś szczęśliwie podziało, że dzięki Terenowi mogłam wreszcie poznać siebie na scenie.

Co dal Ci Teren, czego nie dała Ci szkoła?

- W szkole uczysz się swojego małego skarbczyka aktora. Swojej walizeczki, którą później nosisz ze sobą. I pan reżyser pyta później: Co masz w walizeczce? A ty otwierasz, i mówisz: a taką minę i może taką perukę... W Terenie nikt mnie o nic nie pytał, tylko kazał zamknąć oczy i jechać po bandzie. Prawdziwie hardkorowa metoda.

To było doświadczenie, które Cię uformowało?

- Nie potrafię tego ogarnąć tak na zimno, mam zbyt emocjonalny stosunek. Wiem, że nagle wszystko się zmieniło. Także w życiu prywatnym, bo znalazłam się nagle w innym mieście. I wtedy właśnie aktorstwo wlazło mi z buciorami w duszę. To już nie było pielęgnowanie roślinki w cieplarnianych warunkach szkolnych, tylko otwarte chlastanie się na scenie. Przestałam się dusić i zrozumiałam, że w tym jest miejsce dla mnie. Wybór Warszawy przyszedł potem naturalnie. Byłam bardzo nieszczęśliwa, gdy musiałam wrócić do Krakowa.

Trzeba przyznać, że miałaś mocne wejście w warszawkę.

- Dużo rzeczy wydarzyło się w moim życiu prywatnym, bolesnych i krzywdzących. Teraz wreszcie jest mi dobrze: czuję się doceniona, załatwiłam problemy z moim ego, podskoczyła mi samoocena.

Miałaś problemy z samooceną ?

- I to jakie. To, jaką teraz jestem osobą, to są lata pracy.

Podobno gdy szukałaś mieszkania, spytałaś, czy będziesz w nim mogła pić kakao i myśleć. To esencja Romy - delikatnej i subtelnej?

- Ale ja przecież jestem delikatna i subtelna! Czuję się często jak jakieś zwierzątko, bo mam sporo atawistycznych odruchów w relacjach z ludźmi. Kiedy czuję się bezpiecznie, to oddaję się całkowicie, jak kotek czy piesek. Jak byłam mała, zaczytywałam się w "Małym księciu" i coś z tego zostało. Najważniejsze na świecie są bliskie relacje. Ja mam w sobie instynkt stadny, muszę być w grupie. Potrafię o to dbać i mogę być gospodynią albo duszą towarzystwa nie po to, żeby mnie ktoś wielbił, ale z miłości. Bezwarunkowa miłość, a czuję ją niemal bez przerwy, to podstawa wszelkiego działania.

W tym, co mówisz, jest obecna figura kobiety dziecka, którą krytycy dostrzegają także w twoich rolach.

- Może, choć pisze się tak głównie przez moją urodę.

Od czasu, kiedy przyszłaś do TR-u, wiele się tam zmieniło. Były wzloty i upadki. Były konflikty. To dobrze, że grupa Warlikowskiego odeszła ?

- Rzeczywiście było trudno. Każdy ciągnął w inną stronę i coś się musiało wydarzyć. Przestałam grać, mało się działo. Teraz to trochę zaczęło odżywać, więc rozłam wyszedł chyba wszystkim na dobre.


Największy dół złapaliście chyba po odwołaniu premiery "Hamleta" w reżyserii Daniela Kramem?

- To był ogromny cios. Ten projekt kosztował nas wszystkich wiele zdrowia, bo mimo że poświęcaliśmy się mu w zupełności, zmierzał donikąd. Reżyser tak naprawdę wcale nie chciał zrobić "Hamleta", tylko zaczął w niego wkładać różne przypadkowe treści. W pewnym momencie Grzesiek [Jarzyna] spojrzał na to i zapytał, czy jest sens robić to jako "Hamleta", bo przecież można zrobić dowolne przedstawienie, znaleźć inny tekst. Musieliśmy to przerwać.

Coś z tego wyniosłaś?

- My wszyscy wynieśliśmy, jako zespół. Wspólne porażki spajają ludzi dużo bardziej niż sukcesy. A ja miałam odskocznię w postaci moich pozateatralnych projektów.

Takich jak rola w "Tataraku"?

- To jedna z tych propozycji, na które można czekać latami i się nie doczekać. Wiadomo, Wajda. Janda. To aktorka, którą bardzo podziwiam za niespożytą energię. Mało kto ma tyle siły i wytrwałości, żeby realizować się niezależnie od opinii i od okoliczności. Ja działam na innych rejestrach, ale panią Krystynę uwielbiam za to, że znalazła sobie własne miejsce.

Ty szukasz tego miejsca, również poza aktorstwem. Bawisz się w modę, w stylizację sesji zdjęciowych, w kostiumy. Skąd się to wzięło?

- Zaczęło się, gdy poznałam Marcina [Ceckę], który na poważnie zajął się fotografią. Ja sama nie znoszę, kiedy ktoś mi robi zdjęcia. Tysiąc razy wolę kamerę, bo możesz się zachowywać, a nie tylko pozować i robić miny, które aparat utrwala, kradnąc ci duszę. Marcin, gdy mnie poznał, myślał, że znalazł sobie muzę, ale bardzo się pomylił, Potem jednak - dzięki Machinie - mogłam się zająć oprawą, nie pozowaniem.

Chcesz się przeimageżowić?

- Zastanawiam się, czy nie wziąć sobie urlopu od aktorstwa. Nawet myślałam, czy by nie porozglądać się między zdjęciami do "Londyńczyków" za jakąś dobrą szkołą. Nie chcę jednak zapeszyć.

W Polsce jest rynek na to, co chciałabyś robić?

- Mnie się zawsze wydaje, że w Polsce na nic nie ma rynku, ale potem okazuje się, że jednak są ludzie o otwartych głowach. Zresztą nie wszystko trzeba rozpatrywać w tych kategoriach. Bardzo dużo spełnienia daje robienie kostiumów w teatrze, mimo że nie masz tam całkowitej swobody - musisz oddać postać i wpisać się w estetykę reżysera. Ostatnio pracowałam przy "Ona i ona" Urbańskiego w Wytwórni. Patrząc na moje koleżanki na scenie, poczułam ulgę, że to nie ja jestem pod obstrzałem, że mogę spokojnie robić swoje z boczku. Bo aktorstwo kosztuje dużo więcej.

Ciuchy to Twoja ucieczka przed palmą?

- Myślę, że każdy aktor powinien dla zdrowia psychicznego mieć jakąś odskocznię. Inaczej robi się Marilyn Monroe. Teraz, gdy wszędzie na mieście widzę swoją twarz, może mi odbić w dwie strony. Albo pomyślę, że taka jestem piękna i zdolna, i muszę błyszczeć, albo założę okulary i będę się ukrywać w przekonaniu, że wszyscy chcą sobie wziąć kawałek mnie. Jak wejdę w którąś z tych faz, to po mnie.

Nie pójdziesz do "Rankingu gwiazd"z Weroniką Rosati?

- Zagrałyśmy już razem w "Pitbullu". Dla Weroniki to było ciężkie przeżycie, bo Patryk Vega wycisnął z niej naprawdę dużo. On jest geniuszem, ale nie każdy wytrzymuje jego metody. Z nim trzeba iść na układ: oddajesz mu swoje emocje w sposób totalny, a on nie robi ci krzywdy. Tak nas wszystkich cisnął, że wyszedł z tego najlepszy serial ostatnich lat.

Myślisz, że jest szansa na więcej takiej jakościowej telewizji?

- Chciałabym bardzo. Mam wrażenie, że wbrew pozorom to telewizja publiczna jest ostatnia, która jeszcze ryzykuje. Wszystkie inne robią pranie mózgu, wszędzie indziej obowiązuje estetyczny szablon i schemat brunetka-ruda-blondynka. Trzy uśmiechy do kamery, koniec zdjęć. To nawet nie jest granie, to udawanie. I nie chodzi o to, że te dziewczyny nie są zdolne, tylko tam po prostu nie ma co grać.

To kwestia braku scenariuszy, czy braku woli, żeby je kręcić?

- Zdecydowanie woli. Wszystko zależy od producentów, którzy muszą przecież na tym wszystkim zarobić.

Ludzie z ITI wtrącali się bardzo do " Wojny..."?

- Tak, jak to zwykle robią producenci. Na szczęście Xawery jest bojowym reżyserem. Kiedy reżyser myśli tylko o własnej dupie, to nie udaje się sztuka. Jemu się udała.

Najpierw startowałaś do roli Nataszy?

- Tak, ale ani mnie to nie pasowało, ani im. Zaproponowano mi podejście do roli Magdy. Pomyślałam - no dobrze, ale to blondyna po solarce. Przed castingiem poleciałam się przefarbować i chyba dobrze zrobiłam, bo już gdy wchodziłam na salę, Xawery rzucił porozumiewawcze spojrzenie - niektórym mogłoby zabraknąć wyobraźni.

Samoopalacz był?

- Solarium! W tym czasie grałam wypindrzoną gwiazdę porno w "Zero" u Pawła Borowskiego, więc się złożyło. A na planie "Wojny..." dołożyli mi jeszcze te genialne plamy posolaryjne. Prawdziwe dzieło sztuki.

Lubisz takie zabiegi?

- To integralna część tego zawodu. Na szczęście mam krzywe zęby i nie czuję przymusu, żeby być ciągle najpiękniejsza. Ostatnio usłyszałam opinię, że największym wyzwaniem dla aktora jest granie brzydkiej osoby i granie nago. Jeśli to jest prawda, to nastąpił koniec aktorstwa.

Panuje jakaś nowa pruderia?

- Chyba dlatego że ze wszystkich zdobyczy Zachodu u nas najszybciej przyjął się czerwony dywan, sztuczne uśmiechy i cały ten sfałszowany blichtr. Naśladowanie form, ale bez żadnego sedna.

Taki trochę "Paw królowej".

- MC Dorota... to genialna książka!

Gdyby powstawał film, to chciałabyś dostać w nim rolę?

- Ja już nie mam tak, że gdzieś chciałabym zagrać, nie walczę pazurami.

To chyba fajne, jak samo przychodzi?

- Dopóki masz nad tym jakąś kontrolę, to tak. Gorzej, gdy w gazecie "Viva Moda" widzę tytuł "Ikona mody", a pod spodem moje zdjęcie, ale w kostiumie Mariolki z "Londyńczyków". W czymś, czego nigdy-przenigdy w życiu bym nie założyła.

Dokończ zdanie: cokolwiek się zdarzy...

- ... muszę być wierna sobie.

Jan Mirosław
machina 7/09
23 lipca 2009
Teatry
TR Warszawa

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia