Co nam zostało z Auschwitz?

"Pasażerka", Wrocławski Teatr Współczesny

Jak po tylu latach mówić o Auschwitz? Każdy miał już chyba w ręku książki obnażające te zbrodnie, filmy unaoczniające ogrom okrucieństwa i zgrozy, wreszcie słuchał opowieści tych, którzy ocaleli, alby dać świadectwo.

Korczakowska ujęła temat z zupełnie innej perspektywy. W swoim przedstawieniu nie skupia się na tym „jak?” ale „dlaczego?”. Na fabularną historię zawartą w książce Zofii Posmysz pod tym samym tytułem, nałożyła filozofią współczesnego myśliciela włoskiego- Giorgio Agambena. Wprowadza on koncepcję homo sacer- człowieka wykluczonego ze społeczeństwa, wyrzuconego poza bios, czyli obszar wszelkich relacji interpersonalnych, specyficznych dla rodzaju ludzkiego. Człowiek taki pozostaje w stanie nagiego życia pozbawionego wartości. Jego egzystencja tak naprawdę nie ma znaczenia. Stan, w którym homo sacer egzystuje nazywa Agamben stanem wyjątkowym, w którym zawieszone są normalne prawa. Nierzadko wyjątek staje się tu regułą. Jednostki często poddawane są wpływom biopolityki- państwo zajmuje się biologią człowieka, kontroluje ją. Sprowadza się to do tego, że to nie człowiek się liczy, ale biologiczny aspekt jego życia. Takim ekstremum biopolityki były nazistowskie Niemcy. Głównym postulatem było ocalić czystość rasy aryjskiej, a żeby uczynić to skutecznie, należy usunąć element toksyczny- Żydów. Agamben przekłada tę teorię na współczesność. Twierdzi, że tkwimy w permanentnym stanie wyjątkowym poddawani ciągłej kontroli biologicznej. Filozof do tego stopnia ufa swojej teorii, że mimo wielu zaproszeń z USA, odrzuca te propozycje z prostych powodów- boi się, że zostanie tam przebadany i padnie ofiara systemu.


Powoli zbliżamy się do sedna, czyli tego co w swoim przedstawieniu chciała powiedzieć nam Korczakowska. Z perspektywy tej filozofii należałoby spojrzeć na Auschwitz nie jak na anomalie, ale strukturę politycznie prawną, w której prawo zawieszono tak, że przestępstwo przestało być przestępstwem. Nakłada się stan wyjątkowy, władza jest niepodważalna. Taka struktura jest właśnie strukturą obozu. Dla Agambena współcześnie taką strukturą są chociażby poczekalnie dla obcokrajowców, gdzie wszystko zależy nie od prawa, ale od etyki stróżów.  

Ewenement w omawianej strukturze stanowią uchodźcy. Są oni jakby poza systemem, znajdują się w stanie tymczasowym, zawieszeni są w politycznej próżni. Nie bez przyczyny Korczakowska wprowadziła postaci trzech uchodźców- ich sytuacja daje im pewien przywilej, mianowicie przewagę nad pozostałymi postaciami na scenie. Mają oni dużo większą swobodę, przede wszystkim mogą komentować, dotykać zastygłych w bezruchu bohaterów. Swoboda ta obnaża osaczenie pozostałych i całą sztuczność świata przedstawionego. 

Zdziwieniem dla czytelników Pasażerki mogą być też dość dyskusyjne postaci Europy i Stewarda. Pierwsza ma symbolizować optymistyczną wiarę w deklarację praw człowieka. W entuzjastycznej piosence śpiewa o ochronie godności. Jej rolę podważa jednak chór uchodźców, ukazujący fikcję i mrzonki, którymi karmi nas deklaracja. Mimo całej swojej wiary Europa dostrzega jednak to, co dzieje się na statku.  

I kolejna postać- Steward. Jego rola w przedstawieniu zostaje podkreślona grubą kreską i nabiera cech symbolicznych. Od samego początku zarysowuje się jego rola- konsekwentne, bezwzględne pilnowanie porządku. Informuje on pasażerów o prawach, jakie obowiązują na statku, co mogą, a co jest im kategorycznie wzbronione. Jest on narzędziem władzy i dobitnie daje do zrozumienia, że niesubordynacje będą karane. Mimo, iż wszystko, co mówi, okrasza szerokim uśmiechem, w ruchach i barwie głosu ma coś niepokojąco agresywnego. Jest typowym służbistą, jak zaprogramowany robot wypełnia swoje obowiązki. Na służbie zawsze z uśmiechem i przesadną serdecznością, ale podpatrzony „ukradkiem” sprawia wrażenie bynajmniej przyjaznego. W jednym tylko momencie okazuje cechy ludzkie, kiedy opiekuje się wykończoną psychicznie Lizą. Ciężko jednak stwierdzić, czy to jakiś ludzki odruch czy obowiązek wypełniania życzeń pasażerów.  

W ogóle cała obsługa statku przypomina dobrze zorganizowany aparat władzy. Wszystko tu opiera się na zasadach, niby niegroźnych (jak np. Reguły savoir-vivre\'u), ale lepiej się im podporządkować, żeby uniknąć kłopotów. Znacząca jest scena, kiedy trzech kelnerów (przebierają się za nich uchodźcy) skierowanych przodem do publiczności, przedstawia zasady zachowania się przy stole. Wszyscy wypowiadają tę samą kwestię, ale innym tonem. Zasada jest jednak niepodważalna- nieważne czy zostanie powiedziana tonem nader uprzejmym (aż przesadnie) czy agresywnie wykrzyczana. Nie należy jej dyskutować, gdyż wypływa od władzy najwyższej, którą w ukazanej rzeczywistości stanowi załoga z kapitanem na czele.  

W tak zorganizowanym świecie poruszają się postaci właściwe, te, wokół których toczy się historia. Ta jednak została tu mocno zawężona. Reżyserka zachowała główną oś znaczeniową powieści, wokół niej buduje akcję sceniczną, ale nie zagłębia się w subtelności stanu psychicznego Lizy. Nie mówi też nic o tajemniczej pasażerce. W jej inscenizacji Marta pozostaje niema, ba! Nawet nie wiadomo do końca, czy to naprawdę ona. Jest to zabieg celowy, który ma przerzucić ciężar na samą sytuację, a nie roztrząsać czy to naprawdę była więźniarka czy tylko czysty zbieg okoliczności. Mimo iż nic nie mówi, jej obecność czujemy bardziej, niż którejkolwiek z postaci. Ubrana w eleganckie, ale pasiaste spodnie, zdecydowanym krokiem spaceruje po scenie i podgląda Lizę: w oknie kabiny, przez lunetę, zasiada nawet wśród publiczności i stamtąd zerka na Niemkę. Tożsamość tej tajemniczej postaci nie jest tak ważna, jak samo pojawienie się jej i to, jak mocno podziałała po tylu latach na Lizę, która miała nadzieję zabrać swoją tajemnicę do grobu. Pod jej wpływem jednak w Lizie pęka jej wewnętrzna zmowa milczenia. Zastraszona tym, że prawda może wyjść w końcu na jaw, sama się zdradza. Sprzyja temu też sytuacja w jakiej się znalazła- statek, zamknięta przestrzeń, z której nie ma ucieczki. Teraz ona jest więźniarką, sumienie wreszcie ją dopada, a ona- bezbronna, zamknięta z czterech stron oceanem, musi wreszcie zmierzyć się z przeszłością. Przeszłością natrętną, która napiera teraz silniej niż kiedykolwiek. Liza ma halucynacje, postaci towarzyszów podróży przypominają jej te z obozu. Korczakowska bardzo umiejętnie przekracza granicę między jawą a snem, szczególnie w zakończeniu pierwszego aktu, kiedy Liza biega jak opętana po statku w poszukiwaniu Waltera i ciągle „wpada” na przeszłość. Przed jej oczami jak w kalejdoskopie przewijają się sceny obozowe, w których uczestniczyła ona i pasażerka, domniemana Marta. Dla Lizy wymarzona podróż zamienia się w koszmar, nigdzie nie czuje się bezpieczna.  

Korczakowskiej zarzuca się, że zdawkowo potraktowała Auschwitz, że rozbudowaną w powieści rzeczywistość obozową zawężyła do minimum. Nic bardziej mylnego. W przedstawieniu użyto wiele symbolicznych chwytów, które są aż nazbyt wymowne. Mówię tu o scenie, w której uchodźcy rozdzielają deski z których zbudowany jest pokład- bezdyskusyjnie jest tu aluzja do obozowej selekcji. Wymowną role ma też pies- Korczakowska wprowadziła na scenę prawdziwego owczarka niemieckiego, który agresją przypomina psy, które strzegły więźniów w Auschwitz. Watro wspomnieć też scenę, w której uchodźcy zakładają stroje klaunów i tańczą swój makabryczny taniec. Jest to obraz upodlenia człowieka przed wszechmocną władzą. Człowieka, który jest tylko numerkiem w rejestrze. Nawet na tak luksusowym statku, każdy ma przyporządkowany numerek stolika, kajuty. Na balu każda z postaci ma na ręku opaskę ze swoim numerem porządkowym.  

Na koniec jeszcze słów kilka o przestrzeni i muzyce. Korczakowska ciekawie zagospodarowała przestrzeń sceny „na strychu” Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Scenografia jest realistyczna, mamy przed sobą zbudowany z desek pokład statku. Wypełnia go skromna ilość rekwizytów w postaci stolika, leżaków. Pokład zamyka pionowa ściana lustra, w którym przeglądają się aktorzy. Nie ma opcji, żeby wyskoczyć za burtę, która ściśle przylega do czarnej ściany. Jest więc w tej przestrzeni pewna „zamkniętość”. Także widzowie są jej pasażerami- więźniami (najsilniej można to odczuć, kiedy pasażerka siada między publicznością). Tę przytłaczającą całość dopełnia muzyka, a raczej duszne, ciężkie dźwięki, które wprowadzają nerwową atmosferę. Zarówno te pseudo- radosne towarzyszące pojawianiu się „życzliwego” stewarda, jak i te, które rozbrzmiewają w momentach najwyższego napięcia akcji. Nawet w piosence Europy pobrzmiewa jakaś groteskowa, niepokojąca nuta.  

Korczakowska za pomocą Pasażerki obnażyła możliwości powstania rzeczywistości Auschwitz. Posługując się filozofią Agambena, ukazała warunki, które muszą zajść, aby w świecie zapanował stan wyjątkowy. Czy przedstawienie ma być dla nas przestrogą? Walter mówi, że za czasów Hitlera całe Niemcy były obozem. Agamben twierdzi dziś, że cały świat jest takim obozem, może jego brutalizm i przemoc nie są tak naoczne jak w przypadku Auschwitz, ale niewykluczone, że ta zgroza znów może wyjść na wierzch.

Aneta Brodowska
Dziennik Teatralny Wrocław
11 lutego 2009

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia