Co się dzieje nocami w rekwizytorni

rozmowa z Jackiem Radomskim

O tym, kiedy mężczyzna traci oko, a kobiecie opadają ręce, komu wypada pokazać nagi biust, a kto zasługuje na ruszanie głową, kto jest ważniejszy: aktor czy lalka i ilu lalkarzy potrzeba do animowania jednej lalki, a także o tym, co się dzieje nocami w rekwizytorni

Beata Maciejewska: - Starożytny historyk Ksenofont opisuje ucztę u Ateńczyka Kaliasza, w czasie której mimowie zabawiali gości swoją sztuką. Sceny z życia erotycznego postaci mitologicznych odegrali posługując się lalkami. Czyli dali przedstawienie lalkowe. Tyle że wyłącznie dla dorosłych. Tymczasem powszechnie uważa się że lalkarze grają głównie dla dzieci, dorośli pojawiają się tylko jako opieka małoletniej widowni. 

Prof. Jacek Radomski : - Niesłusznie. Wprawdzie tradycja językowa kojarzy słowo „lalka” z dziecięcą zabawką, ale teatr lalkowy od wieków przeznaczony był dla dorosłych. Przedstawiano w nim eposy rycerskie, widowiska pasyjne, szekspirowskie dramaty i bardzo frywolne komedie. Trudno, żeby dzieci oglądały obsceniczne wybryki lalek, choć takie spektakle często organizowano na publicznych placach. Popularni od średniowiecza wędrowni komedianci (skoromochowie) odgrywali z pomocą kukieł śmiałe scenki, w których piętnowali grzechy główne. Dlatego określenie „skoromośny” znaczyło tyle, co „nieprzyzwoity”. Dopiero w XIX wieku pojawiły się teatry lakowe, które zaczęły wystawiać spektakle tylko dla dzieci. Nie po to, żeby je zabawić, ale żeby je wychować.

Ale teraz obserwujemy powrót do źródeł. Ta lalka z nagim, obfitym biustem, jeszcze większym brzuchem wylewającym się spod mikroskopijnej spódniczki z pewnością zagrała dla dorosłej widowni.

- Z pewnością zagrała dla dzieci. To nauczycielka ze spektaklu "Jak Matołusz poszedł szukać olbrzyma" w reżyserii Petera Nosalka. Towarzyszy jej grupka gołych uczniów.

Intrygujące zestawienie.

- Też mieliśmy wątpliwości, ale dzieciom niesłychanie się podobały scenki z nauczycielką. Wyjątkowo niesympatyczna postać, co widać na pierwszy rzut oka. Ma usta otwarte w ciągłym wrzasku, agresywna, złośliwa, paskudna.

Lalka to chyba idealny materiał dla reżysera. Ma taką osobowość, jaką on zechce jej nadać. Będzie smutna lub wesoła, złośliwa lub drapieżna. A co z jej animatorem? Kto w tej parze rządzi?

- Lalka niewątpliwie narzuca sposób gry. Ale to nie znaczy, że aktor nie ma nic do powiedzenia. Przecież osobowość buduje się także ruchem i głosem. A na to ja mam wpływ. Już w fazie projektowania lalki rozmawiam o niej z reżyserem i scenografem. Musimy sobie wyjaśnić, co się w niej ma ruszać i jak to zrobić. Oczywiście, o tym, w jakiej technice lalka jest budowana, decyduje reżyser. Pacynkę lalkarz wkłada na rękę jak rękawiczkę, jawajka poruszana jest za pomocą krótkiego kija ukrytego pod kostiumem, a marionetki nabierają życia dzięki niciom. Ale w obrębie każdego typu można wprowadzać różne modyfikacje. Kiedy w "Kopciuszku" miałem zagrać markiza de Piruet, pilnowałem, żeby moja marionetka została obdarzona tanecznymi talentami. Skoro markiz chciał się popisać na dworskim balu swoim assemble [skok], piroutte [obrót] czy pas de chat [skok naśladujący ruch kota], musiał mieć giętkie ciało.

I dostał je?

- Tak. Dzięki 40 niciom. Marionetka jest lalką o najbardziej skomplikowanej konstrukcji. Nici, na których jest zawieszona, mogą mieć nawet kilka metrów długości. W ubiegłym roku wystawialiśmy operę marionetkową "Pożar", napisaną przez Josepha Haydna. Od lat osiemnastu, zaznaczam, bo frywolnych scen w niej nie brakuje. Zagrałem hrabiego Odoarto (cynicznego ojca pięknej Colombiny, którą próbuje korzystnie wydać za mąż) i musiałem poruszać lalką stojąc na trzymetrowym podeście, bo marionetka zawieszona była na czterometrowych niciach!

Po co się tak męczyć? Nie można zrobić lalki o prostszej konstrukcji?

- Można. Na przykład jawajka ma bardzo prostą konstrukcję. Ale animator może poruszać tylko rękami, czasem głową lalki. Nie jest łatwo wydobyć z niej ekspresję. Dlatego wolę marionetki. Gdy tylko dostałem pierwszą do ręki jako student II roku PWST, wiedziałem, że to lalka dla mnie. Wystarczy jeden ruch animatora, a ona zaczyna żyć własnym życiem. Dodaje swoje gesty.

Na wystawie można oglądać marionetkę z Pana zbiorów. Jest przedstawiana jako "sycylijka". Bo stamtąd pochodzi?

- Tak. Marionetki sycylijskie przybyły do Włoch z Hiszpanii we wczesnym średniowieczu. Tematem widowisk były i są zazwyczaj historie rycerskie, zwłaszcza zapożyczone od Hiszpanów dzieje walk z Saracenami. Stąd specyficzna konstrukcja lalki (na pręcie i niciach), umożliwiająca widowiskowe pojedynki. Często używa się też lalek trickowych, które w czasie walki tracą kończyny lub głowę, a nawet broczą krwią. Ten typ teatru kultywowany jest przez niewielkie, rodzinne zespoły, które przekazują sobie marionetki z pokolenia na pokolenie. Moja sycylijka to Rinaldo, postać z "Orlanda Szalonego" Ariosta. Ma prawie 130 lat, kupiłem ją w Katanii, od Signore Mancuso ze starego rodu lalkarskiego.

Zdarza się, że lalka ma jednak własną koncepcję gry lub postanawia zrobić aktorowi kawał i przestaje go słuchać?

- Wiele razy. Na przykład Gyubalowi Wahazarowi, tytułowej postaci ze sztuki Witkacego (okropny, złośliwy tyran!) w trakcie przedstawienia oko wpadło do środka czaszki. Aktorzy podczas przerwy próbowali oko wyciągnąć. Bez skutku. Wahazar się nie poddał i aktor musiał ustawiać go profilem.

Może po prostu z profilu lepiej wyglądał, a może to był pokaz męskiego uporu?

- Nie zgadzam się, kobiety też są nieobliczalne. Kilka lat temu, na festiwalu teatralnym w Chorwacji pokazywaliśmy "Operę za trzy grosze" i lalce pani Pitchum, którą animowała Anna Proszkowska, odpadły ręce. Aktorka nie straciła jednak rezonu, wplotła do swojej kwestii zdanie, że "ręce mi opadają", a potem pozbierała kończyny i dalej grała, trzymając je w swoich dłoniach.

Pan też przeżył takie chwile grozy?

- Oczywiście. Gdy grałem w "Baśni o Juliannie" nici mojej marionetki splątały się z nićmi marionetki animowanej przez koleżankę i do końca spektaklu laki pozostały w czułym uścisku. Na szczęście grały męża i żonę, więc widzów ta bliskość nie dziwiła.

Aktor w teatrze lalkowym pozostaje często na drugim planie. Cały splendor zabiera lalka. Nie żal Panu?

- Wielki reformator teatru Edward Gordon Craig ogłosił w 1907 roku rozprawę "Aktor i marioneta", w której stwierdził, że aktorstwo narodziło się z próżności człowieka. I postawił aktorom za wzór marionetkę, bo jej gra oczyszczona jest z egoizmu, próżności i skłonności do mizdrzenia się na scenie. Lubię grać całkowicie ukryty, bo widzowie (szczególnie ci najmłodsi) kochają efekt stuprocentowej iluzji.

- Czasem jednak reżyser celowo pokazuje, jak aktor prowadzi lalkę.

- Owszem, ale nawet jak jesteśmy widoczni, to lalka powinna skupić całą uwagę oglądających spektakl. Oglądałem kiedyś w Japonii spektakle teatru bunraku. Charakterystyczne, duże lalki (1/3 lub 4/5 wysokości animatora) są prowadzone przez trzech aktorów. Najważniejszy z nich animuje głowę, korpus i prawą rękę, a pozostali lewą rękę i nogi. W pierwszym akcie aktorzy są całkowicie zaciemnieni, grają w kapturach. W drugim akcie już je zrzucają, bo widz i tak patrzy tylko na lalki. Ich ruch, ekspresja są niesamowite. Ale też lalki bunraku dużo wymagają od aktorów. Trzeba terminować ćwierć wieku, żeby dostąpić zaszczytu animowania głowy.

Próbował Pan sił w tej technice?

- Tylko ludzie Wschodu mają tyle cierpliwości Choć czasem wykorzystujemy pewne elementy tego teatru. W spektaklu Wiesława Hejny "Śmieszny staruszek" tytułowa lalka jest animowana przez pięciu aktorów. To kreacja zbiorowa.

Był Pan staruszkiem, hrabią w średnim wieku, kręcił Pan piruety równie mistrzowsko jak Barysznikow... Lalki dają aktorowi więcej szans na przekroczenie ograniczeń własnego ciała.

- To prawda. Lalkarz nawet tuż przed emeryturą może zagrać powabnego księcia, w teatrze dramatycznym na rolę amanta nie miałby szans. Ale o kondycję też powinien dbać. Żeby wytrzymać półtorej godziny będąc zgiętym w pół, z wyciągniętymi przed siebie rękami, trzeba mieć kręgosłup jak dwudziestolatek. W najlepszej sytuacji jest lalka. Ona jest wolna od ludzkich słabości i zawsze taka sama, na scenie potrafi występować nawet dwieście lat. Widać ma tajemne sposoby, żeby się zregenerować podczas nocy spędzanych w rekwizytorni.

Prof. Jacek Radomski - wrocławski aktor i reżyser 
Pracuje na Wydziale Lalkarskim PWST, ucząc studentów m.in. gry marionetką. Laureat m.in. Nagrody Towarzystwa Przyjaciół Teatru "Złota Pacynka" dla najlepszego aktora lalkarza (1990) oraz pierwszej nagrody za zbiorową kreację aktorską spektaklu Śmieszny Staruszek T. Różewicza na Ogólnopolskim Festiwalu Teatrów Lalek w Opolu (2001).

Beata Maciejewska
Gazeta Wyborcza Wrocław
27 marca 2010

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia