Co się kryje za maską?

"Maskarada" - reż. Nikołaj Kolada - Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Jedno trzeba powiedzieć od razu, na wstępie, bez zbędnego przeciągania: mamy do czynienia z teatralnym dziełem sztuki. Ze spektaklem przemyślanym, dopracowanym w najmniejszych szczegółach, z zadziwiającą plastyką sceniczną, fantastycznym światłem, kostiumem, grą aktorską i muzyką.

Takie przedstawienia są rzadkością - szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę trudny tekst, który reżyser wziął na warsztat.

"Maskarada" Lermontowa, jako dramat XVIII-wieczny, raczej jest omijana szerokim łukiem. Jak w jednym z wywiadów wspomina Kolada, ostatnio mogliśmy ją w Polsce oglądać 20 lat temu. Nie jest to tzw. "kanon narodowy", który budziłby u nas zainteresowanie młodych reżyserów, szukających dróg przedefiniowania mitów i historii oraz płaszczyzny do rozmowy z tekstami wieszczów. Raczej możemy powiedzieć, że sztuka Lermontowa jest tekstem o ludziach i uniwersalnych ludzkich problemach; tyle że opowieść ta wprzęgnięta jest w określony projekt społeczno-polityczny, z którym utożsamiał się autor i ubrana w dość niecodzienną intrygę. Nie jest to dramat łatwy w realizacji - przez dość złożoną strukturę i bieg wydarzeń, dużą ilość pojawiających się w nim osób oraz objętość - pięć aktów, w których trudno poczynić radykalne skróty.

Historia domniemanej zdrady i zabójstwa w "Maskaradzie" ma banalny początek. Na jednej z modnych w tamtych czasach maskarad pojawiają się wszystkie najważniejsze persony, wśród nich Książę, Baronowa, Nina i Arbienin. Małżeństwo jednak jest nawzajem nieświadome swojej obecności. Jak na tego typu zabawach bywało, damy spędzają czas osobno, a panowie osobno, jedynie w tańcu łączą się na chwilę albo wtedy, kiedy mają do załatwienia jakąś sprawę, np. romansową. Książę walczy o względy jednej z panien, która prowadzi z nim subtelną grę, by zbyt łatwą na wstępie nie być. Kiedy chce już odpędzić od siebie mężczyznę, błagającego o pozostawienie jakiegoś znaku rozpoznawczego, ukryta pod maską Panna (jak potem się dowiadujemy jest nią Baronowa) podnosi z ziemi zgubioną przez kogoś bransoletkę i oddaje Księciu jako ich wspólny znak. Książę, który przybył na imprezę z Arbieninem, zwierza się koledze ze swojego przypadku, pokazuje element biżuterii i wtedy Arbienin po raz pierwszy orientuje się, że to może być bransoletka jego żony.

Na razie wszystko jest dziełem przypadku, jednak kiedy Baronowa orientuje się, że może stać się przedmiotem skandalu towarzyskiego gdy prawda o próbie romansu wyjdzie na jaw, rozpuszcza plotkę o potajemnych spotkaniach Niny i Księcia. Pogłoska jest tym bardziej wiarygodna, że sam Książę myśli, że na balu miał do czynienia z Niną (ta bowiem szybko kupuje drugą, identyczną bransoletkę na miejsce zagubionej)

Tak wygląda początkowy bieg wydarzeń u Lermontowa. U Kolady zresztą też, bo reżyser postanowił dość wiernie przedstawić treść dramatu. To "tradycyjne" podejście do tekstu jest jednak przełamane przez szaleństwa na płaszczyźnie inscenizacyjnej.

U Kolady najpierw na scenę wchodzi nieznana z tekstu Lermontowa personifikacja śmierci, Pani Motylek (Ewa Worytkiewicz), a tuż za nią w dwóch rzędach ubrane na biało bezimienne postaci wykonujące blisko 15-minutowy układ choreograficzny. Tajemnicze gesty i powtarzane symboliczne ruchy staną się jeszcze czytelne w ciągu ponad trzygodzinnego przedstawienia. W pewnym momencie dopracowane w szczegółach działania i nastrojowa muzyka zastąpione zostają krzykiem, klubowym bitem i żywiołowymi wywijasami, wśród których wejdzie na scenę witany jak bohater Arbienin (Radek Krzyżowski), powoli odkrywając historię swojego szczęścia i upadku. Wszystko tutaj jest niejednoznaczne i niesie ze sobą przeciwności: przeszywające emocje mieszają się z kampowym "zagrywaniem", minimalizm i czystość kostiumu z rozbuchaną przesadą (np. strój Baronowej, granej przez Dominikę Bednarczyk, swoją przerysowaną kobiecością przypomina wręcz drag queen). Spokojne utwory instrumentalne przeplatają się z szyderczym wykonaniem "Oops, I did it again" Britney Spears, a początkowa sielanka w końcu zostanie zastąpiona przez refleksyjną dramę, na szczęście nie wpadającą w patos.

Ta podwójność, a nawet emocjonalny i stylistyczny eklektyzm, nie powoduje jednak żadnego zgrzytu - zarówno w grze aktorów, którzy z wielką zwinnością przechodzą między emocjami, jak i w warstwie wizualnej. W tym miejscu zresztą na uwagę zasługuje fantastyczna scenografia i uzupełniające ją światła - dzieło Justyny Łagowskiej. Całość przestrzeni składa się właściwie tylko z kilku obrotowych trójkątów po bokach sceny i z centralnie umieszczonych drzwi. Nad sceną wisi wielki żyrandol ozdobiony czaszkami. Rekwizytów też nie jest przesadnie dużo: dwa stoły, które pełnią kilka ról - od zwyczajowej funkcji jadalnej, przez wybieg będący prezentacją uczestniczących w imprezie u Arbienina ciasteczek płci obojga, po trumnę Niny (znakomicie zagrana przez Agnieszkę Judycką kretynka, która dopiero na łożu śmierci zaczyna nabierać dla widza ludzkich rysów). Ponadto ważną rolę odgrywa biały tiul - najpierw symbolizuje wodę, w której kąpie się Baronowa, Książę i dwór, potem pojawia się jako element pogrzebowy - jest w tę materię owinięte martwe ciało.

Wszystko w tym spektaklu jest po coś, wszystko tworzy domkniętą całość, a ilość pracy, którą włożyć musiał cały zespół przy tworzeniu tej inscenizacji i którą wykonuje podczas każdego powtórzenia przedstawienia, jest niewiarygodna. Spodziewałam się po tym spektaklu wiele, ale efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Tak dobrego przedstawienia nie widziałam bardzo dawno. Znowu poczułam, że chce mi się chodzić do teatru, bo okazało się, że można w nim olśniewać, poruszać do głębi i dawać do myślenia, a nie bełkotliwie opowiadać o dupie Maryni.

Aleksandra Sowa
Teatr dla Was
0

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia