Co światowe, a co wsiowe

Od stuleci tępienie elit było chlebem powszednim

W wakacyjnych rozrywkowych lekturach natknąłem się na wypowiedź redaktor naczelnej magazynu Elle pani Moniki Stukonis, w której ubolewa ona, że wciąż wielki dystans dzieli nasze pokazy mody od takich, powiedzmy, londyńskich. Pragnę tylko do westchnienia pani Moniki, dorzucić swoje trzy grosze, że istnieją nieliczne dziedziny, w których Paryż Londyn i Nowy Jork mogą z szacunkiem podążać w ślad za naszymi osiągnięciami. Jedną z nich jest polski teatr i muzyka.

Jako ktoś, kto spędził pół życia w podróżach, dobrze znam ten ból, że nie możemy w wielu sprawach dogonić standardów światowych, a nasza siermiężna prowincjonalność wychodzi na jaw przy każdej próbie naśladowania obyczajów i zajęć właściwych dla elit Paryża, Londynu, czy Nowego Jorku. Oczywiście, że powodów historycznych takiego stanu rzeczy jest sporo w kraju, gdzie od stuleci tępienie elit było chlebem powszednim, ale mamy o tym wiele wspaniałych książek i nie mnie się wymądrzać w tak poważnej kwestii. Pragnę tylko do optymistycznego westchnienia pani Moniki, że być może idzie ku lepszemu, dorzucić swoje trzy grosze, że istnieją nieliczne dziedziny, w których Paryż Londyn i Nowy Jork mogą z szacunkiem podążać w ślad za naszymi osiągnięciami. Jedną z nich jest polski teatr i muzyka. Dziwne to w kraju, gdzie większość wychowana na telewizyjnej popkulturze nie odróżnia dźwięków czystych od zafajdanych i uprawianie muzyki ogranicza do grupowych wykonań biesiadnych pieśni i festiwalowych przebojów.

Moja awersja do popkultury była tu demonstrowana wielokrotnie, więc poprzestanę tylko na tym, że właśnie na jej obszernych terytoriach króluje bylejakość, pazerność na szybkie i łatwe zyski, wciskanie kitu i tupet miernot. Podzielam ubolewanie pani Moniki z powodu niskiej jakości naszych celebrytów, których spora rzesza nie zajmuje się niczym istotnym, prócz sprawiania wrażenia, że są znani i kochani. Ale przecież wśród nich są również gwiazdy pierwszej wielkości na skalę światową. Jednak to nie serialowe aktoreczki, piosenkarki i raperzy, nie modelki i styliści. To Wajda i Penderecki, Kwiecień i Pasiecznik, Warlikowski i Kurzak, Beczała i Kilar są, między innymi, prawdziwymi celebrytami Polski. Ciekawe jak wielu z nich jest związanych z operą. Jak to się dzieje, że w dziedzinie tak mizernie wspieranej przez opinię publiczną, media i budżety udało się wyśrubować w naszym kraju światową jakość? Ciekawe, czy ktoś bardziej obiektywny ode mnie opisze wnikliwie składniki tego sukcesu.

Czy opinia powszechna doceni znaczenie determinacji i wysiłku garstki ludzi nałogowo zajmujących się operą? Pocieszamy się zachwytem gości z krajów bardziej ucywilizowanych, recenzjami w językach obcych i satysfakcją, kiedy taki gość wpada w osłupienie, że Warszawska Opera Kameralna jest jedynym miejscem na świecie, gdzie wystawiono wszystkie dzieła Mozarta i gra się je regularnie na corocznym Festiwalu Mozartowskim, że Opera Bałtycka została uznana przez BBC za jeden z dziewięciu najciekawszych teatrów operowych Europy, a Krzysztof Penderecki wybudował w swojej posiadłości fenomenalny ośrodek muzyczny, którego jakość dorównuje najlepszym salom koncertowym na świecie. Ukrywamy przed takim gościem, że Dom Mozarta w Warszawie o mało co nie został przed chwilą zlikwidowany, że Opera Bałtycka jest jednym z najbiedniejszych teatrów w kraju, a rajcy krakowscy wzgardzili propozycją Pendereckiego, żeby nowoczesne centrum muzyczne powstało w Krakowie.( Dali za to honorowe klucze do miasta aktoreczce, co dobrze zna światowego gwiazdora.) Od bogatego Waldemara Dąbrowskiego do mnie, najbiedniejszego z dyrektorów - wszyscy w tej wysłużonej garstce zapaleńców wpadamy co jakiś czas w depresję, że nasza praca, tak wysoko oceniana przez świat i traktowana tam na równi z ich pierwszą ligą artystyczną, w Polsce funkcjonuje jako coś marginalnego i nie budzącego emocji.

Bicie w wielkie dzwony zaczyna się dopiero wtedy, gdy w dziedzinach o niepomiernie wyższych słupkach oglądalności telewizyjnej artyści aspirują do skali Londyn-Paryż-Nowy Jork. Przeważnie kończy się na aspiracjach i ubolewaniach, że jeszcze nie tym razem podbijemy, na przykład, Brodway, ale ubitej przy tym piany już się nie zapomni. Prawie światowe, to przecież już nie wsiowe.

Marek Weiss
www.operabaltycka.pl/blog
15 lipca 2013
Portrety
Marek Weiss

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...