Co za dużo, to niezdrowo

"Być albo nie być" - reż: Milan Peschel - Teatr Stary w Krakowie

"Być albo nie być" w Teatrze Starym należy do tego typu spektakli, które nie zapadają w pamięć. Być może kusi ciekawą obsadą, komediowym tonem i odwołaniem do amerykańskiej kinematografii, ale jednak boli fakt, że nic nowego z tego nie wynika

Zaczyna się obiecująco – początkowo oglądamy „coś”, co wygląda na prześmiewczy spektakl o Hitlerze, ale dopiero po kilku minutach widz orientuje się, że ma do czynienia z „teatrem w teatrze”. Ten moment zaskoczenia mija szybko, gdyż to, co widać, jest jedynie próbą przed premierą sztuki „Gestapo” w warszawskim teatrze, a aktorzy grają aktorów – zadufanych w sobie, egocentrycznych, rywalizujących o względy publiczności albo marzących w wielkich rolach – typów aktorstwa Peschel prezentuje wiele. Proste teatralne życie komplikuje się gdy cenzura zakazuje wystawienia sztuki, a niedługo później w kraju wybucha wojna. Cała trupa zmuszona jest do ucieczki, natomiast priorytetem staje się pomoc polskiemu podziemiu, zagrożonemu przez diabolicznego profesora Silewskiego (mroczny Krzysztof Zawadzki). Oprócz wojny, cenzury i poczynań garstki nierozgarniętych aktorów do fabuły dochodzi jeszcze wątek miłosny – niedoceniana przez swojego bufonowatego męża Maria Tura (Anna Radwan-Gancarczyk) ulega czarowi młodego lotnika Sobińskiego (Juliusz Chrząstowski), co również komplikuje, i tak już zawiłą, sytuację. Tym sposobem intryga przeplata się na dwóch poziomach, realnym i metateatralnym.

Czy i jak obronie Polski mogą przysłużyć się artyści? Otóż mogą, wystarczy jedynie robić to, w czym jest się najlepszym – grać role.

Co w „Być albo nie być” rzuca się w oczy najbardziej, to podkreślenie na każdym kroku wątku teatru w teatrze. Widać to od pierwszych scen, a w miarę trwania spektaklu elementy rozbierania czy składania scenografii, pojawianie się nagle na scenie ekipy technicznej, są coraz gęściej upychane. Momentami zabieg ten jest zbyt nachalny (przykładem mogą być sceny z Andrzejem Rozmusem i Arkadiuszem Brykalskim) i szybko nuży. Tym sposobem reżyser zgubił gdzieś sens całego przedsięwzięcia, losy wojennej Polski toną pod natłokiem problemów aktorów, miłość i zdrada, które przecież pod okupacją też miały miejsce, zostają potraktowane w sposób zdawkowy. Można sobie zadać pytanie, skoro nie to jest ważne, to co się w spektaklu liczy? Bo przecież z przymrużeniem oka da się pokazać naprawdę wiele. Nawet trudne decyzje samych bohaterów, na wagę życia i śmierci, i ich poświęcenie nie poruszają, wydają się sztuczne, podobnie jak stawiane wszędzie tekturowe dekoracje.

Pod względem technicznym Milan Peschel opierał się nie tylko na filmie Lubitscha z lat 40. i sztuce Nicka Withby, ale widać również elementy zaczerpnięte od Quentina Tarantino – słyszymy monolog z „Bękartów wojny” czy muzykę z „Kill Billa”. Jeśli oczywiste jest odniesienie do Lubitscha, to wykorzystywanie stylistyki współczesnego Hollywoodu jest nie do końca potrzebne i, co gorsza, niezrozumiałe. Takie uaktualnianie nie pasuje do konwencji spektaklu.

„Być albo nie być” trochę męczy, trochę nudzi i niestety również trochę rozczarowuje, bo po koprodukcji Teatru Starego z berlińskim Maxim Gorki Theater spodziewałam się więcej.

Sonia Kaczmarczyk
Dziennik Teatralny Katowice
1 lipca 2011

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia