Codzienne umieranie

"Lęki poranne" - reż. Piotr Sieklucki - Teatr Nowy w Krakowie

"Lęki poranne" Stanisława Grochowiaka to studium alkoholizmu ukazane w barwny i zabawny sposób.

Reżyser, Piotr Sieklucki, świetnie czuje się w takim repertuarze- wszak wódczany kołowrotek nakręcił już w „Gridze”. Dobrze czuje się w nim zapewne także Edward Linde- Lubaszenko, gdyż ten utwór wybrał na swój benefis- uczczenie 50-lecia artystycznej kariery. A gdy każdy w repertuarze czuje się dobrze, czy może wyjść z tego coś złego?

Nie może, jeśli na spektakl spojrzymy pod kątem aktorskim i radości płynącej z jego oglądania. „Lęki poranne” to świetnie zagrany, (paradoksalnie) przyjemny i radosny spektakl. Gdzieniegdzie przebija się pesymizm z nieudanego życia, na końcu pojawia się śmierć, lecz wszystko okraszone dawką rubasznego humoru i sporym dystansem. Być może brakuje nieco powagi, spojrzenia na alkoholizm pod kątem zagrożeń, jako wizji nieraz przerażającej, nie tylko będącej przejawem radości. Są pijackie zwidy, zarysowane przez świetną zmienność charakteru postaci, makabryczne maligny w postaci niesprecyzowanego potwora jako obraz alkoholicznych lęków, o których w swojej diagnozie mówi lekarz. Gdy jednak patrzymy na dziecięco- naiwną mimikę Lubaszenki czy Sanakiewicza, udającego starą dozorczynię, niesposób się nie śmiać.

Tandem jest znakomity. Edward Linde- Lubaszenko, grający Alfa- dojrzałego mężczyznę, który żonę wymienił na butelkę, a zabawę z dziećmi na kanapę w piwnicy, oraz Paweł Sanakiewicz, występujący tu w roli potrójnej- lekarza, przyjaciela Alfa oraz dozorczyni, są postaciami równie barwnymi, jak alkohol, który piją. Bohaterowie zarysowani są miejscami grubą kreską, ale trudno się dziwić- w każdym momencie spektaklu są pod wpływem dużej ilości kolorowego płynu. Lubaszenko, który utwór ten wybrał na swój benefis 50-lecia pracy artystycznej, został nawet przez partnera nieco przytłumiony. Różnorodność gry aktorskiej Sanakiewicza, umiejętność zastosowania prostych, a jednak zawsze działających, komediowych chwytów sprawiła, że to przy jego pojawianiu się na scenie podnosił się śmiech na widowni.

Ciekawie, choć dyskretnie, zarysowany jest tu wątek polityczny. Trzeba bowiem pamiętać, że Stanisław Grochowiak zmarł w 1976 roku (na chorobę alkoholową). Nie tylko uzależnienie od alkoholu jest tu wykreowane na chorobę tamtych czasów, ale sytuacja, w jakiej znajduje się bohater staje się jakby jednym z impulsów sięgania po flaszkę. Gdy z telewizora słychać hymn Związku Radzieckiego, bohater wstaje i śpiewa, ile sił w płucach, by po czasie, wraz z muzyczną oprawą, zmienić śpiew na hymn niemiecki. Alf, który niemal automatycznie przyjmuje odpowiednia postawę i rozpoczyna donośny śpiew, przerażony chowa się pod kołdrą, wykrzykując niczym modlitwę: „Jeszcze Polska nie zginęła, jeszcze Polska nie zginęła”. Łóżko, traktowane dla bohatera niczym schron, to miejsce, do którego ucieka przed sytuacją, sobą samym, jak i zwidami alkoholowego upojenia.

Istnieje w spektaklu wiele inteligentnie zarysowanych scen, które po jakimś czasie przełamywane są falą dowcipu i niewybrednego żartu. To próba łamania konwencji i martyrologiczno- pesymistycznego zapatrywania się na nas samych, choć takie spojrzenie miejscami nieuchronnie na scenę przenika. Mimo to, zamiast po spektaklu, przysiąc sobie, że nie weźmie się więcej flaszki do ust, ma się ochotę chlusnąć z bohaterami.

Magdalena Urbańska
Dziennik Teatralny Kraków
26 października 2009

Książka tygodnia

Czescy ekspresjoniści
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Jindřich Chalupecký

Trailer tygodnia