Coincidentia: energia i ekspresja

Rozmowa z Pawłem Chomczykiem

Nasze spektakle muszą umieć wpisywać się w najrozmaitsze przestrzenie. Solniki 44 to nasz dom, wyspa, azyl. Będziemy tam jednak pracować głównie w okresie wiosenno-letnio-jesiennym. Na pozostałą część roku mamy zamiar wychodzić z lasu. Jednak oczywiście mamy motywację, aby spektakle, które tworzymy, zawierały w sobie energię Solnik. To dzieje się naturalnie.

Z Pawłem Chomczykiem, aktorem, lalkarzem i producentem spektakli, prezesem zarządu grupy teatralnej Coincidentia, rozmawia Monika Jędrzejewska z kwartalnika Teatr Lalek.

Monika Jędrzejewska: W niespełna dekadę stworzyliście teatr niezależny, który szybko zdobył renomę nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Jaka jest Wasza recepta na sukces?

Paweł Chomczyk: Przypomniała mi się właśnie relacja naszych przyjaciół z pewnego spektaklu o budowaniu spektaklu. Aktorka, wyjaśniając publiczności dziecięcej, jak powstaje przedstawienie, konstruowała wysoką wieżę z klocków. Każde kolejne piętro było etapem pracy nad widowiskiem. Znalazło się tam miejsce dla wszystkich realizatorów, rozmów, prób, projektów. Zwieńczeniem dzieła był ostatni element na samym szczycie wieży, czyli pokaz. Klocek zajął swe miejsce, budowla zaprezentowała się widzom w całej okazałości, po czym zachwiała się i runęła. Uważam, że w tym obrazku uchwycona została esencja tworzenia teatru (jako dzieła), który istnieje przecież tylko przez chwilę. Czasem wydaje mi się, że melancholia związana ze świadomością efemeryczności tej sztuki doskwiera bardziej twórcom niezależnym i „bezdomnym", ponieważ cały ich wysiłek idzie w konkretne dzieło, a mniej w tworzenie marki. Przez wszystkie te lata skupialiśmy się właśnie na tym. To nie jest recepta. To postawa.

M.J.: Czym się kierujecie przy tworzeniu przedstawienia? Jaka jest Wasza wizja teatru?

P.Ch.: Wizja artystyczna Coincidentii wynika z odpowiedzi na pytanie o to, kim właściwie w tym teatrze jesteśmy – Dagmara i ja. A jesteśmy przede wszystkim aktorami, lalkarzami lub, jak lubimy o sobie mówić w językach obcych, performerami. Wynikają z tego nasze ciągoty do romansowania z różnymi stylistykami, konwencjami, środkami wyrazu, czego skutkiem jest otwarta linia programowa. Przyznaję, jesteśmy rozedrgani i rozpasani artystycznie. Pod względem teatralnym prowadzimy się niemoralnie, popadając w artystyczne wielożeństwo i zdrady. Jednocześnie jesteśmy czasem informowani przez publiczność, że funkcjonuje w naszych przedstawieniach jakiś rodzaj energii i ekspresji, które sprawiają, że jesteśmy rozpoznawalni. A co do najważniejszej sprawy – czyli ludzi, z którymi współpracujemy – po prostu staramy się popadać w towarzystwa, w których się nie nudzimy.

M.J.: Czy potraficie określić moment przełomowy lub przedstawienie, które sprawiło, że ugruntowaliście swoją pozycję w świecie teatralnym?

P.Ch.: Pracując nad Murdasem, biegaliśmy po złomowiskach i budowach, grzebaliśmy w kontenerach z elektronicznymi odpadami, żeby zebrać materiały potrzebne do scenografii. Mieliśmy budżet, z którym w zasadzie nie da się wyprodukować nawet skromnego spektaklu. Teraz nie kupujemy już pięknej zardzewiałej skrzynki za dwa piwa lub dziękuję, ale za pieniądze. Zlecamy też wykonanie dekoracji pracowniom. Nasza pozycja w świecie teatralnym się ugruntowała. Pomimo szalonego tempa, w którym czasem przyszło nam działać, cały ten proces wydaje się jednak postępować powoli. Nie umiem wskazać momentów, które bardziej niż inne wpłynęły na to, że jest nam teraz trochę łatwiej wyprodukować spektakl. Staramy się być rzetelnymi twórcami i producentami, co w długiej perspektywie owocuje zaufaniem.

M.J.: Przedstawienia Grupy Coincidentia bardzo często realizowane są w międzynarodowym zespole. Jakie są plusy i minusy takiej współpracy?

P.Ch.: Praca w międzynarodowym składzie niczym się nie różni od pracy w zespole polskim, poza komunikacją w obcym języku. W związku z tym trudno jest tu mówić o jakichkolwiek minusach. Organizacyjnie, logistycznie są to bardziej zaawansowane przedsięwzięcia. Jednak współprace takie niosą ze sobą większy potencjał w zakresie możliwości eksploatacji spektakli, a co za tym idzie – dotarcia do szerszego grona odbiorców. Ale naszą prawdziwą motywacją uczestniczenia w tego typu produkcjach są zawsze zyski artystyczne oraz chęć kontynuacji tego, co uważamy za wartościowe.

M.J.: Tworzenie spektaklu w międzynarodowym ze­­spole pozwala poszerzać perspektywę, przedstawić jakiś problem z różnych punktów widzenia.

P.Ch.: Tak, ale też tematy, które są punktem wyjścia do pracy nad spektaklem, często sugerują międzynarodowy skład realizatorów. Krabat, dajmy na to, to opowieść łużycka, historia rozgrywająca się na ziemi niejako łączącej Niemcy z Polską. Są to tereny należące do naszych zachodnich sąsiadów, ale język, jakim posługują się jeszcze starsi mieszkańcy Łużyc, jest bez wątpienia bardziej zrozumiały dla nas. Stąd też pomysł, aby zrealizować ten projekt wspólnymi siłami Figurentheater Wilde & Vogel i Grupy Coincidentia. W spektaklu Faza REM Phase próbujemy teatralnymi narzędziami dotrzeć do istoty marzeń sennych. To, że myślimy w innych językach, automatycznie przekłada się na język przedstawienia (i to nie tylko w sferze tego, co zostaje na scenie zwerbalizowane). We wspomnianym Murdasie jedna z postaci, snująca się tajemniczo po dworze króla tyrana, mówi po polsku z obcym akcentem, co zawsze frapuje publiczność.

M.J.: Przywołałeś Figurentheater Wilde & Vogel, tandem światowej klasy artystów, z którymi stale współpracujecie i bez wątpienia jesteście kojarzeni i łączeni. Jaki wpływ wywarli oni na Wasze myślenie o teatrze zarówno w sensie artystycznym, jak i organizacyjnym?

P.Ch.: Charlotte i Michael przede wszystkim pokazali nam na początku naszej zawodowej drogi, że można wziąć sprawy w swoje ręce, zamiast czekać na to, że ktoś nas zauważy i wybierze. Organizacja pracy na niezależnym gruncie pochłania niestety więcej czasu niż twórczość. To, wraz z niepewnością powodzenia każdego kolejnego projektu, jest ceną, jaką się płaci za sterowanie swoim artystycznym losem. Łatwiej nam było odebrać tę lekcję, przyglądając się działaniom doświadczonych twórców. Ponadto Wilde & Vogel są w naszych oczach pionierami w wytyczaniu mobilnego modelu uprawiania teatru w towarzystwie ­swojego potomstwa. Początki eksploatacji Krabata wiązały się z podróżowaniem z jednym dzieckiem – autorstwa duetu Wilde & Vogel. Teraz jest ich czwórka, z czego połowa polskojęzyczna, a przedstawienie wciąż jest grane. To chyba największy sukces tego zespołu.
Artystycznie Charlotte i Michael na przestrzeni lat wypracowali sobie oryginalny i rozpoznawalny charakter teatralnego pisma. Współpraca z nimi wyma­ga od nas zrozumienia reguł, jakimi się rządzi ten teatralny świat, i ich respektowania lub łamania. W tej konstelacji osób na scenie panuje bardzo osobliwa relacja, w której miesza się idealny ład i totalna anarchia, przy czym żaden z twórców nie jest orędownikiem tylko jednego z wymienionych porządków. ­Dotykamy tu czegoś magnetycznego, pewnych ­przeciwstawnych energii, które jesteśmy w stanie ujarzmić i ukierunkować tak, aby pracowały na korzyść spektaklu. Jest to bardzo cenne doświad­czenie, bo odnosi się do istoty wszelkich działań scenicznych.

M.J.: W ubiegłym roku przyszedł czas na otwarcie własnej sceny. Czy jest to dla Was zwieńczenie marzeń, czy raczej kolejny etap pracy?

P.Ch.: Bez wątpienia otwieramy jakieś nowe drzwi. Długo o tym myśleliśmy, a kiedy już zaczęliśmy urzeczywistniać nasze marzenie, jak grzyby po deszczu wyrastały przed nami kolejne wyzwania. Żadne to zaskoczenie, że realizacja marzeń zawsze wiąże się z jakimś nakładem pracy. Teraz wyzwania będą się mnożyć. Mamy dużo pomysłów związanych z własną siedzibą, czyli Solnikami. Czas pokaże, w jak dalekiej perspektywie uda się je wprowadzić w życie.

M.J.: Lokalizacja, zwłaszcza działalności kulturalnej, ma duże znaczenie. Dlaczego ulokowaliście siedlisko w środku lasu?

P.Ch.: Poszukiwania miejsca, w którym chcielibyśmy pracować, trwały kilka lat. Obejrzeliśmy niezliczoną ilość gospodarstw, siedlisk i stodół, aby w końcu natknąć się na położone w lesie miejsce, które od pierwszego momentu zaczęło z nami rozmawiać. Zagraliśmy va banque, kupując siedlisko i adaptując budynek gospodarczy na potrzeby teatru. Praca nad tym wymagała spędzania każdej wolnej chwili w Solnikach. Szybko zorientowaliśmy się, że nasza „wyspa" zmienia perspektywę, skupienie i energię, z jaką podchodzimy do każdego zadania. Podobne odczucia mają współpracujący z nami artyści. Atmosfera tych spotkań przekłada się także na odbiór publiczności, która do nas wraca. Magia siedliska kultury Solniki 44 polega na tym, że w pół godziny przenosimy się z Białegostoku do miejsca, w którym jesteśmy w stanie odciąć się od niechcianych bodźców.

M.J.: Budowa własnego teatru to duże wyzwanie. Jak długo trwały przygotowania do inauguracji sceny?

P.Ch.: Od momentu, kiedy staliśmy się właścicielami siedliska, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Miejsce uruchomiło fantazje odnoszące się do tego, jak je adaptować do naszych potrzeb. Jesienią 2015 roku zaczęły się gorączkowe przygotowania koncepcyjne, organizacyjne. Wiosną 2016 zakasaliśmy rękawy i ruszyliśmy czyścić teren. Jednocześnie ekipa fachowców pracowała nad metamorfozą stodoły w teatr. 26 czerwca zagraliśmy pierwszy spektakl (Faza REM Phase) na scenie Solniki 44. Jednak mentalne przygotowania do inauguracji własnej sceny trwały chyba tak naprawdę od początku naszej działalności artystycznej. Nie mieliśmy skonkretyzowanych planów, ale temat ten powracał jak bumerang, szczególnie w sytuacjach, kiedy brakowało kawałka podłogi do przeprowadzenia próby.

M.J.: Scena działa już ponad pół roku. Kim są Wasi widzowie?

P.Ch.: Do tej pory w Solinikach udało nam się zaprezentować sześć tytułów z naszego repertuaru. Obok wspomnianego spektaklu Faza REM Phase były to: Krabat, Krwawa jatka, Murdas. Bajka, Made in Heaven, Słoń i Kwiat. Na każdym pokazie mieliśmy nadkomplety publiczności i bardzo gorące reakcje. Widownia składała się każdorazowo z osób dojeżdżających z Białegostoku oraz z mniejszych okolicznych miejscowości. Zauważyliśmy, że część widzów wraca do nas, aby zobaczyć kolejny spektakl. Ale też, aby posiedzieć po pokazie przy ognisku, przejść się po lesie, poleżeć na hamaku, pobyć z nami w tych wyjątkowych chwilach. Bardzo to cieszy.

M.J.: Jesteście po premierze The Monstrum Band. Czy świadomość posiadania własnej sceny zmienia Wasze myślenie o realizowanym przedstawieniu?

P.Ch.: Wciąż chcemy tworzyć przedstawienia mobilne, z którymi jak dotychczas będziemy mogli jeździć w różne miejsca. Nasze spektakle muszą umieć wpisywać się w najrozmaitsze przestrzenie. Solniki 44 to nasz dom, wyspa, azyl. Będziemy tam jednak pracować głównie w okresie wiosenno-letnio-jesiennym. Na pozostałą część roku mamy zamiar wychodzić z lasu. Jednak oczywiście mamy motywację, aby spektakle, które tworzymy, zawierały w sobie energię Solnik. To dzieje się naturalnie. Część improwizacji, jakie przeprowadziliśmy, pracując nad The Monstrum Band, odbyła się w naszym teatrze. Pierwsze pokazy mieliśmy w Kielcach. W trakcie prób kieleckich często odnosiliśmy się do tego, co udało się wypracować w Solnikach. Ta energia jest obecna w przedstawieniu. Teraz wracamy z Monstrum do lasu i wszyscy jesteśmy ciekawi, jak zabrzmi to w miejscu początku naszej wyprawy.

M.J.: Solniki 44 to nie tylko teatr, ale też miejsce realizacji różnorodnych inicjatyw kulturalnych. Jakie są Wasze plany i ambicje w stosunku do tego miejsca?

P.Ch.: Zależy nam na tym, aby formuła działalności Solnik 44 nie zawężała się tylko do prezentacji i produkcji teatralnych, choć niewątpliwie będzie to priorytet. Widzimy ogromny potencjał siedliska kultury w działaniach łączących sztukę z kwestiami społecznymi. Stąd nasza motywacja do przeprowadzania warsztatów, które angażowałyby osoby w różnym wieku, zamieszkujące okoliczne miejscowości. Mamy pomysły na zajęcia o szerokim profilu, nie tylko teatralnym, ale też muzycznym, plastycznym, filmowym...
W tym momencie pracujemy nad koncepcją programu wydarzeń artystycznych na ten rok. Nie chcę zdradzać tematu, który nas prowadzi w tych poszukiwaniach. Mogę natomiast powiedzieć, że bardzo zależy nam, aby w ramach programowych, obok wydarzeń stricte teatralnych, znalazły się działania wpisujące się w okoliczny krajobraz, o charakterze muzycznym i plastycznym. Przy odrobinie szczęścia będziemy mogli też zaprezentować publiczności niecodzienne zmechanizowane instalacje. Zawalczymy o to, aby sprowadzić do Solnik artystów światowego formatu.

M.J.: W tym roku ośrodek Solniki 44 będzie partnerską sceną teatru Lindenfels Westfluegel z niemieckiego Lipska w ramach programu „Szenewechsel". Dlaczego nadal decydujecie się na koprodukcje – ze względów finansowych, organizacyjnych, artystycznych?

P.Ch.: Każdy z tych aspektów jest istotny, a z naszych doświadczeń wynika konkluzja, że koprodukcje niosą ze sobą więcej plusów niż minusów. Najważniejsze we współpracach z naszym udziałem jest jednak poczucie, że robi się coś w dobrym zespole. Aspekt ludzki był, jest i będzie dla nas priorytetowy. Co nie znaczy oczywiście, że nie doceniamy wkładów organizacyjnych i finansowych naszych partnerów.

M.J.: Czego dotyczy program „Szenewechsel"?

P.Ch.: Nasi niemieccy partnerzy z Lindenfels Westfluegel stworzyli koncepcję projektu Biotopia, który zakłada współpracę naszych scen w zakresie określania dróg rozwoju niezależnego teatru. Zadanie zostało zauważone i dofinansowane przez Robert Bosch Stiftung. Projekt stawia pytanie o to, jak przygotowywać żyzny grunt, na którym ma rozkwitać kultura, doglądana przez „niezależnych ogrodników". Jakie warunki należy tworzyć, aby ogród sztuki pięknie rósł? W programie realizacji projektu zakładamy wykorzystanie naszych scen (w Lipsku i Solnikach) do organizacji dyskusji z udziałem osób zaangażowanych w tworzenie kultury zarówno na gruncie instytucjonalnym, jak i niezależnym, osób zajmujących się organizacją systemów, mających na celu wspieranie sztuki, osób piszących o kulturze etc. Ponadto mamy zamiar przeprowadzić w gronie zaproszonych twórców cykl prób, których efekty każdorazowo będziemy prezentować publiczności, jako małe formy traktujące o frapujących nas tematach. W dalszej przyszłości materiał ten może nam posłużyć jako punkt wyjściowy do większej realizacji. Od stycznia do października tego roku będziemy zatem spotykać się zarówno w Solnikach, jak i w Lipsku na sympozjach, warsztatach, prezentacjach. W ten sposób będziemy mogli zaprosić grono osób zainteresowanych tworzeniem i odbiorem sztuki, powstającej na gruncie niezależnym, do udziału w naszym projekcie zarówno w Polsce, jak i w Niemczech. Specyfika sceny Solniki 44 jest diametralnie różna od Lindenfels Westfluegel – ogromnej sali (niegdyś balowej) zlokalizowanej w artystycznej dzielnicy Lipska – Plagwitz. Tym ciekawsze wydają się potencjalne konkluzje i efekty tej wymiany, która jest przecież kolejnym krokiem w naszej stałej i wieloletniej współpracy.

M.J.: Jakie są Wasze plany i marzenia na kolejne lata?

P.Ch.: Co do nowych produkcji Grupy Coincidentia, to mamy już wstępne plany na najbliższe trzy spektakle, co zajmie nam, przy naszym trybie pracy, trzy kolejne lata. Najbliższy projekt zakłada interaktywne poszukiwania formuły łączącej narrację opowieści dla dzieci z improwizacją lalkową i muzyczną. Przeprowadzimy cykl osobliwych jam session z małymi widzami. W ko­lejnym etapie pracy z materiału stworzonego na tym gruncie zmontujemy spektakl. Następne projekty są oczywiście na ten moment w fazie wielce niezaawansowanej. Jednakowoż możemy zdradzić, że jako kontynuację pracy z naszymi przyjaciółmi z Figuren­theater Wilde & Vogel planujemy zrealizować teatral­ny thriller, bardzo mocno osadzony w nocnym klimacie naszego lasu. A kolejna produkcja, planowana również w międzynarodowym składzie, będzie bazowała na jednym z najbardziej znanych dramatów, jednego z najbardziej znanych dramatopisarzy. Tego też od dawna nie robiliśmy.
A poza tym chcemy stawać się lepszymi artystami i ludźmi, z pomocą Solnik 44 i wszystkich życzliwych osób, które swoją dobrą energią tworzą to miejsce.

___

Pawłem Chomczyk – Aktor, lalkarz i producent spektakli. Absolwent Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, Wydziału Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku oraz Uniwersytetu w Białymstoku, Wydziału Pedagogiki i Psychologii. Adiunkt na Wydziale Instrumentalno-Pedagogicznym w Białymstoku Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. W swym dorobku artystycznym, oprócz spektakli teatralnych, posiada również role w słuchowiskach radiowych oraz produkcjach filmowych. Prezes zarządu Fundacji Działań Kreatywnych Coincidentia. 

___

Grupa Coincidentia - niezależny teatr ożywionej formy założony we wrześniu 2009 roku przez Dagmarę Sowę i Pawła Chomczyka, absolwentów Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza – Wydziału Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku. Grupa ma w swoim dorobku dwanaście spektakli, m.in. Murdas. Bajka, Turandot, Krabat, Krwawa jatka, Słoń i Kwiat, Faza REM Phase. Teatr stale współpracuje z niemieckim duetem Figurentheater Wilde & Vogel, ponadto współpracował z artystami z Niemiec, Austrii, Czech, Słowacji i Japonii. Od 2016 roku Grupa prowadzi niezależną scenę teatralną Solniki 44 w Solnikach koło ­Białegostoku.
Grupa Coincidentia jest laureatem licznych nagród, m.in.: Grand Prix dla Pawła Chomczyka za rolę Króla Murdasa na IV Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Współczesnych dla Dzieci i Młodzieży Kon-Teksty 2009 w Poznaniu oraz Atestu ASSITEJ (Świadectwa Wysokiej Jakości i Poziomu Arty­stycz­nego) za widowisko Murdas. Bajka (2009); Grand Prix IX Festiwalu Prapremier 2010 w Bydgoszczy, Total Theatre Award w kategorii teatru fizycznego i wizualnego na Fringe Festival 2011 w Edynburgu oraz The Bank of Scotland Herald Angel – Edynburg 2011 za przedstawienie Turandot; Nagrody Specjalnej dla Krabat Ensambl na XXV Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Lalkarskiej 2012 w Bielsku-Białej za spektakl Krabat.

 

Monika Jędrzejewska
Teatr Lalek
30 marca 2017
Portrety
Paweł Chomczyk

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia