Coś poza tym, co w środku

"Jackson Pollesch" - reż: René Pollesch - TR Warszawa

Kiedyś wystarczyło, że człowiek w ogóle coś dostrzegł - tak narodziły się widowiska. Później zaczął dostrzegać coś poza tym, co na zewnątrz - i tak narodził się teatr. A jeszcze później zaczął widzieć już tylko to, co w środku - i tak narodził się dzisiejszy teatr.

Taki teatr, w którym nawet jeśli na scenie stoi szafa, to nikt jej nie widzi - wszyscy widzą jej zawartość, gdyż wiedzą, że szafa w teatrze nie może stać pusta. Kiedyś pewnie widz nie domyślał się, że w tej szafie chowa się kochanek, ale zdążył się do tego przyzwyczaić i dziś jest świadomy, że ten kochanek to naprawdę nie jest żaden kochanek, bo nie tylko nikt już nie jest w teatrze tym, kim jest, ale nie jest nawet tym, kim nie jest (co akurat wydaje się bardzo logiczne). "Musi być coś poza tym, co jest w środku!" - krzyczy z gestem rozpaczy aktor spektaklu "Jackson Pollesch" René Pollescha. Eee... - zaneguje widz. Jesteśmy świadkami narodzin bestii!

O czym jest "Jackson Pollesch" René Pollescha? Na pierwszy rzut oka to autotematyczne rozważania aktorów oparte na klasycznym, farsowym schemacie znanym i z "Czego nie widać" Michaela Frayna, i "Sztuki" hiszpańskiej Yasminy Rezy. Jak u Frayna, zastosowano tu chwyt ukazania teatru od podszewki, jego mechanizmów i skrywanych słabości. Z Rezy zaś wzięte jest ciągłe zanurzanie się na kolejne, niższe poziomy. "Próbuję hiszpańską sztukę, w której gram aktorkę, która próbuje bułgarską sztukę" - mówi Aurelia u Rezy, zaś u Pollescha aktorzy, zwracający się do siebie po imieniu ("Tomek!" - do Tyndyka, "Roma!" do Gąsiorowskiej itd.), komentują swoje opory przed występowaniem w teatrze, w którym muszą grać to, z czym mogą się nie zgadzać. Aktorzy są bezradni, bo wymaga się od nich kreatywności, a oni albo nie mogą być już bardziej kreatywni, albo nie chcą, albo nie potrafią. "Ja nie chcę być kreatywna! / Ja też nie chcę być kreatywny! / Ale takie są teraz czasy, że wszyscy musimy być kreatywni!" - słyszymy wiele, wiele razy...

A zatem - wydaje się na początku - Pollesch robi typowy teatr autotematyczny, który niewiele różni się od niezliczonej ilości sztuk opartych na podobnym zabiegu. Reżyseruje taką współczesną Improwizację w Wersalu, w której aktorzy są przerażeni już nie tym, że za chwilę do królewskiej loży przyjdzie Ludwik XIV, a oni nie mają go czym zaskoczyć, ale tym, że na widowni siedzą widzowie, którzy przeistoczyli się w prawdziwe bestie rozsmakowane we wnętrznościach (czyli w "środku"). Co więcej, jest to publiczność kochająca być kreatywna, pragnąca we wszystkim widzieć nowe wartości i niedostrzegalne z zewnątrz sensy: "Przez całe lata kreatywność była zarezerwowana dla wąskiej elity artystów, była na scenie, a dziś zasiadła na widowni!" - słyszymy raz po raz z ust aktorów, którzy już od dziesiątej minuty godzinnego spektaklu, jakby wbrew "krytycznym widzom", a na pewno wbrew znanym im tendencjom ambitnego teatru, zaczynają odgrywać (gdy akurat nie oddają się rozważaniom o współczesnym świecie i teatrze) fragmenty farsy z kochankiem w szafie, policją i poszukiwaniami mordercy, który strzelał z drugiego brzegu Wisły. Czy aktorzy chcą tę farsę grać, czy muszą? I skoro wiedzą, że ją zagrają, to dlaczego tyle mówią o kreatywności? Kreatywna farsa?

W "Jacksonie Polleschu" podkreślania paradoksów jest co niemiara. "Nie ma śmierci jako takiej!", "Chór jest tylko jednostkowy!", "Demokratyzacja wyjątkowości!", "Ja umiałem tak patrzeć, żeby widzieć" - krzyczą co chwilę aktorzy. Tytuł też odnosi się zresztą do pewnego paradoksu, do przekonania, że samo życie może stać się dziełem sztuki (zgodnie z koncepcją artystów pokolenia Jacksona Pollocka). Pollesch zdaje się ten paradoks obnażać: sugeruje, że artyzm, kreatywność, wyjątkowość nie mogą podlegać demokratyzacji, a na pewno umasowieniu. Nie tylko nie każdy jest Pollockiem, ale - może nawet bardziej - nie każdy i, przede wszystkim, nie zawsze może działać artystycznie, kreatywnie, wyjątkowo. Konstatacja ta jest i prawdziwa, i smutna, i bynajmniej nie metaforyczna, bynajmniej nie odnosząca się do drugiego dna, ukrytego sensu, "środka". Ma się wrażenie, że Pollesch i jego aktorzy wrócili ze szkolenia dla kreatywnych pracowników, którzy wszystko - od przesuwania produktów przed czytnikiem kodów paskowych w kasie, do przeszywania lewych mankietów koszul na taśmie produkcyjnej megaszwalni - powinni robić kreatywnie. Aprecjacja codzienności czy deprecjacja kreatywności? "Jesteś tylko networkiem" - powtarzają sobie nawzajem aktorzy, gdy tracą wiarę w możliwą ciągłą kreatywność i wydaje się, że zaraz przypną sobie do klapy okrągłą plakietkę z nazwą Work Service, czy innej agencji pracy tymczasowej, outsourcingującej kreatywnych pracowników do niekreatywnych zajęć.

Jednak René Pollesch nie jedzie po scenie walcem i bawi się teatralną relacją, pokazując dodatkowo potęgę "indoktrynacji kreatywnością". Jeśli można kontynuować porównanie ze sklepową kasą... W tym spektaklu

banalny produkt (farsa) sprzedawany jest przez zmuszonych do kreatywności kasjerów (aktorów) zwykłym kupującym (widzom), którzy właśnie wyszli z własnej pracy, w której także musieli być kreatywni, niezależnie od tego, jak mechaniczne czynności wykonywali. Wizja dość ponura, ale - Pollesch nie jest tym razem rewolucjonistą - przedstawiona z dużą empatią tyleż dla spotykających się przy kasie, co dla samego systemu. Może to konformizm, może pragnienie chwili wytchnienia, ale reżyser postanawia sam w tę grę się włączyć: oto ja, niemiecki zaangażowany skandalista, pokazuję wam, widzom zaangażowanym i krytycznym, spektakl zbudowany z największym poszanowaniem reguł najbardziej konwencjonalnego z konwencjonalnych gatunków, farsy, i nie próbuję tej czynności, ani produktu, wykpić. A zatem na scenie

nie tylko trzaskają drzwi, zmieniają się stroje, czynione są aluzje do małżeńskiej niewierności, ale zachowana zostaje nawet zasada narastania absurdu i chwilowego wyciszenia przed szaleńczym finałem (to wyciszenie to heroikomiczna opowieść o ojczyźnie i egzaltowanej artystce). Cóż zatem może zrobić widz: czy może tej farsy nie kupić? A czy możemy przestać chodzić do sklepów, gdzie za kreatywnie zarobione pieniądze kupujemy od kreatywnych kasjerów kreatywne produkty wyprodukowane kreatywnie, choć masowo i na kilometrowych liniach produkcyjnych? A jeśli jednak nie kupimy, to przeciwko czemu protestujemy? Przeciwko systemowi, dzięki któremu żyjemy, czy przeciwko produktowi, który - choć wyprodukowany jak wyprodukowany - to przecież działa zupełnie sprawnie?

Jest więc to jeszcze spektakl szukający odpowiedzi na pytanie, czy naprawdę warto wszystko kwestionować i czy ciągły sceptycyzm czemukolwiek służy. Może to kapitulacja ze strony Pollescha, a może zdrowy rozsądek. Jest w tym spektaklu opowieść o projekcie performansu, w którym przez kilka dni ludzie wszystko wykonywaliby w jadącym po ulicach miasta samochodzie. Performans miałby pokazać, że coraz więcej rzeczy robi się w pędzie i można się do tego przyzwyczaić. Tylko po co? - pyta Pollesch. Po co ścigać się z wszystkimi (również z aktorami) w wyścigu kreatywności? Po co domagać się za wszelką cenę nowości, narzekając: to już było? Po co za wszelką cenę szukać środka środka i prawdy prawdy? Pollesch zrobił komedię, w dodatku dowcipną, która ma coś poza środkiem. Do widzów powiedział: "Zwolnijcie i uśpijcie w sobie tę bestię, co żywi się wnętrznościami". Bo musi być coś, co poza tym, co w środku.

Piotr Olkusz
Teatr
18 stycznia 2012
Teatry
TR Warszawa

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia