"Cosi fan tutte", czyli każdy facet to świnia

Rozmowa z Markiem Weissem-Grzesińskim

"Cosi fan tutte" jest Pana dopiero czwartą Mozartowską premierą w Operze Bałtyckiej, ale zdaje się, że stawia Pan tę operę w jednym szeregu z najznakomitszymi dziełami Mozarta?

Stawiam ją w jednym szeregu z arcydziełami Mozarta, a w dodatku jest to jego najtrudniejsza opera, muzycznie bardzo bogata i żarliwa, a treściowo podstępna. Pozornie mówi o błahej historyjce, banalnej zabawie erotycznej, a tak naprawdę sięga w najgłębsze obszary naszych uczuć i seksualności. To bardzo odkrywcze libretto i bardzo współczesne. Chociaż oparte na starym jak świat motywie. Zabawa jest stara jak świat, a polega na tym, że po jakimś etapie znudzenia seksualnego pojawia się potrzeba udawania kogoś innego. Mąż albo kochanek udaje, że jest kimś innym, a żona czy kochanka udaje, że to akceptuje. Sztuka "Kochanek" Harolda Pintera bardzo zgrabnie to opisuje: mąż wychodzi do pracy i po chwili powraca przebrany za hydraulika. Wielu ludzi tak się bawi. To naturalny odruch. W naszej monogamicznej do niedawna kulturze utrwaliło się coś, co pozostaje sprzeczne z ludzką naturą. Ma się ochotę wypróbowywać różnych partnerów, a monogamia nas obliguje do czegoś przeciwnego. Napięcie między monogamiczną kulturą apoligamiczną naturą znajduje ujście w formie erotycznej zabawy czy relaksu. Takiej jak w "Cosi fan tutte", polegającej na zamianie par. Tak, zabawa, którą zaproponował Mozart, jest o wiele bardziej perfidna i niebezpieczna, dlatego że jego bohaterowie nie tylko udają kogoś innego, ale jeszcze jawnie zamieniają się miejscami. Tu już nie ma zabawy, tylko krzyżowanie się par i zdrada.

Dzisiaj tego rodzaju zabawy nazywa się swingowaniem. Ale takiego łatwego uwspółcześniania Pan nie proponuje. "Cosi fan tutte" przeniósł Pan w lata 20. XX wieku, w czasy art deco.

Wzięło się to stąd, że w kostiumach z epoki nigdy nie udaje się osiągnąć dramatycznej powagi. Patrzymy na ten odległy wystrój z przymrużeniem oka. Natomiast przeniesienie w czasy całkiem współczesne, po to by ułatwić widzom identyfikację z bohaterami, z kolei Gdańska inscenizacja opery Mozarta "Cosi fan tutte" przenosi czas jej akcji w lata 20. XX wieku, epokę stylową, rozrywkową i wyjątkowo frywolną daje komiczny efekt niezgodności z muzyką. Historyczna muzyka nie stroi z tym, co jest przedstawione jako współczesne. Nie tylko ja, ale i wielu innych realizatorów widowisk operowych szuka pośredniego rozwiązania, polegającego na tym, że umieszcza się wydarzenia w miarę blisko, ale tak, by pozostał w tym element stylizacji, który pozwala na harmonijne zgranie wydarzeń z partyturą.

A lata 20. były i stylowe, i frywolne? Była to wyjątkowo rozrywkowa epoka. Zgadza się to z historyjką opowiadaną w operze. Motyw seksu i miłości, wierności i rozwiązłości pojawiał się też innych Pańskich inscenizacjach, choćby w "Don Giovannim".

W rozmowie, zamieszczonej w programie "Cosi fan tutte", wyjawiam, że konsekwentnie opowiadam w różnych spektaklach operowych o moim poczuciu, że istnieje coś takiego jak wyższość moralna kobiety nad nami mężczyznami. Staram się to udowadniać, wyszukując tytuły, które o tym mówią i są apologią wielkich kobiet. W "Cosi fan tutte" co prawda nie ma wielkich kobiet, ale mamy za to opowieść o niecnych mężczyznach, o tym, jak nasz męski świat jest głęboko zdemoralizowany z powodu poczucia wyższości i z powodu władzy, którą wzięliśmy sobie tysiące lat temu i trzymamy do dzisiaj. Ta męska władza nad światem doprowadziła do tego, że świat jest zły, źle zorganizowany, oparty na przemocy, na kulcie siły. Co prawda bardzo się to teraz zmienia. Mężczyźni stają się coraz bardziej partnerscy, opiekuńczy, ciepli. To wielka przemiana cywilizacyjna. A gdy kobiety zaczną organizować świat według swojego potencjału, to ten świat stanie się lepszy. Ja w to naprawdę wierzę i jestem za.

Zaraz, zaraz: czy kobiety w "Cosi fan tutte" nie okazują się niewierne? Gdzie ta ich moralna wyższość nad nami? Ale to dzieje się w kontekście męskiego świata, który zdradę prowokuje. To on jest źródłem zamieszania i świństwa.

Historia opowiadana w tej operze całkowicie kobiety rozgrzesza. Mężczyźni prowokują zabawę, a kobiety mówią: dobrze, spróbujmy. I w trakcie tej gry okazuje się, że jest im bardziej po drodze z nowymi partnerami. To lepszy wybór, oparty na prawdziwej miłości. I gdy już się to tak ułożyło i kobiety mówią: przetestujmy to ostatecznie, podpiszmy ślubny kontrakt, te męskie świniaki zamieniają się z powrotem i triumfują.

Gdyby świat był oparty na kobiecych wyborach, byłby prostszy, uczciwszy, szlachetniejszy? Jestem o tym absolutnie przekonany.

Jarosław Zalesiński
Materiał Teatru
28 lutego 2014

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia