Cudów nie ma

"Amatorki" - reż: E. Sadowska - Teatr Polski w Poznaniu - 20. GST

Nieszczęście, że noblista Elfriede Jelinek zgodziła się, by "Amatorki" wystawiać poza siedzibą teatru. W ten sposób nie tylko poznanianie stracili swój czas łudząc się, że Emilia Sadowska ponowi swój sukces z okresu reżyserii "Zwału" Shutego.

Kolejny to przypadek „dzieła” na antypodach swego pierwowzoru. Nie znaczy to też, że tak niedościgniony jest tekst Jelinek, choć festiwalowy program przypomina, że jest laureatką literackiego Nobla. Nie widzę związku miedzy tym faktem, a wystawieniem „Amatorek”. Próba oświetlenia przedstawienia światłem emanującym z dokonań Jelinek jest przewrotna. Nie ma znaczenia kto zainspiruje, ważne jak to zrealizujemy. Liczy się wyłącznie profesjonalizm – uwaga pada na scenę.

A tu rarytasów nie ma. Choć należy przyznać, że najlepszy moment przedstawienia to ten, w którym się jeszcze nie zaczęło. Pusta przestrzeń gry w półmroku czeka na początek. Surowa kompozycja bryły, która być może nabierze symbolicznego wydźwięku, gdy pojawi się aktor i zabrzmi muzyka. Jest dobrze – scenografia hipnotyzuje i zagarnia do środka. Pozwala ufać, że nieprzypadkowe jest to pokrewieństwo z „dziełem sztuki żywej”. Ile dobrego może zdziałać geometryczny porządek? Ile jest w stanie powiedzieć przestrzeń, zanim wszystko się zacznie? W przypadku „Amatorek” zdecydowanie więcej, niż cały spektakl. 

Ciężka jest świadomość, że wszystko zostało zmarnowane, mimo tak dobrze zapowiadającego się początku. Dyskomfort bynajmniej nie zamierzonego chaosu stóp, które gubiły się w tej geometrycznej jedni i tupały bez wyczucia. Ból przedziwnie niekonsekwentnych gestów, które nie nadawały planowanej mechaniczności, a wątpliwą ekspresję niezdarnego rzucania się. Zniechęcenie niedokładnością w pracy z rekwizytem, ciągle dającego się odczuć przypadku oraz improwizacji. Głosy aktorskie – dlaczego często nie było ich słychać, krzyk brzmiał jak pisk, a jedna z aktorek mówiła na wdechu? Straszne gruzowisko formy. 

Było o intuicyjnym wyborze drogi życiowej, krótkowzrocznym raczej wizjonerstwie i interesownym podejściu materialistów do egzystencji. Do tego jeszcze kilka rozterek kobiecych, które da się spokojnie bez zubożenia ich tematyki ująć w klamrę wątku „mieć czy być”. Niemożność znalezienia szyfru do porządku przedstawienia uzmysławia koszmar ostatnich scen - Rubik! Rubik do reszty rozgryza, miętosi, przeżuwa na popkulturową miazgę ten pitagorejski świat, który mógł przetrwać do końca w nikłej postaci, a zginął na amen. Zresztą może to i dobrze.

Małgorzata Bryl-Sikorska
Dziennik Teatralny Katowice
18 maja 2009

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia