Cudowne brzmienia, intymność nastrojów

56. Muzyczny Festiwal w Łańcucie

Zachwycające i jakże odmienne brzmienia fortepianu pod palcami Gabrieli Montero i Diny Yoffe oraz kunszt wiolonczelisty Ivana Monighettiego z grającą jak jeden instrument Orkiestrą Kameralną Wratislavia, którą brawurowo i zdyscyplinowanie prowadził świetny skrzypek Jan Stanieda zdominowały 56. Muzyczny Festiwal w sali balowej zamku i w parku przed zamkiem w Łańcucie oraz w Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie 20-28 maja.

Wartością osobną był cieszący się wielką popularnością recital przed zamkiem Ive Mendes, światowej gwiazdy bossa novy, której towarzyszyli Christian Marsac na gitarze, John McKenzie na basie, Tristan Banks i Oli Savill na sprzęcie perkusyjnym oraz kwintet smyczkowy Filharmonii Podkarpackiej. Ive czarowała intymnością nastrojów bossa novy, samby, jazzu, soulu, popu i chilloutu, pięknym głosem, o szczególnej zmysłowości i głębokiej namiętności. Można to było docenić w „If you leave me now", „Natural High", „Night Nights" czy „I don't wanna talk about it" i innych utworach nagranych na ubiegłorocznej płycie Ive „Bossa romantica".

Wizytówką Muzycznego Festiwalu w Łańcucie jednak są i raczej pozostaną szczególnej urody klasyczne i współczesne drobne i średniej wielkości formy muzyczne i wokalne. Cieszy fakt, że również i w tym roku ich nie brakowało.

Słuchając bardzo kreatywnych wykonań Montero i Yoffe, można było porównać zaprezentowane w krystalicznej formie dwa odmienne style, zupełnie różne pojmowania przez obie pianistki formy, dynamiki, przekazywania treści i refleksji muzycznych.

Montero klimatycznie i nad podziw subtelnie zagrała Schuberta, jego 4 Impromptus op. 90 D. 899, popisując się delikatnym frazowaniem i precyzją tak doskonałą, że płynące dźwięki stapiały się w idealną całość. Grając Schumanna Carnaval op. 9, poszczególnymi utworami umiała zahipnotyzować słuchaczy, a przechodząc do dwóch miniatur z motywami Chopina i Paganiniego spowodowała burzę frenetycznych oklasków. Nietrudno było zauważyć, że uwielbia improwizować. Bardzo ją to kusiło już przy Schubercie, puszczała wodze fantazji i oko do publiczności przy Schumannie, ale pełnię możliwości i apetytu dała w drugiej części koncertu po przerwie zezwalając publiczności na podpowiadanie przeróżnych motywów, które szybko zamieniała w perły swoich interpretacji: Finezyjnie mieszając Chopina z tradycyjnym jazzem, Bacha z amerykańskimi standardami musicalowymi, a polskie motywy ludowe z Gershwinem. Żartobliwie pozwalając dźwiękom z sobą rywalizować, rozmyślnie wciągała słuchaczy w swoją narrację pełną niecodziennych barw i szczególnego wyrafinowania. A także lekkości, bezustannej energii i zmienności odcieni wyrazowych, które pod jej palcami nabierały wyjątkowego blasku. Przez cały czas imponując słuchaczom nade wszystko niespotykaną wyobraźnią i piekielną techniką!

Yoffe rozpoczęła Beethovena Sonatą G-dur op.31 nr.16, już od pierwszej chwili przekonując słuchaczy, że zachowa posągowe piękno i szlachetność utworu. Sprawi też, że zawierzymy jej przyjaznemu i pełnemu prawdy, zarazem poetyckiemu i bardzo osobistemu dzieleniu się muzyką. Z Brahmsa Fantazji op.116 pieczołowicie wydobyła łagodność i ciepło, światło i cień intelektu subtelnie przenosząc je do wyobraźni słuchaczy. W prezentacji Chopina Nokturnu Es-dur op.55 nr.2 subtelnie, śpiewnie, trochę marzycielsko podzieliła się ze słuchaczami dźwiękiem klarownym i czystym. Imponując w Sonacie h-moll op.58 nr.3 wirtuozowską i zróżnicowaną szeroką linią interpretacyjną, od stalowego forte do najcichszego piano. A także czystością tonu, klarownością, pięknym dźwiękiem płynącym z jej dłoni na klawiaturę i z niej do świadomości słuchaczy. Jej dotyk był stanowczy, zarazem subtelny. To sprzyjało wydobywaniu delikatnych kolorów z zapisu nutowego, ujawnianiu wysmakowania i stylowości. Błyskotliwie osiągała efekty kontrastu pomiędzy szybkimi, a bardziej spowolnionymi fragmentami. W szybkich odcinkach ujawniała drapieżność, w wolniejszych subtelnie opóźniała tempo uważnie wsłuchując się w każdy dźwięk. Udowodniła w Łańcucie, że nadal jest jedną z najlepszych pianistek niemal idealnie współczujących z Chopinem!

Monighetti w Boccheriniego Koncercie wiolonczelowym D-dur G.479 fascynował lekko przymglonym dźwiękiem, świetną techniką, doskonałą równowagą rytmiczną i radosnym samopoczuciem. Zdawało się, że wniknął, wtopił się w utwór, utożsamił, stał jego częścią. A robił to z nieprzeciętną inwencją i smakiem, wnosząc specyficzny rodzaj uczestnictwa w prezentację klasycznego dzieła. Z Orkiestrą Kameralną Wratislavia, którą prowadził Jan Stanieda, błyskotliwie pokonując szybkie tempa i dając popis wysmakowania stylistycznej równowagi. W Vivaldiego Koncercie wiolonczelowym G-dur RV 413 imponował doskonałą precyzją i chwilami żywiołowością. Coraz to zmuszając Wratislavię do ustawicznych zmagań z techniką najwyższego lotu. Sprostała temu wrażliwie współkreując dialog z wiolonczelą Monighettiego, który sugerował coraz to żywsze tempa i najczęściej wychodził zwycięsko z tego dialogu. Można było podziwiać ekspresję smyczków, które brzmiały we Wratislavii niczym w orkiestrze symfonicznej. Stanienda z Wratislavią już sami uraczyli słuchaczy Telemanna Suitą G-dur „Don Kichot" TWV 55:G10 nadając jej narrację beztroską, podskórnie jednak pełną czytelnej refleksji o przemijaniu. Kunsztownie różnicując frazy melodyczne obrazujące poszczególne części utworu na przemian humorem, liryzmem i dramatem rozstania. W Rossiniego I Sonacie a quatro G-dur Stanienda skorzystał konsekwentnie z dyspozycyjności i zdyscyplinowania Wratislavii błyskotliwie zmieniając nastrój z żywiołowego na jeszcze bardziej żywiołowy by na chwilę znów się zadumać, po czym ponownie tryskać żywiołowością, którą już od pierwszych dźwięków muzycy zahipnotyzowali melomanów. Równolegle dbając o wysmakowanie proporcji stylistycznych. A w Dvoraka Serenadzie na smyczki E-dur op.22 on i jego muzycy obdarowali słuchaczy wykonaniem lirycznym, refleksyjnym, wolnym od przerysowań, starannie modelując wszelkie niuanse.

Apollon Musagete Quartett, czyli Paweł Zalejski i Bartosz Zachłód na skrzypcach, Piotr Szumieł na altówce i Piotr Skweres na wiolonczeli, zagrali Haydna Kwartet smyczkowy D-dur op. 64 nr 5 - lirycznie, z dystansem, żartobliwie, w finale żywiołowo. Widać i słychać było, że świetnie się z sobą porozumiewają, dzięki czemu brzmienie ich kwartetu niesłychanie było wyrównane. Nawet wtedy, kiedy emocjonalnie, ale zdyscyplinowanie, kreowali dość spore kontrasty pomiędzy fragmentami lirycznymi i dramatycznymi. W Haydnie mieniły się kolory i odcienie barw: Od subtelnego piano po płynne legato i błyskotliwą wirtuozerię finału. Racząc słuchaczy Griega Kwartetem smyczkowym nr 1 g-moll op. 27, dźwiękowo bardzo finezyjnym, popisali się fakturą brzmieniową w ogromnej palecie kolorów, rozmachem, ekspresją, świetnie budując napięcia. Pendereckiego Kwartet smyczkowy nr 3 „Kartki z niezapisanego dziennika", pełen nostalgii, a zarazem nieoczekiwanej dynamiki, napięć i brzmieniowych wibracji, ze śpiewnym w części końcowej Adagio notturno, zagrali zachowując wysmakowane proporcje tempa i emocjonalność na przemian liryczną i dramatyczną. A na koniec i specjalne życzenie publiczności utwór argentyńskiego propagatora tanga Osvaldo Fresedo "Vida mía" - "Moje życie", trochę już w relaksacyjnym nastroju.

Plenerowo przez zamkiem słuchano i oglądano galę operową i operetkową. Po Uwerturze do „Sroki złodziejki" Rossiniego na scenie pojawili się Katarzyna Dondalska, Monika Ledzion - Porczyńska, Paweł Skałuba, Andrzej Dobber i Joanna Woś, której barwa głosu, technika i możliwości interpretacyjne nie pozostawiają cienia wątpliwości, że jest nadal sopranem o szczególnym uroku i niezmierzonych możliwościach. Mieli oni za tło muzyczne świetnie dysponowanych filharmoników rzeszowskich pod Sławomirem Chrzanowskim dla którego prowadzenie podobnych gali od jakiegoś czasu stało się chlebem powszednim. A także rzeszowski chór uniwersytecki brzmiący doskonale. Oklaskiwano Dondalską zwłaszcza za arię Olimpii z Offenbacha „Opowieści Hoffmanna". Ledzion - Porczyńską i Dobbera za popisową „Habanerę" i „Pieśń toreadora" z Bizeta „Carmen". Owacyjnie Woś i Dobbera za "Usta milczą" z Lehara „Wesołej wdówki". Jak zwykle, podczas takich gali było wiele innych jeszcze arii i duetów, znanych i lubianych, dla których cudownie oświetlony zamek, wtórujące artystom słowiki i zapachy rozkwitających azalii i magnolii stanowiły w zapadającym zmierzchu zjawiskowe tło. W sumie galę oklaskiwała kilkutysięczna rzesza melomanów. Część, która nie mogła już kupić biletów, stała słuchając za fosą zamkową.

Szczególną nastrojowość muzyki Mozarta i Haydna w jakby stworzonej do tego celu sali balowej zamku znakomicie prezentowała Wiedeńska Orkiestra Kameralna pod Michaelem Maciaszczykiem. Racząc melomanów już na wstępie Mozarta V Koncertem A-dur KV 219 i błyskotliwie akcentując w nim zabawnie charakterystyczne pomieszanie szlachetności z lekkością, humorem, nawet frywolnością. Maciaszczyk posunął się o krok dalej w tej urokliwej zabawie w końcowej kadencji cytując Wieniawskiego. W Haydna Symfonii G-dur nr 88 już na wstępnie ukazał zawartą w niej potęgę kończąc całość porywającym Vivace. A w tegoż Haydna Symfonii g - moll nr 83 ukazał jak potrafi zabrzmieć wspaniale jego orkiestra, przeprowadzając swoich muzyków aż do ostatniego akordu z precyzją, bezbłędnie i klarownie przez wszystkie niuanse oraz nagłe i dość trudne zmiany dynamiczne.

Zakończono festiwal Beethovena IX Symfonią d - moll op.125 w Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie w pełnym pasji, precyzji, starannym wykonaniu jej orkiestry pod Massimiliano Caldim. Z udziałem w części finałowej śpiewaków Magdaleny Schabowskiej, Agnieszki Makówki, Tomasza Kuka i Roberta Gerlacha oraz chóru Filharmonii Narodowej. W swojej kreacji Caldi postawił na ukazanie dramatu ludzkiej egzystencji, co zawsze brzmi ponadczasowo, a współcześnie może szczególnie dobitnie. Pierwszą część Caldi poprowadził w tempie umiarkowanym, chyba zamierzenie wybierając ten bardziej majestatyczny wariant zamiast szybszego, które to oba warianty Beethoven w zapisie nutowym w zasadzie pozostawia do wyboru. Ale w części drugiej Caldi narzucił już tempo szybsze. Żeby w trzeciej, lirycznej, dać miejsce dla popisowego brzmienia chóru. A w finałowej czwartej, której zawartość zna każdy Europejczyk, pozwolić zaistnieć Gerlachowi we wspaniałej kreacji barytonowej ze słowami: O przyjaciele, nie takie tony! Pełną piersią w milsze uderzmy! Górniejsze i bardziej radosne! Po czym Caldi dopuszczając pozostałych solistów i chór końcową cześć poprowadził w imponującym tempie!

Marta Wierzbieniec, dyrektor Festiwalu i jego organizatorki Filharmonii Podkarpackiej, już zaprasza na przeszłoroczną edycję. 19-26 maja.

Andrzej Piątek
Twoja Muza
13 lipca 2017

Książka tygodnia

1968/PRL/Teatr
Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego
red. Agata Adamiecka-Sitek, Marcin Kościelniak, Grzegorz Niziołek

Trailer tygodnia