Cudze piosenki, fałszywe dźwięki

"Skowyt" - reż. Maciej Podstawny - Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie

Gdyby twórczość bitników przypominała przedstawienie Macieja Podstawnego chyba już po dekadzie nikt by o niej nie pamiętał. „Skowyt" Anno Domini 2015 to „rewolucja" w gorsecie, interakcja w bezpiecznych granicach scena – widownia, gra z konwencją ograniczona sztywnymi ramami autorskiego tekstu. Król jest nagi. Projekt Podstawnego to anty-transgresja.

26 maja tego roku amerykańskie wydawnictwo Penguin Classic opublikowało „The Essentials Ginsberg" – zbiór najważniejszych tekstów barda Beat Generation; parę miesięcy wcześniej szczeciński magazyn „Elewator" poświęcił poecie numer monograficzny; jesienią 2014 roku wydawnictwo Czarne wydało drugi tom listów Ginsberga oraz książkę Williama Burroughsa i Jacka Kerouaca „A hipopotamy żywcem się ugotowały" o okolicznościach morderstwa, które stało się czarną legendą grupy literackiej z lat 50. ubiegłego wieku.

Jak widać, moda Bitników trwa, jednak czy ich twórczość nie jest już aby tylko wydawniczym produktem, modnym gadżetem hipstera (o ile rzeczony „hipster" nie stał się bardziej frazesem niż istotnym kulturotwórczym fenomenem)? Tymi pytaniami zajmowali się już publicyści modnych tygodników. Nie przerobił ich jeszcze polski teatr, zatem pierwsza sceniczna adaptacja twórczości praojców kontrkultury zapowiadała się jako jedno z ciekawszych wydarzeń zamknięcia sezonu 2014/2015. W materiałach promocyjnych całość wyglądała bardzo ambitnie: z jednej strony powrót do poezji, za którą można było kiedyś trafić za kratki. Z drugiej zaś dekadencka subkultura drugiego millenium, spoglądająca na ikony ruchu kontestacji drugiej połowy XX wieku jak na pożółkłe zdjęcia w rodzinnym albumie. Mimo dobrego PR-u i zaangażowania modnego nazwiska (o młodym reżyserze donosiło już nawet popularne w środowisku „Pilne: Krystian Lupa powiedział") sam efekt finalny okazał się bardziej zapisem z prób czy improwizowaną wariacją na temat niż spektaklem mającym ożywić ducha rewolty. Spodziewano się manifestu pokolenia, a wyszła wydmuszka.

Gdyby twórczość bitników przypominała przedstawienie Macieja Podstawnego chyba już po dekadzie nikt nie pamiętałby o tej formacji ani tym bardziej nie wydawał ich w kolejnych antologiach, o ekranizacji ich biografii nie wspominając. Biedni to poeci, którzy mają takich rewizjonistów. Ale do rzeczy: co jest nie tak ze „Skowytem"?

W depeszowym skrócie – zabija go dosłowność, faktografia i tautologia. Przez pierwsze 60 minut dostajemy historię przypominającą treści przeklejone z Wikipedii i archiwalnych filmików na Youtube. Chciałoby się rzec: Ależ myśmy to czytali, oglądali, o tym rozmawiali. Czy reżyser naprawdę uważał, że na publiczności nie pojawi się nikt urodzony przed rokiem 1989? W najlepszym wypadku oglądamy rekonstrukcję wydarzeń w skali 1:1, w najgorszym zaś multimedialny referat na zaliczenie seminarium o kontrkulturze.

Być może chodziło tu bardziej o ironizowanie, wzięcie w nawias legend młodzieżowej rewolty, lecz cały ten zabieg niweczy podstawowa niespójność. Narrację prowadzą tu postaci historyczne, które przez większość spektaklu nie „wychodzą z ról", nie zdzierają maski ani też nie dialogują ze współczesnością. Jedynym znakiem sugerującym inscenizacyjną umowność jest użycie smartfonów i cyfrowych kamer.

Jeśli oglądamy tu nie bitników ale hipsterów, którzy urządzili sobie piknik w stylu lat 60., to poza zbiorem pretensjonalnych póz i sucharów („W Hemingwayu wkurwia mnie ta nachalna heteroseksualność") nie mają oni wiele do powiedzenia na temat spuścizny Beat Generation.

Nonszalancja, umowność i sztuczność, które zapewne były dramaturgicznym założeniem tego projektu o zblazowanej cyganerii, dają w efekcie przedstawienie rozlazłe i dość sztampowe. Aktorzy grający na proscenium stają się niewidoczni dla widzów, siedzących dalej niż w drugim rzędzie. Zabieg ten nie intryguje lecz irytuje, gdy połowa obsady znika gdzieś, by jak w pijanym widzie pojawić się w projekcjach wyświetlanych na ekranie w tle sceny. W „Skowycie" Podstawnego to niestety nie treść, lecz forma (efekt czy wręcz efekciarstwo) wysuwa się na pierwszy plan. Nie ma nic złego w użyciu multimediów, poszarpanym stylu (vide montaż w filmie„Urodzeni mordercy") o ile niesie on jakiś konkretny przekaz.

Czy to jeszcze teatr stawiający pytania o współczesność czy już materiał dydaktyczny dla mało zdolnych studentów kulturoznawstwa? Reżyser co rusz usiłuje znaleźć argumenty na aktualność amerykańskich buntowników, ale Jack Kerouac pojękujący „Allah Akhbar", skaczący w samej bieliźnie i założonym na głowę plastikowym worku to doprawdy mało przekonujący a wręcz wyświechtany komentarz do bestialstwa strażników w więzieniu Abu Ghraib.

Przedstawienie siada w momentach tak słabych jak ten, w którym hipster-Ginsberg staje przed widownią i zaczyna objaśniać idee bitników, czyli właściwie tłumaczyć, o czym nam tu przez ponad godzinę opowiadano. Kpi czy o drogę pyta? Czy to sparodiowany prolog historii Pyrama i Tysbe w „Śnie nocy letniej"? Czy ja tu śnię, czy reżyser „a priori" uznał mnie za idiotę? Trochę za dużo tautologii jak na utwór tak od początku oczywisty. Gdy młody, naprawdę zdolny aktor (Jan Jurkowski – kongenialny partner Joanny Szczepkowskiej w spektaklu „Pelcia, czyli jak żyć, aby nie odnieść sukcesu") mówi nam: „Bitnikom chodziło o maksymalizację ich działalności w sztuce. O to, co dzieje się w tej chwili, o trwanie w tym momencie" to mam ochotę skowyczeć przywalony ilością klisz i stereotypów, do jakich sprowadzono tę wariację na temat wielkich niepokornych.

Prowokacje nie działają również wówczas, gdy Łukasz Stawarczyk w roli Kerouaca pyta widzów czy wystarczy mu jeden plecak aby wyruszyć w siedmioletnią podróż. Na odpowiedź twierdzącą odpowiada inteligentnie: „No to nie mam co grać", po czym kontynuuje wyuczoną kwestię. Na czym ma polegać ta interakcja? Na bezpieczeństwie i komforcie aktora? Bawimy się tylko na z góry ustalonych zasadach? Ktoś tu sobie nie radzi, ktoś tu udaje, ktoś nas nie traktuje serio.

Niewiele pozostaje z tej multimedialnej prezentacji o artystycznej bohemie San Francisco. Brak komentarza, rewizji, czegokolwiek, co wyszłoby poza schemat i zwykła kronikarstwo. Widzów o nic to nie wzbogaci, bitnikom nic to nie zaszkodzi. Ginsberg nie musi nic nikomu udowadniać. Pozostaje wielkim kontynuatorem duchowej spuścizny Whitmana, mistrzem Zen, poetą transcendencji, aktywistą i wielkim amerykańskim bohaterem XX wieku, podobnie jak pozostali wywołani z zaświatów kontestatorzy. Postawny może zaś oddać im prawdziwą cześć zakupując kila tomów ich poezji dla podupadających miejskich bibliotek.

Jakub Wydrzyński
Dziennik Teatralny Kraków
29 czerwca 2015

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia