Cwałowanie ojczyzny

"Kalkstein/Czarne Słońce" - reż. Joanna Grabowiecka - koprodukcja Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie i Teatru im. Solskiego w Tarnowie

"To nie mój tekst" - żałośliwa skarga niosła się szeroko po szatni krakowskiej Łaźni Nowej. Rozgoryczona i wściekła Julia Holewińska dzieliła się szczodrze swym dyskomfortem z całą widownią opuszczającą teatr po prezentacji "Kalksteina/Czarnego słońca", koprodukcji Teatru im. Solskiego z Tarnowa i Teatru Łaźnia Nowa, przygotowanej na grudniową Boską Komedię. Rozumiałem złość pisarki, znając sztukę, choć skarga nie była precyzyjna. Nikt przecież, jeśli się nie mylę, niczego jej nie dopisał. Skrócono, owszem, sporo, ale też dramat, co sama przyznaje, był niezwykle obszerny. Aliści problem - bolesny dla wielu dramatopisarzy; autorka dołączyła tym sposobem do licznego klubu - polegał na tym, jak skrócono. I co wybrano.

Pisząc sztukę Holewińska oparła się na świetnym reportażu Adama Zadwornego w "Dużym Formacie" poświęconym postaciom Ludwika Kalksteina i Blanki Kaczorowskiej. Niemieckim konfidentom i współsprawcom najcięższych zdrad wojennych z wydaniem Stefana Grota-Roweckiego na czele, po wojnie pozostającym pod mniej lub bardziej ścisłą esbecką kuratelą. Osobom zajmującym bez wątpienia poczesne miejsce w hierarchii kanalii współczesnej Polski, a przecież jakoś niezwykłym - w swoim przedziwnym pomieszaniu manii wielkości ze skłonnością do masochistycznych upokorzeń, inteligencji z moralną ślepotą, rojeń o wallenrodyzmie ze zmysłem praktycznym, wielości talentów (zwłaszcza w jego przypadku) z nikczemnością charakteru. Te pełne sprzeczności sylwetki, godne powieści lub filmu, pięknie zarysowuje już reportaż; można mieć lekkie pretensje do dramatopisarki o wtórność w kreśleniu samych postaci. Jej teatralnym patentem jest jednak figura nazwana Ojczyzną - atomowa wyrzutnia patetycznych cytatów i frazesów, najwznioślejszych i najtrywialniejszych, wiecznie mądrych i wiecznie głupich przykazań, sloganów i liczmanów. Spersonifikowana ściana słów napominających i wyklinających, pięknych i wstydliwych, leksykon narodowych mądrości, który miał być tłem dla losów głównych postaci, kontrapunktem dla ich działań, czasem drwiną, czasem przygwożdżeniem, czasem, być może, obroną. Tak czy owak głównym źródłem dramatycznego napięcia w sztuce.

I teatr dobrze, zdawać się mogło, przygotował teren do tej konfrontacji. Mirek Kaczmarek postawił na scenie swoisty częstokół z rdzawych, blaszanych kątowników; na blankach stanęły w roli strażników cztery królewskie sępy, między nimi szczupły chłopak w czarnym kapturze, muzyk, grą na żywo podbijający działania sceniczne. U podnóża półokrągłego muru wysypano piaskiem "ziemię ubitą", arenę zmagań postaci ze sobą, z meandrami własnych losów. I gdy nad tym poletkiem, na szczycie murów ukazała się Ojczyzna w korpulentnej postaci Małgorzaty Wojciechowskiej, z obfitym biustem, jasnym włosem i stentorowym sopranem, niczym słowiańska walkiria, natrętna i groźna, patetyczna i zaborcza - wszystko było gotowe do przewrotnego sądu nad Kalksteinem, Kaczorowską i tym wszystkim, co z nimi wyrabiała historia a oni z nią.

Zabrakło podsądnych. Bo żeby konfrontacja narodowej logorei z rzeczywistością dziejów miała swą wieloznaczność i moc, teatr winien nam, widzom, jednak opowiedzieć o ludziach przedstawianych na scenie. Pewnie skrótowo, może i nieco schematycznie, ale przekonująco i uważnie. Z niezbędnym, wolno sądzić, sztafażem teatralnej narracji, z odpowiednim rozłożeniem akcentów, wyprowadzeniem racji i konfrontacji w dialogach, z kropkami nad "i" w finałach scen. O to wszystko Joanna Grabowiecka, reżyserka, nie zadbała, może nie potrafiła, może nie uznała tego za ważne, może wzruszyła ramionami. Ale dramaturgiczny zamysł szlag trafił: tło zżarło pierwszy plan. W rezultacie całymi minutami grzązł w piachu areny blady, niekonsekwentny, niczym nie przyciągający uwagi Ludwik Kalkstein; bodaj nigdy nie widziałem Andrzeja Platy, świetnego, pomysłowego aktora, tak bezradnego scenicznie. Blanka Kaczorowska Natalii Kality rozmyła się gdzieś pomiędzy innymi paniami z tej opowieści, potraktowanymi równoprawnie i kradnącymi sobie wzajem uwagę. Kolejne scenki na ubitej ziemi straciły jakikolwiek wyraz, albo uwaga inscenizatorów koncentrowała się na elementach drugorzędnych, choćby na efektownych tańcach. Stosunkowo najwyraziściej rysowały się scenki z udziałem wojskowych, ponieważ Ireneusz Pastuszak grający wszystkie mundurowe role (żołnierza polskiego, gestapowca, milicjanta) dostał do dyspozycji jasny i czytelny znak sceniczny. Reszcie takich nie dano, choć dało by się je znaleźć w dramacie. I tak oto z kwadransa na kwadrans widowiskowa maszynka - niezwykle oryginalna i obiecująca - stawała się całkowicie bezużyteczna. Sytuacje ciurkały niemrawo, bądź, owszem, wybuchały erupcjami energii Ojczyzny-walkirii, ale jej napaści, skoro nie miały do kogo się odnosić, szły na rozkurz.

Oglądałem jeden z dwóch grudniowych pokazów podczas krakowskiej Boskiej Komedii. Piszę przed oficjalną premierą w tarnowskim teatrze, zaplanowaną na połowę stycznia. Jeśli jeszcze pracowano nad spektaklem i te uwagi (tudzież żale Julii Holewińskiej) okażą się nieaktualne, jeśli zatem był to błąd, a nie zamysł - ucieszę się pierwszy.

PS: Uprasza się niniejszym pana Marcina Ceckę, kierownika literackiego tarnowskiej sceny, by zadając w programie spektaklu autorce następujące pytanie: "czy uważasz, że za pomocą współczesnego dramatu, dla współczesnej, nieco znudzonej klasycznymi narracjami widowni, można opowiedzieć coś biograficznego, lub choćby quasi-biograficznego?" - mówił za siebie. Nie za tę uogólnioną widownię. Gdy się trochę włóczy po teatrach, łatwo odnieść wrażenie przeciwne: dostrzec tęsknotę publiczności właśnie za narracjami bądź to klasycznymi, bądź nowocześnie przetworzonymi. Dobrze scenicznie zrobionymi, ma się rozumieć.

Jacek Sieradzki
e-teatr.pl
14 stycznia 2016

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Dzień Dziecka w Baju P...
Zbigniew Lisowski
Wycieczka po Teatrze Baj Pomorski w T...