Cybernetyczny thriller z dużymi aspiracjami

"Transfer" - reż: Norbert Rakowski - Teatr Nowy, Łódź

Trzecia w tym sezonie premiera w łódzkim Teatrze Nowym budzi sprzeczne uczucia. Reżyser chciał zaproponować coś ponad recytowanie dramatu Maksyma Kuroczkina i dzięki temu "Transfer" bije na głowę wszystko, co w tym sezonie teatr z ul. Więckowskiego wpuścił na scenę.

Norbert Rakowski oddał dzieło skończone, lecz w prowadzeniu widzów do piekła i z powrotem zatrzymał się w pół drogi: egzystencjalny lęk znika, śmiechu tu nie za wiele, główne treści nie zawsze przedzierają się przez mglistą inscenizatorką zasłonę. 

Zblazowanego biznesmena Curikowa (Przemysław Kozłowski) przeżera duchowa i moralna pustka. W życiu rodzinnym jest oschły, bezwzględny i surowy - podobnie w zawodowym. Bliżej nieokreślone interesy, które prowadzi, ukazują go jako wielkiego manipulatora. Żona (Joanna Niemirska) to ładnie opakowany przedmiot, którym może i chce dysponować według woli własnej. Ale Eugenia nie chce też uchodzić za mniszkę. W bezcelowym banale ich hedonistycznej egzystencji wyrwy mógłby dokonać list otrzymany od... nieżyjącego ojca. Zaproszenie do piekła. Cóż tam piekło, miejsce jak każde, zdaje się sądzić Curikow. Nie dziwi go nic, nawet niespodziewanie zjawiający się kolega z wojska, Pampucha (Michał Bieliński). Do wyprawy, w której towarzyszy mu gogusiowaty płatny kochanek żony Dymitr (Mariusz Ostrowski) i własna sekretarko-kochanka Masza (Marta Dobecka), przygotuje się nie mentalnie, a czysto turystycznie. Wizyta, podczas której ujrzy m.in. moralnie niepewnego swej wielkości Boga (Bartosz Turzyński), błąkającego się pod postacią obdartusa, oczywiście nie zmieni jego życia. Piekło i byt ludzki nakładają się na siebie i niczym nie różnią. "Transfer" nie podsuwa recept na miałkość naszej ludzkiej kondycji, raczej ją demaskuje. Gorzej, że nie zawsze odbywa się to w sposób do końca zrozumiały.

Wrażenie miała robić i robi scenografia Wojciecha Stefaniaka. Diaboliczny, futurystycznie wygięty ekran srebrzy się i lśni, zmieniając"ziemską" sferę spektaklu w cybernetyczny thriller. Śmigające po nim liczby jasno dają do zrozumienia, na czym opiera się egzystencja, lub raczej - przez kogo i czym została zdominowana. Fotobłyski dzielą nielinearnie postępującą akcję na drobne akty. Wśród mebli wpychanych lub samobieżnie wjeżdżających na kolistą scenę, wkraczają i tanecznie schodzą z niej (by siąść miedzy widzami) aktorzy. Naprzemiennie odgrywają rolę obserwowanych i obserwujących. 

Lecz aktorsko "Transfer" jest bardzo nierówny. O wytworzeniu się chemii w zespole nie może być mowy, to zaledwie przelotny flircik. Zabrakło też jednej silnej osobowości, która zdominowałaby scenę, a spektaklowi nadała ostre rysy. Całkiem poprawnie poradzili sobie Bieliński i Kozłowski, ale o ważnych rolach mówić nie sposób. Bardzo dobre rzemiosło zaprezentował Mariusz Ostrowski. Ale aspiracje aktorów rozminęły się z wizją reżysera, jakby osoby dramatu przykazano budować nad wyraz płasko. Dopracowanych, niejednoznacznych kreacji brak. Jest Wojciech Droszczyński (wódz Wielki Zając, a jednocześnie demoniczny Manabozo), ale jego indiański pióropusz, skórę harleyowca narzuconą na parciane drelichy, spaloną twarz ogląda się przyjemniej niż konwencjonalną grę. Reszta została odsunięta w tło, na wydostanie się z którego reżyser nie znalazł pomysłu. Poległa Joanna Niemirska, przez dwie godziny nudząc jednostajną intonacją.

Im bliżej końca tym więcej rekwizytów na scenie, tym bardziej duszna staje się atmosfera. Ta wizja zarazem oszałamia i przytłacza, psując klarowność przekazywanych treści. Również groteska wymyka się ujęciu Rakowskiego. Może zbyt serio potraktowano egzystencjalne zapędy dramatu? A może ze zbyt wielkiej armaty zapragnięto strzelać, a po wytoczeniu jej na scenę sił zabrakło, by napełnić ją prochem?

Łukasz Kaczyński
Polska Dziennik Łodzki
2 lutego 2010

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia