Czar pegeeru

"Napój miłosny" - reż. Henryk Baranowski - Opera Krakowska w Krakowie

Krakowska premiera "Napoju miłosnego" Donizettiego była pierwszą inscenizacją tego dzieła w blisko sześćdziesięcioletniej historii Opery Krakowskiej. Nowe przedstawienia operowe w Krakowie można zliczyć na palcach jednej ręki, dlatego z nadzieją wybrałem się do teatru 2 grudnia. Błahe i naiwne libretto "Napoju", autorstwa Felice Romaniego, do wybitnych nie należy, pozwala jednak na chwilę zapomnienia, opiewając nie tylko miłość, ale też zalety dobrego trunku. Henryk Baranowski, autor krakowskiej inscenizacji, podążył właśnie tym tropem. Jak napisał w książce programowej, inspiracją był dziecięcy pobyt z matką w Kliczkowie, leśnej osadzie na Ziemiach Odzyskanych.

"Mama znała biegle trzy języki, z tego też powodu została kierownikiem Państwowego Handlu Drewnem. Osada składała się z traktorzystów, furmanów, leśników, gajowych, ich rodzin oraz kilku osób pochodzenia niemieckiego, spełniających ważne funkcje akuszerki i felczera. Wszyscy się znali, pomagali sobie wzajemnie, zdobywali jedzenie, dzielili się zabitym świniakiem, razem świętowali" - wspomina reżyser. Akcję Napoju przeniósł w lata pięćdziesiąte, w realia polskiego socjalizmu, z PGR-em włącznie.

Od razu dostaliśmy sygnał, że będzie z przymrużeniem oka - świadczyło o tym choćby wtargnięcie na scenę, jeszcze przed uwerturą, dyrygenta Jewgienija Wołyńskiego, któremu przypadła rola "szalonego showmana". Może dlatego prowadził orkiestrę - delikatnie mówiąc - z pośpiechem, skupiając się bardziej na teatralności i efektownych gestach. Trzeba jednak przyznać, że świetnie wpisał się w konwencję. Na scenie pojawiali się pracownicy pegeeru, na czele z przodowniczką pracy, traktorzystką Adiną (świetna Joanna Woś), włoscy komuniści (udający powojennych imigrantów z Grecji), kolorowi bikiniarze. Nie zabrakło też zwierząt gospodarskich: kur, indyków oraz kozy. Paradoksy tych czasów zręcznie przedstawiła Dorota Morawetz w kostiumach swojego autorstwa - z jednej strony oglądamy robotników ubranych w siermiężne robocze chałaty, w obowiązkowych kaloszach i uszankach, z drugiej - szykowne elegantki, żywcem wyjęte z filmów Felliniego. Nie wiem tylko, dlaczego żołnierze wyglądają, jakby wrócili właśnie z Iraku albo Afganistanu.

Śpiewacy stworzyli spójne i przemyślane kreacje. Rozbawił mnie Dariusz Machej jako groteskowy Dulcamara - oficjalnie komiwojażer, w rzeczywistości cwany cinkciarz. Wiarygodny w roli sierżanta Belcore był Stanisław Kufluk - pewny siebie, zarozumiały, prawiący tanie komplementy. Całkiem dobry aktorsko Adam Zdunikowski (Nemorino) śpiewał niestety siłowo i w efekcie brzmiał mizernie. Pozytywnie zaskoczył mnie chór przygotowany przez Zygmunta Magierę: wokalnie bez zarzutu, a w dodatku - dynamicznie uczestniczący w akcji opery. Na wzmiankę zasługuje też kreująca niemą rólkę notariusza Dagmar Bilińska, aktorka charakterystyczna.

Od dawna nie było w Operze Krakowskiej przedstawienia tak bezpretensjonalnego, dowcipnego, a zarazem spójnego. Wszystko do siebie pasowało - skromna scenografia, kostiumy i choreografia. Tym bardziej dziwi niepotrzebny, polityczny, wyrwany z kontekstu komentarz reżysera w programie: "Przyszedł wielki przełom 1989 roku i straciliśmy orientację. Nagle wszystko zdominowała kompletna amerykanizacja, dzikie prawo rynku zniszczyło polskie kino, polski teatr i inne rodzaje twórczości. To zachłyśnięcie kapitalizmem wolnorynkowym zabiło w naszym społeczeństwie najwyższą wartość, która stanowi duchowy, twórczy rozwój. Czymże jest dzisiejsza pełnia materialna, jak nie porażającą klęską humanizmu, wielką maszynką do przemielenia naszego życia i stworzenia z nas żywego towaru, niewolników mamony z wyobraźnią zależną od wysokości bankowego konta".

Na szczęście nie zrozumiałem przesłania spektaklu, wyszedłem uśmiechnięty i w poczuciu dobrze spędzonego czasu.

 

Mateusz Borkowski
Ruch Muzyczny
12 stycznia 2013

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia

Ballady i romanse
Gabriel Gietzky
Cóż może być bardziej romantycznego, ...