Czarne wrony, czarno kraczą

"Wroniec" - reż. Jan Peszek - Wrocławski Teatr Lalek

W Polsce bohaterem nigdy nie został filozof, wybitny wynalazca lub naukowiec, którego odkrycie zmieniło świat. To słowo zarezerwowano dla kogoś, kto poniósł bezsensowną śmierć, był przywódcą kolejnego zakończonego klęską powstania lub w pojedynkę stanął do walki z uzbrojoną po zęby armią. Artystyczne wypowiedzi mówiące o historycznych wydarzeniach to panegiryki pisane na cześć wodzów lub obrzydliwe paszkwile pod adresem wrogów. Czy można zmienić język, którym zwykliśmy mówić o wydarzeniach z kart naszej historii? Jan Peszek swoim najnowszym spektaklem udowadnia, że sprawa nie jest przegrana

Problem z mówieniem o klęskach i sukcesach naszych przodków wciąż polega przede wszystkim na zakorzenionej głęboko w polskiej tradycji skłonności do mitologizacji i budowania pomników - także tych metaforycznych. To, iż Jan III Sobieski na zawsze pozostanie Lwem Lechistanu i Obrońcą Wiary jest o tyle zrozumiałe, że był to jeden z bardziej wyrazistych królów Polski, który na polu walki istotnie znacząco się zasłużył. Polacy uwielbiają jednak rozsławiać słowa (niejednokrotnie nigdy niewypowiedziane) i czyny (częstokroć upiększone legendą) prostych, pozornie mało znaczących jednostek, z którymi zidentyfikować może się każdy. Kosynier Głowacki z Rzędowic to drugi po przywódcy insurekcji kościuszkowskiej powszechnie znany uczestnik tamtych wydarzeń, choć jego największą zasługą było jedynie zdobycie pierwszej armaty wroga. Podobnie sprawa wygląda z bohaterem jednego z najlepiej przyswojonych przez uczniów polskich szkół utworu Mickiewicza. To, że Julian Ordon nie wysadził się w powietrze ze składem amunicji by nie oddać go wrogowi, lecz popełnił samobójstwo na emigracji we Włoszech nie przeszkadza by zaliczyć go w poczet narodowych bohaterów. Przykłady można mnożyć, każdy z nich jasno pokazuje jednak, jakie zasady rządzą polską narracją historyczną. Epoka romantyzmu dobiegła końca dawno temu, wciąż jednak nie udało nam się wyzwolić spod jej heroizującego jarzma. Nie sposób nie zauważyć, że współcześni twórcy mają olbrzymi problem z wypracowaniem języka, którym można, bez patosu, za to z polotem, a nawet humorem, mówić o doniosłych wydarzeniach. W teatrze, który jest sztuką wizualną, wydaje się to szczególnie trudne. Jak bez popadania w skrajności, wypowiadania z ekskatedralną nieomylnością sądów mówić o najnowszej historii Polski? W ostatnim czasie w polskim teatrze udało się to osiągnąć kilku reżyserom, czego egzemplifikację stanowią dwa niezwykle udane przedstawienia, których twórcy wykazali się doskonałym wyczuciem formy. Jednym z nich jest wzniosły, wzruszający pięknem i prostotą obrazów „Alexanderplatz” Pauliny Wycichowskiej zbudowany wokół wydarzeń związanych z obradami Okrągłego Stołu, drugim natomiast „Wroniec” Jana Peszka - zrealizowany we Wrocławskim Teatrze Lalek spektakl na podstawie fenomenalnej powieści Jacka Dukaja. Drugie z przedstawień w pełni wyzwala się z okowów polskiej tradycji martyrologicznej i o minionych wypadkach mówi językiem współczesnego widza.

Historia napisana przez Jacka Dukaja jest porywająca, przemawia do wyobraźni czytelnika w każdym przedziale wiekowym. Pozwala spojrzeć na wydarzenia z grudnia 1981 roku oczyma kilkuletniego Adasia - prostolinijność i naturalna ciekawość dziecka obnaża absurdy systemu, któremu podporządkowały się tysiące dorosłych jednostek. Bohater jest synem opozycyjnego pisarza, zwykłym chłopcem, któremu pewnego dnia wszystkowiedzący Wroniec porywa całą rodzinę - rodziców, babcię, wujka oraz małą siostrzyczkę. Adaś wyrusza więc na poszukiwania najbliższych stawiając czoła Bubekom, Milipantom z MOMO, żelaznym Sukom oraz łypiącym straszliwymi, wszystkowidzącymi oczyma Wilkom. Przez krytyków literackich powieść Dukaja porównywana jest do „Alicji w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla (to porównanie sprowokował sam autor wspominając o książce Carrolla w jednym z wywiadów) i baśni braci Grimm - poniekąd słusznie, bowiem Adaś także odbywa niesamowitą podróż w nieznaną krainę spotykając na swej drodze przedziwne postaci. Jednak jak przedstawić taką wielość zdarzeń w ograniczonej, teatralnej przestrzeni? Jak z prędkością pędzącej komety przenosić widzów z jednego miejsca w drugie nie tracąc klarowności i spójności przekazu? Jan Peszek wykorzystał sceniczne doświadczenie, które połączył z ogromną wyobraźnią i wyczuciem potrzeb współczesnego widza, którego nawyki percepcyjne są specyficzne. Akcja toczy się w niesamowitym tempie, które widzowi nie pozwala na nudę, aktorom natomiast na chwilę wytchnienia. Okazje się, że stworzenie skierowanej do młodych odbiorców artystycznej wypowiedzi mówiącej o przeszłości w sposób zrozumiały i fascynujący jest możliwe.

Już pierwsze sceny spektaklu pozostawiają niezatarte wrażenia - nagle nad głowami bohaterów pojawia się gigantyczna ptasia łapa, w której krogulczych szponach zapada w sen główny bohater. Wroniec zabiera ze sobą jego ciało pozwalając mu śnić sen odgórnie sterowany, bowiem w tym świecie nic nie dzieje się bez wiedzy i zgody Wielkiego Obserwatora. Mieszkanie głównego bohatera urządzone wedle mody sprzed kilkudziesięciu lat nagle gdzieś znika, ściany rozjeżdżają się w różnych kierunkach (funkcjonalna, niezwykle przemyślana, pomysłowa scenografia Roberta Rumasa) by tworzyć coraz to nowsze przestrzenie. Adaś (Grzegorz Mazoń) będzie wędrował ulicami miasta kierowany intuicją i wskazówkami swojego przewodnika Jana Stanisława Wieńczysława Betona (Tomasz Maśląkowski), który „temi ręcami” walczył będzie z wronami pomagając swojemu podopiecznemu i udowadniając, że w opozycji działali nie tylko inteligenci w wytartych na łokciach sztruksowych marynarkach i rogowych okularach. Beton to atletycznej budowy robotnik (jego muskulatura to pomysłowy, wzbudzający uśmiech na twarzach widzów kostium wypełniony czymś w rodzaju watoliny imitującej mięśnie), który - wbrew stereotypowi człowieka o nieskomplikowanej umysłowości nadającego się wyłącznie do budowania „dobrobytu” Polski Ludowej - należy do ludzi mających „tak za tak, nie za nie”. Scena, w której kruki wydziobują mu oko jest metaforą ceny, którą przyszło płacić za płynięcie pod prąd. W spektaklu mamy do czynienia z nieustannym przeplataniem się tragizmu z komizmem.

Przedstawienie jest połączeniem konwencji teatru lalkowego z planem żywym (spośród głównych bohaterów jedynie małoletnia siostrzyczka Adasia jest lalką), mamy także okazję wysłuchać kilka dowcipnych piosenek - podczas muzycznego utworu opowiadającego o tym, jak dobrze być Bubekiem po scenie biegają sporych rozmiarów białe myszki, animowane przez wrocławskich aktorów, natomiast śpiewający wykonawcy trzymają w rękach czerwone lalki (jedna z nich znajduje się w gigantycznej butelce) przypominające ludowe wyobrażenie diabła. Chwilę potem dowiadujemy się, że Pan Najoporniejszy mógł być tylko elektrykiem, przecież ciało każdego z Opornych rozbłyskuje w ciemności pokryte dziesiątkami zielonych światełek. Powodów do uśmiechu jest jednak więcej - przed oczyma widzów przepływają dobrze znane szyldy, abyśmy nie mieli wątpliwości co do czasu i miejsca akcji („Społem” zamienia się w „Spałem”, lecz pozostaje równie rozpoznawalne jak logo Pewexu). Kiedy na wielkim ekranie telewizora pojawia się czarno-biały „śnieg” możemy się domyślać, że gdzieś nieopodal przejeżdża Maszyna-Szarzyna ucząca oceniać świat kategoriami „kto nie z nami ten przeciw nam”. Ubranemu w pasiastą piżamkę i czerwoną czapeczkę Adasiowi nie jest łatwo nauczyć się funkcjonować w świecie, w którym każdej niemalże rozmowie przysłuchują się Pucharze-Słuchacze. Ich przenikliwe ślepia połyskują w ciemności gdzieś z głębi sceny. Tam ukrywają się także krwiożercze Wilki, które we wrocławskim przedstawieniu przybrały postać sporych rozmiarów głów z oślepiającymi oczyma w formie reflektorów. Kiedy nadchodzi godzina milicyjna zwana godziną kruków scenę zalewają czarne ptaszyska, wydziobujące oczy tym, którzy odważyli się spojrzeć na rzeczywistość po zapadnięciu zmroku - kruki to czarne, przypominające pająki stwory umieszczone na dużych czarnych wędkach, dzięki czemu aktorom łatwiej wprawić je w ruch imitujący latanie. W pamięć zapada scena, w której Adaś spotyka ojca „czytającego na szaro”, wspak, czyli wymazującego wszystko, co napisał i przeczytał, czy odegrane w formie teatru cieni spotkanie z Członkiem, do którego udaje się dotrzeć Adasiowi. Nie sposób zapomnieć także o skomasowanym ataku Milipantów, którzy swoimi gigantycznymi, białymi, przypominającymi kije bejsbolowe pałkami sprowadzają jednego z Opornych do parteru.

Lecz jedną z najpiękniejszych scen, będącą jednocześnie najtrafniejszą teatralną metaforą spektaklu jest ta, w której ukryte w głębi sceny drzwi otwierają się - oczom publiczności ukazuje się to, co poza teatrem, nasza rzeczywistość. Widzowie tkwią w teatralnej fikcji podczas gdy za murami teatru istnieje realny świat. W ten sam sposób kilkadziesiąt lat temu Polacy odgrywali swoje codzienne życie pod okiem reżysera, który sterował każdym im ruchem. Lecz tamten teatr także miał swoje granice, za którymi Radio Wolna Europa tysiącom ludzi odczytywało didaskalia dramatu, którego bohaterami byli nasi rodacy. Grali swoje role z większym lub mniejszym wdziękiem, groteskowo, tragicznie, z humorem. Aktorzy teatrum mundi, którzy nie zawsze godnie znosili trud bycia człowiekiem stali się tworzywem historii, bohaterami powieści i elementem materii spektaklu, który jest umiejętnie skonstruowaną wypowiedzą artystyczną dotyczącą polskiej historii najnowszej.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny
16 marca 2011

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia