Czerwononosa otucha

"Czerwone nosy" - reż. Jan Klata - Teatr Nowy w Poznaniu

„Czerwone nosy" w reż. Jana Klaty to pierwsza premiera Teatru Nowego w Poznaniu w 2021 roku. Jest bezsilnym krzykiem twórców i aktorów, którzy pragną sztuki. Tekst Petera Barnesa został wystawiony po raz pierwszy na deskach tej poznańskiej sceny w latach 90. XX wieku i tematyką wyprzedził rzeczywistość roku 2020. Spektakl osadzony w nowych okolicznościach jest manifestem artystów przeciw pandemicznej rzeczywistości, w której się znaleźliśmy.

Sztuka Barnesa dzieje się w roku 1338, pośrodku epidemii dżumy, która zabija ponad jedną trzecią populacji Europy. System wartości ulega rozpadowi, a ludzie zaczynają przyjmować skrajne postawy radzenia sobie z sytuacją. Nie pomaga jednak ani samobiczowanie, ani gorliwe modły. W tym owładniętym pandemią świecie pojawia się ksiądz Marcel Flote, który dzięki swojej żarliwej wierze dostaje od Boga specjalne zadanie – ma uleczyć dusze ludzkie śmiechem. W śmiechu jest wolność, w śmiechu jest zapomnienie. Pośród ciemnych czasów pojawia się czerwone światełko w tunelu, a raczej na nosie. Nie jest to jednak Rudolf, a grupa wesołków, Klownów Chrystusa – Czerwone Nosy.

Spektakl naturalnie uruchamia w nas szukanie odniesień do teraźniejszości. Zresztą taki też jest zamysł twórców, nieprzypadkowo przecież wprowadzają oni na scenę ten tytuł jako pandemiczną premierę. To zastawia jednak na twórców pułapkę, bo pojawia się pytanie: jak mówić o pandemii w czasach pandemii? Bo mówić trzeba, to chyba jasne. Klata wybiera strategię pozostawienia epidemii dżumy obrazem jakim w istocie była, nie adaptuje jej do obrazów, które znamy z ostatnich miesięcy. Nie będzie mowy o pustce, samotności, izolacji, a będzie o trupie, który ściele się gęsto i w dodatku jest cały zaropiały. Bądź co bądź to bardziej widowiskowy obraz, a na pewno bardziej przystępny do zniesienia, bo nam obcy. Kto wie jakich emocji dostarczałyby widoki pustych ulic, samotnych śmierci i masowych grobów. Jeśli jednak w widzu ma nastąpić jakaś namiastka katharsis, to może właśnie trzeba wywołać w nim te trudne emocje? Mam poczucie, że po tym wszystkim co się stało, potrzebujemy wykształcić nie tylko w sobie, ale też na scenie, nowy sposób mówienia. Nie da się zapomnieć ostatnich paru miesięcy, nie da się nie patrzeć inaczej na sztukę. A chyba tylko ona jedna pozwoli nam stanąć twarzą w twarz z tym, co narosło w nas przez ostatnie miesiące i spuścić z nas powietrze.

Klata przyjmuje, że tym wentylem, który wyreguluje ciśnienie społeczeństwa jest motyw karnawału, świata na opak. Gdzie można mówić wszystko i śmiać się z absolutnie wszystkiego, bo przecież nie da się popełnić herezji. Gdy na świecie dzieją się rzeczy zatrważające nie ma nic, co wyszłoby z naszych ust i byłoby zniewagą. Prawa ulegają zawieszeniu i następuje bezprawie, rozpoczyna się apogeum życia przed śmiercią. Czarne kruki „zlatują" się nad umierającymi na dżumę i ograbiają ich z majątków. Dawniejsi chłopi pańszczyźniani, teraz są mścicielami, którzy na chwile są wyżej od bogaczy i odbierają im ich dobytek. Śmiech w tej sytuacji wydaje się być śmiechem przez łzy, ale nic bardziej mylnego. Sama zastanawiałam się w irytacji, jak ktokolwiek mógłby pomyśleć, że lekarstwem na tak nieśmieszną i trudną sytuację jest śmiech właśnie. Ale w końcu dotarło do mnie, że jest, że i my szukaliśmy w nim pociechy. Może nie w „wujkowych sucharach", które w spektaklu leciały strumieniem, ale w memach i w obśmiewaniu izolacji albo w szydzeniu z losowości wprowadzanych obostrzeń. Satyryczny profil komentujący rzeczywistość „Make life harder", w szczytowym momencie pandemii notował nawet 70 milionów odsłon tygodniowo na Instagramie. Wszyscy desperacko poszukiwaliśmy śmiechu. Bo śmiech jest wolnością, a pozamykani w domach, bardzo jej potrzebowaliśmy.

W spektaklu pojawia się też średniowieczny motyw tańca śmierci. Tańca, do którego porywany jest każdy – bez względu na majątek czy stan społeczny. Jest i bunt wobec Boga-niszczyciela, który zdaje się zejść z kart Byronowskich dramatów i wejść (metafizycznie oczywiście) na scenę poznańskiego Teatru Nowego. W końcu pojawia się pytanie: czy to jest kara? Może świat jest już tak zepsuty, że nie można go naprawić, ale potrzeba zniszczyć i zbudować od nowa? Wątków jest tu dużo, niekiedy zalewają one widza i wprowadzają wręcz chaos. Mam jednak poczucie, że to potrzebny chaos, który jest odzwierciedleniem uczuć kłębiących się w nas i pokazaniem, ile myśli i obaw krąży wokół tematu pandemii.

Jan Klata jest wybitny w uświetnianiu swoich spektakli doborem muzyki. Dzięki znanym kawałkom intencje są często łatwo interpretowalne, a sensy klarowne i czytelne. Pojawia się tutaj „Smells like teen spirit", „Zombie" czy przezabawna wędrówka do „A horse with no name", a w końcu i „Zagrajcie nam srebrne dzwony" (pieśń pochwalna na cześć zwycięstwa w II Wojnie Światowej). Reżyser perfekcyjnie operuje efektem tableau. Tworzy piękne i estetyczne obrazy, którym widz może nacieszyć swoje oko. A to wszystko na scenie wydzielonej kurtyną paskową, co daje nam aktualne skojarzenia z izolatką czy oddziałem zakaźnym. Ten okropny plastik, który oddziela nas od siebie właściwie w każdej przestrzeni publicznej, tutaj oddziela widownię od sceny.

Aktorów jest tu wielu, że nie sposób o każdym wspomnieć, a chwilami i każdego zapamiętać. Czerwononosa trupa to skład dobrych kreacji aktorskich zasługujących na brawa. Duet księdza Flote (Łukasz Schmidt) i księdza Toulona (Jan Romanowski), szczególnie występujący razem, jest smaczny i zbalansowany. Romanowski ma w sobie temperament, który wyróżnia go wśród postaci na scenie, a to naprawdę niebywały komplement, bo jest na niej barwnie. Trudno nie pozostać tłem wśród szalonej kreacji Michała Kocurka jako Rochforta czy zabawnego bawidamka Brodina (Dawid Ptak). Szczególnie ten ostatni, w scenach agonii jako Herod czy tańcząc swój ostatni taniec jest iście hipnotyzującym, a to wszystko w dodatku dzieje się do dźwięków „Zombie" zespołu The Cranberries, śpiewanej po łacinie. Na drugim biegunie, wyważającym tę osobliwą grupę jest kler. Stary, zepsuty, rozpustny i całkowicie celny. Gra między nimi podszyta jest homoerotyzmem, który czytelny jest szczególnie w scenach z młodym klerykiem Toulon. Delektują się oni własną atmosferą, którą sami wokół siebie wytwarzają, a która jest przesiąknięta rozpustą i antysemityzmem.

Odróżnia się od nich oczywiście ksiądz Flote i dlatego w końcu staje się dla kleru takim problemem. Przeszkadza im on w gładkim wkradnięciu się na święte trony. Bo jeśli wierni zaczną się śmiać i przestaną czuć się winni, pogardzani przez Boga, to podupadnie interes sprzedawania odpustów. Jeśli ludzie poczują się silni, bo przeżyli czasy pandemii to nie dadzą łatwo narzucić sobie terroru. Mam poczucie, że ten wątek najbardziej uderza, bo jest odpowiedzią na tą frustracje, która jest w nas. Rzeczy, które działy się w Polsce od rozpoczęcia się pandemii do początku lipca, czyli wyborów prezydenckich, było niczym innym jak właśnie tym obślizgłym skradaniem się władzy na trony. To, co brzydzi w działaniu świętej elity ze spektaklu, sami przed chwilą mogliśmy obserwować na przykładzie naszych własnych „świętych elit". Jakże okropne jest wykorzystanie czasu śmierci i pożegnań z bliskimi, czasu panicznego strachu o zdrowie i załamania gospodarki na wdrapywanie się na trony.

Ostatnia scena jest tym, czego bardzo potrzebowałam. Jest we mnie wściekłość, bunt i poirytowanie w związku z tym, co się stało przez ostatnie miesiące w naszym kraju i chcę (mam wręcz żądanie), żeby teatr dał mi ukojenie. I właściwie daje, może trochę za małą dawkę niż potrzebuję, ale jest to w pewien sposób oczyszczające móc patrzeć na to jak nasza czerwona grupa rzuca się w kordon policji. Ba! Przeżywam to razem z nimi, mając świeże wspomnienia z protestów. Jednak, gdy kończy się pandemia, a zaczyna prawdziwe życie to robi się zbyt poważnie, by żeby się śmiać. Czerwone nosy muszą więc odejść. Spodziewam się jednak, że nie na długo. Jesteśmy tak samowyniszczającym się gatunkiem, że jeszcze wiele razy będziemy potrzebowali śmiechu i zespołu Czerwonych Nosów.

Jagoda Masłowska
Dziennik Teatralny Poznań
15 lutego 2021
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Piękne zielone oczy
Wydawnictwo Czarne
Arnošt Lustig

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...