Czerwony kapturek?

"Czerwony kapturek" - reż. Marek Ciunel - Teatr Lalki i Aktora "Pinokio" w Łodzi

Nowy sezon teatralny łódzki Teatr Lalki i Aktora Pinokio rozpoczął świętowaniem 65. rocznicy swego istnienia oraz premierą "Czerwonego kapturka" w reżyserii Marka Ciunela. Historia dziewczynki, która z koszyczkiem idzie przez las została tu dość poważnie zmodyfikowana, bowiem główna bohaterka oraz członkowie jej rodziny są królikami, na które czai się Wilk. Taki zabieg inscenizacyjny może prowokować skrajne oceny dorosłych, a u młodych widzów rodzić pytania

Nim historia potoczy się utartymi, dobrze znanymi koleinami, najpierw zaproszeni zostajemy do lokalu gastronomicznego o wiele mówiącej nazwie „U Wujcia Wilka”. W swym barze Wilk proponuje całą gamę wegetariańskich potraw, które mogłyby zachęcić jego ofiary do skorzystania z oferty, co staje się pretekstem do „zaprzyjaźnienia się” z królikami. Oczywiście Wilkowi najbardziej zależy na tym, by oswojone, bezbronne, niczego nie podejrzewające ofiary pożreć - ostatecznie udaje mu się połknąć dwa króliki: Babcię i Czerwonego kapturka. Królicza rodzina przychodzi im jednak z pomocą i dokonuje na Wilku operacji chirurgicznej (widzowie, którzy oczekiwali Gajowego, srogo się zawiodą). Jednak zanim do tego dojdzie przez kilka pierwszych scen obserwujemy bar Wilka, poznajemy zasady funkcjonowania lokalu, zapoznajemy się także z króliczą rodziną, którą Wilk próbuje sobie zjednać za pomocą marchewburgerów i frytek (amerykanizacja jako przejaw ogłupiającej ideologii?) oraz licznych promocji - w końcu podejmuje się zorganizowania za darmo urodzin Babci. Cieszy się cała królicza rodzina: wiecznie zapracowany ojciec (który może nie zjawić się na urodzinach, ponieważ zapewne będzie musiał zostać dłużej w pracy), biegająca z turystyczną lodówką matka, syn (młody człowiek, który w pewnym momencie komentuje zdarzenia rapując) oraz niesforna córeczka, która zmaga się z zakończeniem pierwszego etapu jurgowskiego procesu indywiduacji, czyli przyswojeniem faktu, iż jej osobowość składa się z jasnej i ciemnej strony (jak powtarza bohaterka: „bo w każdym Kapturku dziewczynki są dwie - ta, która nie wie i ta, która wie”). Oczywiście ostatecznie wszystko dobrze się kończy, jednak zastosowanie pewnych zabiegów rodzi pytania i wątpliwości, które mogą frapować nie tylko rodziców, ale przede wszystkim najmłodszych widzów. 

Pewnego rodzaju żartów dziecko z pewnością nie jest w stanie zrozumieć  - przykładem może być wypowiedź zbierającego złom i aluminiowe puszki królika-śmieciarza, wspominającego swoich braci, „którzy dzielnie trwali, kiedy na nich różne leki testowali”. Problem eksperymentów na zwierzętach oraz większość dowcipów wywoływały szczery uśmiech na twarzach dorosłych. Gorzej sytuacja wyglądała z dziećmi. Zagubione czterolatki pytały rodziców, kiedy na scenie pojawi się Czerwony kapturek - byli to zapewne dobrze wyedukowani widzowie, którzy ze słynną bajką zapoznali się w domu. Oczywiście przedstawienie nie jest pozbawione walorów edukacyjnych, zawiera pewne elementy, które dla najmłodszych widzów będą pouczającą wskazówką - kiedy udaje się wreszcie uwolnić Babcię, wyrzuca ona członkom rodziny, że choć każdy z nich odbierał pewne sygnały świadczące o niebezpieczeństwie, nie zrobili nic by zapobiec tragedii („każdy z was coś wiedział i każdy mógł pomóc, to wyście mi tę bestię wpuścili do domu”). Młodzi widzowie nauczą się, że należy działać solidarnie i alarmować najbliższych kiedy tylko dostrzegają pierwsze symptomy zbliżającego się zagrożenia. Jednak prócz tej nauki oraz momentu, w którym aktorzy wciągnęli dzieci do wspólnej zabawy (publiczność ciągnąc długi czerwony sznurek pomagała w wydobyciu ofiar z brzucha Wilka) młodym widzom trudno będzie cokolwiek wynieść z przedstawienia, uporządkować oglądane obrazy. Być może wystarczyłoby zmienić tytuł spektaklu - wtedy zniknęłoby kłopotliwie powracające pytanie dzieci o Czerwonego kapturka, którego nie ma i nie ma. Ciekawe kostiumy i pomysłowa scenografia (bar chwilę później staje się mieszkaniem Babci) nie są w stanie odciągnąć uwagi od problemów w zrozumieniu historii, która momentami prowadzona jest dość chaotycznie. 

W ubiegłym sezonie Konrad Dworakowski reżyserując fenomenalnego „Pinokia”  udowodnił, że można zrobić spektakl, który trafiłby i do dzieci i do dorosłych. Jest to jednak sztuka, którą posiada niewielu, a zabawy konwencjami w przypadku młodego odbiorcy są ryzykowne - trzeba to robić bardzo umiejętnie. Zachodzi obawa, że w przypadku spektaklu Marka Ciunela może zaistnieć problem z adresatem przedstawienia: dzieci nie zrozumieją serwowanego im humoru i zabiegów inscenizacyjnych, dorośli nie przyjdą na spektakl sugerując się tytułem, który wskazuje na słynną baśń Braci Grimm. Reinterpretację tekstu należałoby jakoś widzowi zasygnalizować, chociażby podtytułem w rodzaju „wariacja na temat”. Założenie, że dzieciom obojętne jest na co idą do teatru to przejaw dość lekceważącego podejścia.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Łódź
4 października 2010

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski