Człowiek jak automat, czyli teatralne rzucanie o ścianę

"Cement" - reż.:Wojtek Klemm - Wrocławski Teatr Współczesny

Irytuje zupełnie zbanalizowany ostatnio w teatrze chwyt polegający na burzeniu iluzji scenicznej przy pomocy okrzyku aktora do operatora: "Janek, światło". Nie ma to żadnego uzasadnienia. No, pan Janek zapalił światło na widowni. Ale tak naprawdę co z tego wynika? - o "Cemencie" w reż. Wojtka Klemma we Wrocławskim Teatrze Współczesnym pisze Tobiasz Papuczys z Nowej Siły Krytycznej.

Historia nakreślona w "Cemencie" przez Heinera Müllera jest pozornie dość prosta. Gleb Czumałow wraca z wojny domowej między Białymi i Czerwonymi. Taki współczesny Odyseusz-Czerwonogwardzista. To, co zastaje po powrocie, wprawia go w zaskoczenie. Widzi swój mikroświat w zupełnym rozkładzie. Cementownia, w której wcześniej pracował, upadła. Robotnicy walczą o chleb. Jego żona Dasza ma innych kochanków - krótko mówiąc cała "oddała" się sprawie rewolucji i budowaniu nowego porządku. On, który dopiero co skończył przelewać krew za nowy lepszy świat, usilnie będzie próbował sprawić, by wszystko było jak dawniej. Fabuła jest jednak tylko pretekstem do pokazania pewnych mechanizmów, do uzmysłowienia nam, jak wszelka ideologia potrafi zniszczyć ludzką indywidualność. Müller w swojej twórczości reprezentuje dramaturgię otwartą. Pozostawia reżyserom ogromny margines interpretacyjnej swobody. Jego intertekstualne utwory ("Cement" jest parafrazą powieści produkcyjnej Fiodora Gładkowa pod tym samym tytułem), osiągając wyjątkowy poziom abstrakcyjności i uniwersalności, dla każdego reżysera są trudnym wyzwaniem. Jak zatem skorzystał z tej szansy Wojciech Klemm, który na podstawie "Cementu" zrobił spektakl we Wrocławskim Teatrze Współczesnym?

Początek jest obiecujący. Jeszcze nim widzowie na dobre zasiądą na swoich miejscach, na scenie widzimy pracę robotników. Wykonują mechaniczny, kojarzący się z futurystyczną estetyką ruch. To ludzie zobrazowani jako automaty przeznaczone tylko do pracy. Kobiety i półnadzy mężczyźni ustawiają się nagle w szeregu i w takt metalowej, dokuczliwie głośnej muzyki zaczynają się nerwowo trząść. Krzyczą, każdy twarzą do publiczności. Ich słowa są zagłuszane, ale od razu wiemy, że to stek utyskiwań, jęków i żalów rozgoryczonych ludzi. Maszyn, które się zepsuły i wołają o indywidualność, o namiastkę własnej tożsamości. Ta ruchowa sekwencja stanie się lejtmotywem przedstawienia, będzie oddzielać każdą kolejną scenę.

W przestrzeni pojawia się Czumałow (Krzysztof Boczkowski). Na tle pozostałych osób, które tworzą pozornie zwartą społeczność, jest wyraźnie obcy. Oni pozostają z boku - obserwują akcję, nawet jeśli nie biorą w niej udziału. Zawsze w cieniu, ale i w pogotowiu by zaraz się włączyć. To chór, z którego wyłaniają się pojedynczy reprezentanci, poniekąd wypychani, zmuszani do tej trudnej roli - obrońców ideologii, której przecież sami również nie akceptują. Karabin, który trzyma w ręku Czumałow staje się symbolem - szybko przechodzi z rąk do rąk, każdy uderza nim o ziemię niczym berłem unaoczniającym władzę. Walka o władzę i walka o indywidualność to dwa najpłytsze wątki tego spektaklu. Niestety zostały najmocniej wyakcentowane przez reżysera. Głównym problemem przedstawienia jest to, że Klemm porusza właśnie zbyt wiele wątków. Wydobywa je z tekstu, są interesujące interpretacyjnie, ale nie radzi sobie z nimi. Stara się powiedzieć widzom jak najwięcej - dosłownie prawie wszystko - ale to sprawia, że na dobrą sprawę nie mówi prawie nic. Pojawiają się ciekawe opozycje: totalitaryzm świata w kontraście do wolności jednostki, żądza przeciwstawiona miłości. Obecny jest problem feministyczny - Dasza jako kobieta, która uważa się za wyzwoloną spod panowania mężczyzn, ale jest zupełnie zniewolona przez bezsensowną, nieludzką ideologię. Do tego Czumałow, który prezentuje mizoginiczny model męskości. Pokaz tego, że płeć jako konstrukt kulturowy też dąży do władzy, walczy o dominację. Jeszcze mamy rozpad małżeństwa jako egzemplaryczny przypadek abstrakcyjnie rozumianego rozpadu świata i wszelkiego zaniku.

Naprawdę wiele tego, długo by jeszcze można wymieniać, przedstawiam tylko ważniejsze problemy spektaklu. Nagromadzenie wątków w takiej ilości sprawia jednak, że rozmywają się one. Zbyt mało się je wyodrębnia i podkreśla, większość zostaje bardzo szybko ucięta. Tym bardziej, że reżyser nie miał też pomysłu, jak je różnorodnie pokazać. Wszystko odbywa się w ten sam, monotonny sposób. Każda scena jest oddzielana za częstym, wspomnianym już przeze mnie na początku lejtmotywem. Aktorzy (za wyjątkiem może Tomasza Orpińskiego, który rolę buduje na swoim wyraźnym scenicznym emploi) nie czują narzuconego przez Klemma sposobu grania. Każda rola jest rozpięta w połowie między nieumotywowanym psychologizmem a nerwową deklamacją. Aktorzy raz mówią do siebie, raz do widowni. Sposób ich ustawiania się na scenie sprawia, że nie zawiązuje się żadna relacja między postaciami. Każdy wykonawca niemal osobno recytuje automatycznie swój tekst. Widz nie ma wątpliwości, że reżyser nie pokazuje w ten sposób jakiegoś rozkładu, tylko że jest to raczej wyraz jego niezdecydowania.

Kolejny poważny zarzut dotyczy scenografii. W głębi sceny ustawiono dwa rusztowania. Jedno wysokie, jedno niższe. Na niższym znajdują się cztery siedzenia, przypominające fotele lotnicze. Na środku przestrzeni wielkie samolotowe skrzydło z napisem "Being 777". Te elementy wprawdzie wyglądają ciekawie, jednak nie zostały prawie zupełnie ograne. Równie dobrze akcja mogłaby się toczyć na pustej scenie. Nie zmieniłoby to kształtu przedstawienia. Ich wykorzystanie ogranicza się do tego, że co chwila jedna z postaci rzuca drugą o ścianę, jaką stanowi wspomniane skrzydło. Aktor uderza o nie twarzą i w zasadzie tyle. Powtarza się to po wielokroć i zupełnie nic nie wnosi. Dużo w tym spektaklu takich nieuzasadnionych działań. Irytuje na przykład zupełnie zbanalizowany ostatnio w teatrze chwyt polegający na burzeniu iluzji scenicznej przy pomocy okrzyku aktora do operatora: "Janek, światło". Nie ma to w tym przypadku żadnego uzasadnienia. No, pan Janek zapalił światło na widowni. Ale tak naprawdę co z tego wynika? Niczego to nie wniosło do tego przedstawienia.

Wojciech Klemm wziął na warsztat dobry tekst, którego charakter pozwala reżyserowi poważnie teatralnie zawalczyć. Klemm jednak tę walkę wyraźnie przegrał. Jego spektakl jest zdecydowanie najsłabszą premierą Wrocławskiego Teatru Współczesnego w tym sezonie.
(mi)

Tobiasz Papuczys
Nowa Siła Krytyczna
14 kwietnia 2009
Portrety
Wojtek Klemm

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia