Człowiek w kawałkach

"Ojciec" - reż. Iwona Kempa - Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie

Czy uda nam się wygrać ze starością? Zawalczymy w bitwie, w której najbliżsi mogą się okazać armią podkupioną przez wroga. O tym m.in. jest spektakl w warszawskim Ateneum.

Gdy Titonos był już tak stary, że skurczył się w sobie jak niemowlę, Zeus pożałował go i zamienił w świerszcza. Zakochana w Titonosie Eos nie mogła już dłużej patrzeć, jak jej mężczyzna zapada się w sobie, budząc współczucie i trwogę. Wybłagała więc u boga litość. Ale w jednej sprawie Eos ponosiła winę: kiedy przed laty prosiła Zeusa, by ofiarował Titinosowi nieśmiertelność, zapomniała, że tak samo będzie mu niezbędna młodość - inaczej krusząc się jak wyschnięty liść, ukochany nigdy nie zazna ulgi śmierci.

Tyle mądrości od Greków. Trzeba powiedzieć, że na starości znali się jak nikt. Jednak nie tylko mitologie są zaludnione przez seniorów, których egzystencja staje się doświadczeniem paradoksalnym, tym bardziej dla tych, którzy są najbliżej nich. Dość przypomnieć znakomity dramat Stanisława Grochowiaka "Chłopcy" albo z ostatnich lat choćby sztuki Wernera Schwaba ("Prezydentki" u nas rozsławione przez inscenizację Krystiana Lupy), Ludmiły Razumowskiej, Nikolasa Radstroma czy Wilhelma Genazina opowiadające m.in. o porozumieniu w rodzinie odnajdywanym dopiero po latach czy intymnych relacjach między kochankami w jesieni życia. Warto też przypomnieć słynny manifest przeciwko kultowi młodości napisany przez Esther Vilar, w którym Bohaterka-Starość upomina się o godność i szacunek. Szerzej o starości jako temacie dla teatru pisałem nie tak dawno w swym dłuższym rozważaniu "Won! Szkic teatru wykluczonych".

U francuskiego dramatopisarza Floriana Zellera w jednym z jego ostatnich dramatów problem ten tylko na pozór wydaje się błahszy; tak, zostaje podany w lżejszej formie, daleko mu do ostentacyjnego naturalizmu większości wymienionych wyżej autorów, ale tak naprawdę pozostawia z tymi samymi wątpliwościami. "Ojciec" jest tekstem, w którym aż pleni się przerażenie - z jednej strony steruje 80-letnim Andrem, z drugiej paraliżuje jego córkę Annę i jej partnera Pierre'a. No i ponadto Zeller wybija z dobrego samopoczucia. W spektaklu Iwony Kempy ze stołecznego Ateneum być może nawet to wydaje się najbardziej dojmujące.

Piszę, że Anna i Pierre również są ofiarami przerażenia tym, co nieuniknione, ale chyba sam lituję się nad tą na pierwszy rzut oka miłą rodzinką. Nabieram sympatii do postaci. Gdy się im przyjrzeć bliżej, nie ma większego powodu do okoliczności łagodzących. Nie wiem, czy ojciec, który po raz enty nie potrafi znaleźć zegarka, gubiący się w zakamarkach własnego mieszkania i nawet przepędzający gdzie pieprz rośnie opiekunkę starannie wybraną przez córkę, to akurat największy dyskomfort dla otoczenia.

Bo Iwona Kempa jeszcze wyraźniej, niż to zapisał Zeller, podkreśla zakłócenie proporcji całej sytuacji. Zaczyna zupełnie niewinnie: gdy na scenie widzimy Mariana Opanię podczas pierwszej kłótni z Anną, nie ma wątpliwości, że autor słusznie opatrzył sztukę podpisem: tragifarsa. Ale co więcej, Opania na samym początku i wiele kolejnych sekwencji gra tak, że byłem pewien, iż "Ojciec" okaże się li tylko komedią protagonisty z powodu choroby uwikłanego w pokręcone sytuacje i niczym więcej. Na koniec zaś czeka nas wzruszenie nad zabawnym staruszkiem, schemat nieco wytarty i bywało, że okrutnie banalizowany, choć - uczciwie mówiąc - szczególnie poza teatrem. Iwona Kempa przekreśla ten trop, lecz przecież najpierw sama go sprytnie podpowiada.

Igra z nami, a my dajemy się nabrać. Marian Opania jako Andre gra kogoś, kto powoli traci kontakt z rzeczywistością, lecz przede wszystkim stara się zachować porządek w głowie. Świetnie to widać, gdy przed Anną (nieprzekonująca Magdalena Schejbal) czy opiekunką Laurą (dobra Paulina Gałązka) próbuje się popisywać życiowymi mądrościami, co wygląda, jakby z nich składał dla siebie pancerz do obrony przed niepojętym światem. Jakby okruchy pamięci miały stanowić porękę prawdy.

Andre Mariana Opani najpierw w to wierzy, dlatego łatwo mu wydobyć z siebie dobrotliwy cynizm. Ale pomyli się każdy, kto stwierdzi, że aktor korzysta z tego, z czego go znamy. Opania idzie świetnie przemyślaną drogą: wzruszenie ramion, wkurzenie, a potem pobłażliwy uśmieszek dla wszystkich, którzy robią z niego wariata, dają mu narzędzie do panowania nad sytuacją, zatem i zauważalną siłę. Ojcowski autorytet jednak z wolna blaknie, lecz na jakiś czas jeszcze nakazuje Annie robić krok wstecz.

W kolejnych sekwencjach Opania przełamuje to niepostrzeżenie. Kiedy w jego oczach mieszkanie staje się obcym miejscem, z którego raz po raz znikają meble albo ktoś je przestawia, aktor zaczyna rozgrywać tragedię bezradności. Tym to ciekawsze, że tkwi w niej również cząstka ironii losu. Realność staje dokładnie w sprzeczności z oczekiwaniami Andrego. Opania ze sceny na scenę coraz bardziej kuli się w sobie jak dziecko. Fortele, którymi stara się wybronić, są godne już tylko parolatka, który utwierdza się w przekonaniu, że rodzice nie zauważą kombinowania.

W pewnym momencie aktor dochodzi do punktu, w którym wola walki ustaje. Nawet i te brutalne taktyki drugiej strony trochę mniej go dziwią, chociaż w fenomenalnej scenie, gdy świetny jako Pierre Przemysław Bluszcz znęca się nad siedzącym w fotelu Andrem i zadaje mu pytanie: "Czy długo jeszcze ma pan zamiar zawracać światu dupę swoją osobą?" ten nie jest w stanie uwierzyć, że problem nabrał tak drastycznej rangi. To ostrzejsze niż u Zellera, także dzięki Bluszczowi.

Trudnością tego dramatu pozostaje nielinearność. Nie wiemy, w jakim momencie jesteśmy. Powiedzmy, że dość szybko się orientujemy, iż zdarzenia postrzegamy z perspektywy Andrego, ale pułapek jest o wiele więcej, bo strzępy rozmów nakładają się na siebie, łącząc postaci i fakty, czasem się powtarzają, lecz w nieco odmiennej wersji jak w zagmatwanym śnie; czasem podają w wątpliwość przeszłość bohaterów. Może to nie Pierre, ale ktoś z domu opieki dla starców chce się pozbyć Andrego? W każdym razie na pewno ustąpienia Anny przed Pierre'em i przyznania, że ojca warto oddać do zakładu, nie da się już przypisać jedynie wyobraźni biedaka.

Florian Zeller, a za nim konsekwentniej Iwona Kempa podsuwają nam pytania o potencjalne okrucieństwo współczesnej rodziny. Gdy nadarza się okazja, lubimy pokazać siłę tam, gdzie nie natrafimy na opór. Andre w pewnej chwili zresztą powiada: "Różne moje rzeczy znikają, a potem wszyscy ich sobie używają. Jak tak dalej pójdzie, zostanę goły i bosy. Goły i bosy. W dodatku nie wiem, która godzina".

Rzecz jasna jest też zatem "Ojciec" dramatem percepcji. Błędne rozpoznanie intencji innych może się zamienić w przekleństwo. To także jakoś dotyka swoistego wariantu ironii tragicznej. Umysł myli prawdę z kłamstwem, co Kempa wraz ze scenografem Justyną Elminowską znakomicie w przedstawieniu wykorzystują, sprowadzając widzów na manowce z pomocą wizualnych trików ze znikaniem i z pojawianiem się domowych sprzętów w miejscach, w których nie chciałby ich widzieć Andre.

Nie zaistniałby ten spektakl bez roli Mariana Opani. To jego najważniejsze sceniczne osiągnięcie od wielu lat. Ostatnio co prawda aktor miał szansę na kilka ciekawych wyzwań, ale choćby w jakoś pokrewnych tematyce dramatu Zellera wspomnianych "Chłopcach" Grochowiaka, wystawionych niedawno w Teatrze Polonia, niewiele z tego się udało. Nie z winy Opani.

Nad wyraz istotny wydaje się finał "Ojca". Andre już w zakładzie, niepogodzony z sobą, może tylko poddać się śmierci, która go wyczekuje. W przedstawieniu Iwony Kempy jego łóżko tonie w świetle porannego słońca. Andre próbuje je uchwycić i jak dziecko upomina się, by zabrała go stąd matka. Ale obok stoi pielęgniarka, właściwie anioł śmierci.

To los gorszy niż ten, który spotkał Titonosa. Dzisiejsze umieranie z dała od rodziny ma w sobie coś przerażającego. Jednak czy tylko dziś? Istnieją podobno brutalniejsze wersje mitu Titonosa. Eos prezentuje się w nich w nieco gorszym świetle... Andremu więc przynajmniej może być raźniej w grupie. My też do niej dołączymy. Pozostawieni.

Przemysław Skrzydelski
wSieci
18 maja 2017
Portrety
Iwona Kempa

Książka tygodnia

1968/PRL/Teatr
Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego
red. Agata Adamiecka-Sitek, Marcin Kościelniak, Grzegorz Niziołek

Trailer tygodnia